Von P. K. Sczepanek


O poczcie, kolejach i taryfach (1860-1864)



Download 1.28 Mb.
Page97/114
Date21.01.2021
Size1.28 Mb.
1   ...   93   94   95   96   97   98   99   100   ...   114
O poczcie, kolejach i taryfach (1860-1864)
Dzisiejsza generacja nie ma naturalnie żadnego wyobrażenia o ówczesnych sposobach łączności, transportu czy taryfach i wartości pieniądza. Opłaty pocztowe zostały pod koniec lat pięćdziesiątych zmniejszone. W 1865 roku mieliśmy taryfę trójstrefową. List na odległośc 10 mil *75 km+ kosztował 1srebrny grosz - 10 fenigów, na odległośc 20 mil -2 srebrne grosze, na odległośc większą niż 20 mil - 3 srebrne grosze. Ta taryfa obowiązywała, rzecz jasna tylko przy przesyłce zwykłego listu, tzn. ważącego nie więcej niż łut *12,8g+. Jeśli waga była większa niż łut, list kosztował dwa razy tyle. Odległośc do Wrocławia wynosiła więcej niż 20 mil, co znaczyło, że list z Górnego Śląska do Wrocławia kosztował 30 fenigów dzisiejszego pieniądza, a jeśli był to list podwójny -60 fenigów.

Jasne więc, że starannie unikano wysyłania listów podwójnych i używano, jeśli już trzeba było korespondowac, niesłychanie cienkiego papieru listowego. Ale ofrankowany list wymagał jeszcze dodatkowej opłaty za doręczenie zwłaszcza, gdy trzeba było go dostarczyc gdzieś daleko na wieś. Kosztowało to od połowy do jednego srebrnego grosza. Nic dziwnego więc, że dwa razy się wtedy zastanawiano, nim zdecydowano się wysłac do kogoś list.

 O powszechnym korzystaniu z telegrafu w ogóle nie było mowy, gdyż według dzisiejszych pojęc ceny były horrendalne. Od roku 1850 istniało Niemiecko-Austriackie Towarzystwo Telegraficzne, do którego należały Austria, Holandia i kraje Związku Niemieckiego. To Towarzystwo miało specjalną taryfę: 20 słów przesłanych na odległośc 10 mil kosztowało 12 srebrnych groszy, za 20 mil - 24srebrne grosze i za więcej niż 20 mil -36 srebrnych groszy, co było równe 3,60 marki. Za każde 10słów ponad to dodatkowa opłata wynosiła: do 10 mil i za każdym razem 6 srebrnych groszy. Jeśli nadało się telegram złożony z 25 słów, który miał pójśc dalej niż na odległośc 20 mil, płacono 5,40marki. Do tego dochodziła opłata za doręczenie. Ta wynosiła na odległośc do 2 mil (a więc już na odległośc chodzby cwierc mili) 24 srebrne grosze czyli 2,40 marki. Przy odległościach wynoszących ponad 2 mile poczta nie dysponowała żadną taryfą dla doręczyciela. Podług woli mogła przetransportowac telegram sztafetą, konnym albo pieszym posłancem, który miał prawo za drogę zażądac ewentualnie półtora talara, a więc 4,50 marki. Jeśli się nadawało telegramy gdzieś na wieś, a nie wiedziano na stacji nadania, jaka odległośc dzieli miejsce zamieszkania adresata od koncowej stacji telegraficznej urzędu, wtedy stacja telegraficzna przyjmująca depeszę mogła zażądac zdeponowania większej kwoty na zapłacenie posłanca w miejscu przeznaczenia. Stacja, do którejtelegram wysyłano, miała obowiązek możliwie szybko odtelegrafowac, ile będzie kosztowac posłaniec. Nadawca depeszy zaś miał prawo dopiero po dwóch dniach zażądad reszty pieniędzy, jakie pozostały ze złożonej kaucji.

 W granicach panstwa pruskiego istniała tansza taryfa telegraficzna obejmująca tylko dwie strefy.

13.

Tutaj telegram z 20 słowami kosztował na odległośc do 10 mil 8 srebrnych groszy, ponad 10 mil - 16 srebrnych groszy. Za każde 10 słów ponad to płacono dodatkowo 4 srebrne grosze za pierwszą strefę i 8 srebrnych groszy za drugą strefę. A więc telegram z 25 słowami z Górnego Śląska do Wrocławia kosztował 2,40 marki. Ale przy tej inten-pruskiej taryfie telegraficznej istniał pewien haczyk. Nie wszystkie miejscowości posiadały stacje telegraficzne. Tak więc, podług świadectwa ówczesnego Spisu Telegrafów w 1863 roku taka stacja istniała wprawdzie w Mysłowicach, ale nie w Katowicach. Jeśli więc wysyłało się z Wrocławia telegram do Katowic, wtedy nie było to możliwe za pomocą telegrafu panstwowego tylko poprzez telegraf kolejowy. A telegram przesyłany drutami kolei kosztował akurat tyle, ile w niemiecko



- austriackim towarzystwie: za strefę 12 srebrnych groszy do 20 słów. Że w tych warunkach nadawano telegramy tylko w ostateczności, to chyba całkiem zrozumiałe. Jeśli tedy do normalnego prywatnego domu dostarczono telegram, wywoływał on natychmiast ogromną panikę. To nie mogło znaczyc nic innego, jak tylko przypadek śmierci w rodzinie. Przecież dla innej przyczyny nie trwoniono by pieniędzy na telegram!

 Przyjrzyjmy się teraz bliżej komunikacji szynowej, tak jak wyglądała ona wówczas na Kolei Górnośląskiej pomiędzy Wrocławiem a Mysłowicami. Na tej trasie istniały następujące stacje: Wrocław, Oława, Brzeg, Lewin, Opole , Gogolin, Kędzierzyn, Koźle, Rudzieniec, Gliwice, Zabrze, Ruda, Chebzie, Świętochłowice, Katowice, Mysłowice.

Pociąg pokonywał na tej trasie odległośc 33 i ćwierć mili. Codziennie z Wrocławia do Mysłowic i z powrotem kursował 1 pociąg pospieszny i 3 osobowe.

Ruch lokalny obsługiwały pociągi „mieszane”, które nosiły wtedy nazwę towarowych z przewozem osobowym, a pasażerowie nazywali je „bumel-cugami ”.

Pociąg pospieszny z Wrocławia odchodził wcześnie rano o godzinie 6.50 i docierał do Mysłowic o godzinie 11.44. Pociąg pospieszny pokonywał tę trasę w 4 godziny 56 minut, a więc w niespełna 5 godzin (dzisiaj podług rozkładu jazdy - 3 godziny 8 minut). Pierwszy pociąg osobowy z Wrocławia odchodził rano o 7.15 i przyjeżdżał do Mysłowic o16.50. Pociąg osobowy potrzebował więc na pokonanie tej trasy 9 godzin 35 minut, (dziś 5 godzin 4minuty). Pociągi pospieszne prowadziły wyłącznie wagony pierwszej i drugiej klasy i miały wyższe ceny biletów niż osobowe. W pociągu pośpiesznym płacono za 2 klasę z Wrocławia do Mysłowic (i odwrotnie) 135 srebrnych groszy tzn. 13,50 marki (dziś włącznie z podatkiem za bilet i dodatkiem za pociąg pospieszny -11,20 marki).

W pociągu osobowym za 3 klasę płacono 81 srebrnych groszy czyli 8,10 marki (dziś 6,20 marki), za drugą klasę - 122 srebrne grosze tj. 12,20 marek (dziś 9,20 marki).

 Naturalnie istniała jeszcze 4 klasa. Wagony osobowe pomalowane były na jednolity brunatny kolor, dopiero znacznie później zróżnicowano poszczególne klasy wagonów odmiennymi kolorami. Kolejowy wagon pocztowy był zawsze pomalowany na żółto, tak jak wszystkie inne pojazdy pocztowe do dziś dnia. Ta żółc biła w oczy na taką odległośc, że z największej dali można było dostrzec, że w składzie pociągu znajduje się wagon pocztowy.
 Mój ojciec zarządzał ekspedycją węgla w kopalniach „Morgenroth” i„Elfride”, a także należącą do nich rampą załadowczą i bocznicą kolejową. Wielka rampa znajdowała się po drugiej stronie huty „Wilhelmina” przy Kolei Górnośląskiej. Z kopaln transportowano koleją wąskotorową zawsze po 10wozów kolejowych ciągniętych przez jednego konia aż do rampy załadowczej. Ta wąska kolej miała dwa torowiska i przy dużym wydobyciu pełne i puste pociągi kursowały tam i z powrotem bez chwili wytchnienia. Rampa załadowcza znajdowała się dokładnie naprzeciw miejsca, gdzie Kolej Warszawsko-Wiedenska odgałęziała się od Kolei Górnośląskiej. W narożnika między torowiskami obu linii stał budynek, w którym urzędowali telegrafista i mistrz ładowaczy. Kilka kroków dalej w stronę Katowic stał podobnej wielkości budynek nastawni. W tym niezbyt obszernym murowanym domku, składającym się z pomieszczenia służbowego, izby, komory i kuchni poznałem życie dróżników, a także samą służbę na kolei. Mój pies Jolly i ja bardzo szybko wykształciliśmy się na solidnych kolejarzy. U „lademajstra” zainstalowany był aparat telegraficzny (tzw. indykator Wheatstone), terkocący wciągu dnia prawie bez przerwy, gdyż meldował pociągi zdążające do i z Mysłowic oraz do i z Sosnowca. Sygnały kolejowe były wówczas całkiem inne niż dzisiaj. Wprawdzie istniał już maszt telegrafu optycznego z dwoma ramionami, ale jeśli nie przewidywano żadnego przejazdu, ramion tych nie było widac. Zwisały pionowo w dół wzdłuż masztu i dopiero, gdy zapowiedziano pociąg, ramię wciągano do góry w kierunku jazdy, zupełnie jak dziś. Do sygnalizowania „jechac powoli” i

14.


„stop”  służył pomalowany na czerwono kosz w kształcie beczki, który za pomocą lin i rolek wciągano wzdłuż masztu. Jeśli znajdował się na wysokości pół masztu, znaczyło to „jechad powoli” , a gdy wciągnięty był na samą górę oznaczało to dla maszynisty „stop! zatrzymac się!” . Wszystkie przejazdy i skrzyżowania z szosą były na tym samym poziomie, co tory kolejowe, a barier nie uruchamiano stalowymi linami, lecz opuszczano i podnoszono ręcznie za pomocą korby. Nazywano je podług francuskiego określenia „appereille” - „aprejlami”. Jeśli lademajster miał do przesłania zwierzchnikom do Mysłowic czy Katowic jakąś listowną informację, wtedy przed przybyciem pociągu towarowego wciągano kosz sygnałowy na pół masztu, brano do ręki długi drąg z wyciętą na jednym koncu szparą, w którą wtykano list i gdy parowóz powoli mijał dom dróżnika, maszynista albo palacz ściągał list zdrąga i zabierał ze sobą na miejsce przeznaczenia. Społeczności Szopienic i Roździenia od dawna prosiły, by w Szopienicach zbudowano przystanek Kolei Górnośląskiej, dyrekcja kolei wyliczyła jednak, że zatrzymanie pociągu poprzez zużycie hamulców i szyn za każdym razem kosztuje około 10 talarów,a koszta te najpewniej nie będą zwrócone przez ewentualne zyski z biletów. Któż wtedy przewidział, że miejscowośc ta siedem lat później będzie miała aż dwie stacje? Codziennie z Mysłowic na naszą rampę przyjeżdżały pojedyncze lokomotywy, ciągnąc

 za sobą puste węglarki celem załadowania ich na rampie, wieczorem zaś odwoziły je z powrotem do Mysłowic, by tam zestawic z nich skład pociągu towarowego. Jolly i ja wkrótce nauczyliśmy się wdrapywac na lokomotywy i mieliśmy ogromną uciechę, wożąc się nim

i tam i z powrotem. Do innych przyjemności należało kładzenie trojaka na szyny, by przejechał po nim pociąg pospieszny,który mijał nas po południu. Trojak był potem rozwalcowany do wielkości przekraczającej co najmniejo połowę pierwotne rozmiary.

„Sport” uprawiany przez mojego Jolly'ego polegał natomiast na tym, że pędził on jak szalony na spotkanie każdego nadjeżdżającego pociągu towarowego lub osobowego, po czym ścigał się z nim, biegnąc obok i oszczekując go zajadle, tak długo, jak tylko było to możliwe.

Wszyscy fachowcy prorokowali psu przedwczesne zejście, gdyż uprawianie tego sportu musiało się, ich zdaniem, skonczyc bezwarunkowo tragicznie. Ale proroctwa rzadko się spełniają i Jolly dokonał żywota w sposób znacznie bardziej pospolity i przyziemny, mianowicie w brytfannie. Był tak wypasiony, że robotnicy cegielni przy kopalni „Morgenroth” spożyli go którejś niedzieli w charakterze świątecznej pieczeni. Długo szukałem swojego psa, rozpaczając i płacząc, aż wreszcie na moją prośbę

pewien sztygar dokonał rewizji w barakach ceglarzy, którzy uczciwszy uszu nie należeli do wybrańców narodu. Znalezione niebawem biało-czarne futro Jolly'ego świadczyło zaś dowodnie, że podążył drogą dającą kres wszelkiej materii.

 Robotnicy, których zatrudniał mój ojciec, wszyscy ci ładowacze i hamulcowi, byli to w przeważającej mierze z gruntu sympatyczni i pracowici ludzie. Spodziewali się patriarchalnego do siebie stosunku i byli karni i posłuszni, chętni do roboty o każdej porze, nawet wtedy, gdy nieco ponad miarę ugasili pragnienie. Starszy robotnik nazwiskiem Pawlik od czasu do czasu wpadał w delirium tremens.

Ujawniał się ów stan przede wszystkim w ten sposób, że Pawlik wchodził do domu, gdzie mieściło się biuro mojego ojca, zwyczajem przyjętym ongiś w tych stronach ujmował go pod kolana, całował je, po czym zaczynał się skarżyc, że „pod rampą załadowczą są jakieś chłopy, które mu robią na złośc”.

Wysłano wtedy pod rampę innego robotnika, by przez pewien czas walił kijem w belki pomostu załadowczego. Po chwili wracał on z meldunkiem, że chłopów już nie ma. Pawlik uspokajał się natychmiast. Ale po serii takich wyczynów ojciec wręczał mu kartkę i nakazywał iśc do szpitala brackiego w Mysłowicach, gdzie też Pawlik posłusznie z kartką w ręku się wybierał. Po kilku dniach meldował się z powrotem, uzdrowiony, obejmował kolana, całował i ślubował nie brac ani kropli wódki do ust. Czasami dotrzymywał przyrzeczenia przez trzy, a bywało nawet, że i przez cztery godziny.
W tamtych czasach na Górnym Śląsku było bardzo dużo dzikiej zwierzyny. Przepiórki latem i jesienią łamały sobie skrzydła na drutach telegraficznych albo przelatując w pędzie i wpadając na nie, odcinały sobie głowy. Gdy nadchodziła jesien, wiele ptaków przelotnych konczyło życie na drutach telegraficznych. Robotnicy, przybywający tu do pracy z bardzo odległych często miejscowości, znajdowali nieraz na torach kolejowych rozjechane na pół przez pociąg zające, którym brak było głowy albo dolnej części tułowia. Zwierzęta próbowały nocą przeskoczyd przez tory, a gdy nadjechał pociąg, przerażone hałasem i oślepione światłami, zastygały najpierw w bezruchu, po czym usiłowały

15.


umknąc przed pociągiem, biegnąc między torami. Gdy monstrum zbliżyło się już nazbyt, w ostatniej chwili rozpaczliwym susem starały się skoczyc w lewo czy w prawo i wtedy pociąg je rozjeżdżał.

 Zdarzyła się w owym czasie również katastrofa kolejowa na Kolei Warszawsko-

Wiedenskiej tuż przy jej wlocie na linię Kolei Górnośląskiej. Torowisko ma tam niewielki spad. Ciężki pociąg towarowy ciągnięty przez dwie lokomotywy nadjechał od strony Rosji. Jeden z wagonów w środku składu wykoleił się i jadące za nim wagony natychmiast spiętrzyły się po trzy, cztery, jeden na drugim. Szkody materialne były ogromne i przypominam sobie jeszcze nadjeżdżające od strony Sosnowca i Szopienic lokomotywy, które za pomocą potężnych łancuchów rozrywały sczepione ze sobą wraki wykolejonych wagonów. Na polu zaś obok torów leżały rozerwane worki ze zbożem, skrzynie, połamane paki i pudła, których zawartośc okoliczna ludnośc natychmiast potraktowała jako należną jej pryzę.
 Dzisiejsza generacja nie ma zielonego pojęcia, jakiej zażywa wygody dzięki jednolitemu systemowi monetarnemu i jednolitym miarom i wagom w obecnej Rzeszy. W tamtych czasach związane z tym były ogromne komplikacje. W dziedzinie miar i wag oraz pieniądza panował system duodecymalny, w praktyce jednak wcale nie traktowany jednolicie. Podstawową monetą był srebrny talar. Ten dzielił się na 30 srebrnych groszy, srebrny grosz zaś składał się z 12 fenigów. W całym Śląsku srebrny grosz nosił nazwę „czeski” (Bohm) po prostu dlatego, że pierwsze grosze wybito w roku 1300 w Pradze zaczasów króla Wacława

II. To określenie „czeski” dla srebrnego grosza było konieczne również dlatego,że oprócz

„groszy srebrnych”  istniały również zwykłe „grosze”. Były to z całą pewnością dobre grosze w piśmie zaznaczano je „d .gr.” Te „dobre grosze” pochodziły ze starego podziału talara na 24 grosze;dobry grosz wart był więc 1,25 grosza srebrnego. Bito monety jedno talarowe (rzadko pojawiały się monety dwu talarowe), które jako efekt jakiejś konwencji monetarnej z południowymi panstwami niemieckimi we wszystkich północnych i południowoniemieckich krajach bite były podług tej samej stopy menniczej; następnie były monety ośmiogroszowe, wartości mniej więcej tyle co dzisiejsza jedna marka, monety czterogroszowe o wartości dzisiejszych 50 fenigów, monety dwu groszowe wartości dzisiejszych 25 fenigów, potem grosze srebrne, z których 30 przypadało na talar i które, jak wiemy, nosiły nazwę „czeskich”

, potem srebrne szóstki, tzn. monety sześciofenigowe ze srebra.(Słowo „szóstak - zechser”

 do trwało do dziś i oznacza pięciofenigową monetę niklową, jako, że nic w języku ludu nie zmienia się tak powoli, jak nazwy pieniądza). Monety miedziane (miedziaki) miały wartośc czterech, trzech, dwu i jednego feniga. Złoto pojawiało się niezmiernie rzadko. Do kantoru i banku szło się, by kupic za 3 talary i 5 do 12 srebrnych groszy dukata, gdy się było chrzestnym i chciało się chrześniakowi „coś włożyc” do dokumentu chrzestnego.Zwykle wybierano w tym celu dukata przechowywanego potem dziecku na pamiątkę. Można też było zamówic szklany pojemnik, w którego dno wtopiony był ten chrzestny dukat, tak że chrześniak mógł jeszcze jako człowiek dorosły miec nijako chrzestnego przed oczyma, pod warunkiem rzecz jasna, że się szkło wcześniej nie rozbiło. Bardzo rzadko oglądało się frydrychsdory. Mogły byc one albo tzw. zwyczajne, albo dubeltowe. Wielką osobliwośc stanowiła pojawiająca się od czasu do czasu francuska złota moneta luidor albo dubletowy luidor. Ale tak jak dziś wszystko przy handlu konmi ciągle jeszcze przelicza się na podwójne korony, tak i wtedy cenę obliczano podług tzw. schneppen, tzn.frydrychsdorów, mimo że już wtedy moneta ta bardzo rzadko pojawiała się w obiegu.

 Monety często były bardzo stare. Ciągle jeszcze używano i to w dużej ilości tych z czasów Fryderyką Wielkiego, Fryderyka Wilhelma II, Fryderyka Wilhelma III, Fryderyka Wilhelma IV i Wilhelma I. Na rynku kursowały również inne monety, np. saski nowy grosz. Również saskie talary dzieliły się na 30 nowych groszy, a każdy nowy grosz na 10 fenigów. Prócz tego spotykano polskie cztero i ośmiogroszowe monety, bardzo dawno temu bite. Uznawane były one za znacznie gorsze, nie posiadały bowiem dostatecznej próby srebra. W obiegu były również srebrne i miedziane monety rosyjskie, które nosiły charakterystyczną nazwę „brumer”. Nie brakowało także monet austriackich -srebrnych i miedzianych. Używano je chętnie, biorąc i dając bez wahania, zwłaszcza austriackie austriackich węgierskie miedziane fenigi. Austriacki srebrny gulden stał się jednak w pewnym czasie przyczyną niezgorszych kłopotów, o czym powiemy sobie nieco później.

 Również w dziedzinie miar i wag zamieszanie było ogromne. Prusy, Saksonia, Hannover, Hesja, Bawaria, Wirtembergia i Baden miały całkowicie różne miary i wagi! Podstawową jednostką wagi w Prusach był cetnar. Ale rozróżniano dwa jego rodzaje: cetnar celny

16

-100 funtów (50 kilogramów) i zwykły cetnar -110 funtów (51,5 kilograma). Funt mieścił w sobie 30 łutów, łut zaś 12 kwintek. Miarą długości była stopa.



Pruska stopa mierzy ła 12 cali, reoską stopę dzielono natomiast tylko na 10 cali.

Jeden cal reoski był więc większy niż cal pruski. 12 stóp tworzyło pręt. Stopa, jak już rzekliśmy, dzieliła się na 12 cali, a cal na 12 linii. Do mierzenia towarów ciętych służył łokiec. Długi łokiec, czyli berlinski, mierzył 2 stopy, krótki, zwany też łokciem wrocławskim, był o kilka centymetrów krótszy. Mierzono wszakże również podług łokci brabanckich.

Miarą objętości płynów była kwarta (1,15 litra), istniały jej podziały na pół kwarty i ćwierć kwarty. Te ostatnie nazwano też kwaretkami.

Zboże, rośliny strączkowe, owoce, kartofle sprzedawano na półkorce (szafliki; korzec to były dwa szafliki). Jeden szaflik mieścił w sobie 12 garnców, garniec zaś dzielono na małe, cylindryczne, drewniane miarki, z których jedną z najważniejszych była „miareczka”. Dorośli i dzieci kupowali sobie miareczkę śliwek, miareczkę wiśni, miareczkę jagód.

 Ci ludzie, którzy często podróżowali i mieli do czynienia ze złotymi monetami, jak np. handlarze bydłem i konmi, wozili ze sobą małe skrzyneczki zrobione z drewna cedrowego. W takiej skrzyneczce mieściła się misternie sporządzona, precyzyjna waga na złoto, której małe szalki umocowane były na delikatnym, żelaznym ramieniu za pomocą cienkich, zielonych, jedwabnych sznureczków. W pudełku mieściły się obok tego najróżnorodniejsze miary dukatów, frydrychsdorów, luidorów pojedynczych i dublonów. Podczas podróży, zwłaszcza kolejowych, można było zobaczyc ludzi opasanych w talii podłużnymi, wydrążonymi w środku pasami, szerokimi „kabzami”, które mieściły w sobie często wiele set talarów w srebrnej monecie.

 Górnik mierzył i rachował podług sążni. O jakimś szybie mówiono, że jest tyle i tyle sążni głęboki albo kreślano, ile sążni do przodu wdrążono się chodnikiem w skałę. Sążen dzielił się na 80 reoskich cali (209 cm). Do obliczen naukowych używano stopy paryskiej, uchodzącej za międzynarodową miarędługości. Wysokośc gór np. zawsze podawano w stopach paryskich. Jeśli do tego dodamy,  że na południu Niemiec nie opierano waluty na talarze, lecz na guldenie, że gulden dzielił się na krajcary, że z kolei bawarski gulden miał zupełnie inną wartośc niż gulden badenski czy wirtemberski, że w Hamburgu obowiązywała bankomarka, że stopy, kwarty i łokcie w każdym niemieckim panstwie miały inną wartośc i różniły się między sobą zdecydowanie, wtedy dopiero będzie można sobie przedstawic i wyobrazic czym w normalnym, codziennym, cywilnym życiu było rozwiązływanie męczącego koszmaru, czyli - przelicza nie pruskiego pręta na meklemburskie pręty polne lub pręty hamburskie. Nigdzie niemieckie rozdarcie nie było tak bardzo widoczne, jak w dziedzinie miar, wag i pieniądza.

 

17. - a to będzie dopiero w pkSczep-110821:





Share with your friends:
1   ...   93   94   95   96   97   98   99   100   ...   114




The database is protected by copyright ©essaydocs.org 2020
send message

    Main page