Marek hołYŃski



Download 0.95 Mb.
Page8/17
Date conversion29.04.2016
Size0.95 Mb.
1   ...   4   5   6   7   8   9   10   11   ...   17

***

Utajoną przyczyną odrębności stylu nowych korporacji są ruchy pacyfistyczne lat sześćdziesiątych. Komputery osobiste powstały bowiem w odpowiedzi na hasło „Power to the people” („Władza dla ludzi”). To nie były udoskonalone kasy fiskalne; pecety budziły niezrozumiałe dla ogółu emocje i nadzieje. Chodziło o wyrwanie maszyn cyfrowych ze szponów rządu, wojska i wielkiego przemysłu, o przechytrzenie stojących na ich straży gładko wygolonych kapłanów w białych fartuchach.

Młodzi inżynierowie i informatycy chcieli używać komputerów, ale nie godzili się na uzależnienie od umów podpisanych z wojskiem lub IBM-em. Swoje manifesty drukowali na powielaczach i wrzucali do skrzynki pocztowej bez znaczka, oczekując, że odbiorca pokryje koszt przesyłki. Wierzyli, że naprawią wszystkie błędy systemu, nawet jeśli ten żmudny proces musiałby potrwać aż kilka miesięcy. „Powinniśmy mieć nieograniczony dostęp do maszyn cyfrowych”, „Nie ufaj władzy i staraj się ją decentralizować”, „Komputery ulepszą twoje życie”. Tak więc pecety trafiające do rąk indywidualnych użytkowników miały stać się narzędziem do przebudowy świata.

Świat przełknął komputery ze smakiem, ale o powiązanych z nimi pryncypiach jakby zapomniał. W Dolinie Krzemowej ich kontestacyjny rodowód jest jednak wyczuwalny na co dzień. Zwyczaje niewiele się zmieniły od czasów, gdy w Homebrew Club, klubie projektantów amatorów w Menlo Park, zaczynali Jobs z Woźniakiem (ojcowie ich obu pracowali w firmach elektronicznych). Wtedy hobbiści na dobre zbratali się z ideologami.

Pasjonujące są te przeploty techniczno-kulturowe. Wówczas magia nadzwyczajności unosiła się w powietrzu i działała z równym skutkiem na inżynierów, polityków i gitarzystów basowych. Okazuje się, na przykład, że znaczną część zespołów muzycznych, które wycisnęły piętno na tamtym okresie, założyły dzieci pracowników Doliny Krzemowej. Grateful Dead, Santana, Jefferson Airplane, Credence Clearwater, Fleetwood Mac i wiele innych. Chyba przez rodzinny sentyment nikt nie usuwa z kampusu SGI hordy fanów włóczących się za Grateful Dead. Mimo że w oczekiwaniu na jutrzejszy koncert w pobliskim amfiteatrze rozkładają śpiwory na idealnie wystrzyżonych trawnikach i siusiają do fontanny.
***

Zaczęło się od pamiętnego artykułu „Popular Electronics” w styczniu 1975 roku. Opisywał on schemat dysponującego 256 bajtami pamięci komputera Altair 8800, bezużytecznej niemal skrzynki (brak oprogramowania i 250 bitów pamięci) pozbawionej monitora i urządzeń wejścia/wyjścia. Można go było sobie samemu złożyć, zakupiwszy zestaw części za 397 dolarów (następnie, ze względu na popyt - zestawy takie zamówiło dwa tysiące osób - cena skoczyła do 498 dolarów). To właśnie Bili Gates i Paul Allen, późniejsi założyciele Microsoftu, zgłosili się na ochotnika do stworzenia kompilatora języka Basic dla Altaira.

Steve Woźniak był jednym z filarów Homebrew Club. Członkowie klubu spotykali się co drugą środę w audytorium budynku stanfordzkiego akceleratora liniowego. Otwarcie ujawniali detale swoich projektów, dzielili się schematami optymalnych połączeń układów elektronicznych. Zamiast biec do biura patentowego, szli z rozwiązanym problemem do Homebrew Club i wyjaśniali go kolegom. Mieli poczucie ważności swojej misji; kryteria biznesowe, ambicje i partykularyzmy schodziły na dalszy plan. Szefowie startujących (często konkurujących ze sobą) firm szli po dyskusji na cheeseburgera i wymieniali doświadczenia.

Woźniak, czyli „Woź”, był przekonany, że z dostępnych mu komponentów złoży maszynę lepszą od Altaira. Zdobył już pewną praktykę: wspólnie ze Stevem Jobsem sprzedał znajomym 200 blue boxes - urządzeń własnej roboty, które umożliwiały bezpłatne międzymiastowe rozmowy telefoniczne. Pomysł podsunął im pewien kon-testator, który przypadkiem odkrył, że gwizdek dla dzieci dołączany jako marketingowy bonus do pudełek z płatkami śniadaniowymi generuje ten sam sygnał co długodystansowe urządzenia telefonicznej sieci AT&T. Jakże miło jest pokonać potężną korporację plastikowym gwizdkiem.

Woźniak miał wtedy 25 lat, a Jobs 20. Pierwsze zamówienie na komputery otrzymali od handlującego elektroniką sklepikarza w Sunnyvale. On też nie zdawał sobie sprawy, że komputer mógłby się przydać komukolwiek poza oficjalnymi strukturami: zamówił tylko dwadzieścia sztuk z dostawą za miesiąc. Jobs zdobył gdzieś 320 dolarów na zakup podzespołów. Maszyna nazwana Apple I została dobrze przyjęta i Woźniak szybko zaprojektował ulepszoną wersję.

Zaledwie trzy lata wcześniej Ken Olson, założyciel i długotrwały prezes Digitala, stwierdził publicznie, że „nie ma najmniejszego powodu, by ktokolwiek odczuwał potrzebę instalowania komputera w swoim domu”.

Apple II okazał się fenomenalnym sukcesem - do 1980 roku wartość sprzedaży przekroczyła 100 milionów dolarów i w grudniu tegoż roku firma Apple weszła na giełdę. Wypuściła 4,6 miliona akcji po 22 dolary za sztukę - wszystkie wykupiono w parę minut. Operację na taką skalę notowano ostatnio w 1956 roku, gdy Ford wprowadził swoje udziały do publicznego obiegu. Od tej pory Jobs i Woźniak mogli już sobie pozwolić na opłacanie długodystansowych rozmów telefonicznych z własnej kieszeni.

Pracownicy działu promocji firmy Apple uporczywie rozpowszechniają tezę, że prototyp maszyny, która zainaugurowała erę komputerów osobistych, budowano w garażu w Cupertino. Świadomie nawiązują do tradycji Hewletta-Packarda, ponieważ garaż z Krzemowej Doliny awansował do roli istotnego rekwizytu w uwspółcześnionej legendzie o pucybucie, który został milionerem.

Mit o takich początkach brzmi zresztą prawdziwie, gdyż śnieg tu nigdy nie pada, deszcze tylko w zimie, kradzieże są rzadkie. Znacznie wygodniej parkować samochód na dróżce dojazdowej, a w garażu mieć pracownię (zamiast składu starych walizek i kartonów z ozdobami na choinkę). Ale z tą „garażową” legendą bądźmy ostrożni. Kolega z mojej grupy, który uczył się z Jobsem w tej samej klasie, twierdzi, że Jobs miał pokój wyposażony lepiej niż przeciętne laboratorium elektroniczne i nie było najmniejszego powodu po temu, aby męczył się w garażu.
***

Jobsa spotkałem po raz pierwszy w bostońskiej filharmonii, gdy w 1988 roku osobiście wprowadzał na rynek nowy komputer NeXT („następny”).

Otrzymałem zaproszenie z racji mojej funkcji w MIT i czułem się zaszczycony, zważywszy, że przed prezentacją Macintosha w 1984 roku w mieście omal nie doszło do zamieszek wywołanych przez tych, którym nie udało się dostać do środka. „Mac” dokonał istotnego wyłomu w dotychczasowym stereotypie - był przyjazny i zaprojektowany ze smakiem. Myszka pozwalała jednym palcem kontrolować sytuację, ikony uwalniały od konieczności uczenia się na pamięć poleceń systemu operacyjnego. Ekran przeistoczył się nagle w coś bardzo znajomego - metafora biurka zawalonego dokumentami i stojącego obok kosza na śmieci przełamywała obiekcje najbardziej opornych.

Pamiętaliśmy wszyscy pierwszą telewizyjną reklamę Macintosha, emitowaną podczas rozgrywek futbolowych Super Bowl. Stała się ona klasycznym przykładem, który przytacza się adeptom marketingu jako niedościgniony wzór sprawności propagandowej. Najpierw ukazywała się oczom widzów dziewczyna w stroju lekko-atletki, z kowalskim młotem w rękach, ścigana w wąskim korytarzu przez watahę policjantów w pełnym rynsztunku. Wbiegała do wielkiego audytorium, gdzie tysiące ludzi w niebieskich mundurkach

posłusznie wysłuchiwały orwellowskiego przemówienia Wielkiego Brata na ogromnym błękitnym telebimie. W roku 1984 aluzja była czytelna - chodziło o Big Blue, wielki niebieski IBM. Dziewczyna rozbijała młotem ekran. Zamęt, chmura dymu, odpryski tłuczonego szkła i oto wszyscy na sali zostają uwolnieni od dominacji komputerowego giganta. Komentarz ograniczał się do dwóch zdań: „24 stycznia Apple Computer zaprezentuje Macintosha. Wtedy dowiecie się, dlaczego rok 1984 nie stanie się rokiem 198 f.

Na NeXTa czekano zatem z niecierpliwością podsycaną plotkami o całkowitej izolacji zespołu pracującego w luksusowej posiadłości w górach Santa Cruz, o sprzeczkach Jobsa z zarządem Apple Inc., o przyczynach niepowodzenia poprzedniego komputera, nazwanego „Lisa”. Filharmonia była zatłoczona, ludzie siedzieli na podłodze w przejściach.

Jobsowi, cudownemu dziecku informatyki, przeciwności losu wyszły na dobre. Kierując się zasłyszanymi opiniami, spodziewałem się pyszałkowatego, narwanego bufona, kapryśnego i apodyktycznego pseudowizjonera, który podejmuje nieprzemyślane decyzje. Na dodatek ciążyło na nim odium „konfliktowca wywalonego na bruk przez własną firmę”.

Zobaczyłem sprawnego, komunikatywnego menedżera, który uprzejmie i rozważnie odpowiada na zadawane pytania. Nareszcie wygląda na swoje 33 lata - wyraźnie wydoroślał. Trzy kroki za nim czai się jeden z głównych akcjonariuszy NeXT Company. Niepo-kaźnego wzrostu, pospolitej urody - nikt nie zwraca na niego uwagi. A to teksański miliarder Ross Perrot, człowiek czynu, który potem równie uporczywie co bezskutecznie będzie zabiegał o fotel prezydencki.

Sam komputer zapowiada się rewelacyjnie. Czarny, 30-centyme-trowy sześcian z monitorem na ruchomym ramieniu. Trzy procesory Motoroli - główny i dwa wspomagające. Po raz pierwszy zastosowano wymazy walny dysk kompaktowy jako pamięć zewnętrzną. Zgromadzeni gotowi są zaakceptować sugestię, że oto wracają czasy Apple II i Macintosha, które zdominowały rynek na dobre kilka lat.

NeXT jest pierwszym komputerem z przyzwoitym dźwiękiem. Robi to piorunujące wrażenie. Maszyna symuluje głosy znanych polityków, wykonuje popularne melodie. Na scenę wchodzi prawdziwa skrzypaczka i odgrywa z komputerem utwór Mozarta.

Brzmienie jest akceptowalne; staje się jasne, dlaczego spotkaliśmy się w filharmonii.

Skrzypaczka kłania się i wskazuje na Jobsa. Jobs wskazuje na NeXTa. Sala wstaje i urządza wszystkim trojgu pięciominutową owację.


***

W kuluarach otacza Jobsa wianuszek wielbicieli i tych, którzy chcą coś dla siebie załatwić. Jakaś panienka przypomina mu, że własny pomysł usprawnienia marketingu NeXTa wysłała już pod adresem firmy. „Ach tak, pamiętam - Jobs strzela palcami. - Na takim żółtawym papierze. Całkiem niezłe. Ludzie z działu handlowego do ciebie zadzwonią”. Dziewczyna promienieje - ma niemal w kieszeni pracę, o jakiej wszyscy marzą.

Jobs wyłuskuje mnie z tłumu, chce pogadać o konkretnym problemie.

- Co wy tu sądzicie o grafice w moim systemie? - pyta.

- Znakomita rozdzielczość - odpowiadam - tylko niepokoi mnie czarno-biały ekran. Jesteś właścicielem firmy Pixar, a Pixar siedzi głęboko w grafice komputerowej i przejście na kolor nie powinno być trudne.

- Najważniejsze są wymiary ekranu i niski koszt maszyny. Chciałem mieć do dyspozycji ten milion punktów na monitorze. Dla większości zastosowań duży, ostry, czarno-biały obraz całkiem wystarcza. Nie podoba ci się mój ekran? - Jobs zaczyna się irytować. - Kolor oznacza pogorszenie ostrości, monstrualne zużycie pamięci.

No tak, ale właśnie brak koloru okazał się jedną z przyczyn, dla których firmy deweloperskie, czyli ludzie rozwijający zastosowania na rodzącym się komputerze, odrzucili NeXTa. Maszyna od początku źle się sprzedawała. Przykre, ponieważ to rozwiązanie wyprzedzało swoją epokę.

Już zamierzam wyjść, gdy zaczepia mnie rozgorączkowany Japończyk, który przeleciał przez ocean specjalnie na ten pokaz jako wysłannik tygodnika komputerowego. Bawimy się razem podłączoną do NeXTa drukarką laserową; Japończyk już zdążył wydrukować na mej sprawozdanie z imprezy. „Gdzie tu jest dojście do faksu? Muszę ten tekst natychmiast wysłać, bo Tokio czeka z wydaniem numeru”.

Pokazuję mu drogę do poczty, ale przecież jest pierwsza w nocy, a Jobs zaprasza na piwo. Po trzech kuflach emocje wieczoru opadają i towarzystwo zaczyna podpytywać go o historię: jak to naprawdę było z pierwszym na świecie komputerem osobistym?

- Ano poszliśmy do Atari i mówimy: „Hej, mamy znakomity produkt, nawet zbudowany na waszych częściach, co byście powiedzieli na sponsorowanie? A właściwie, możemy go wam dać nieodpłatnie. My po prostu chcemy się tym zajmować. Będziemy pracować dla was za zwykłą pensję”. A oni stopują interes krótkim NIE. Poszliśmy zatem do Hewletta-Packarda. Te sztywniaki nas kompletnie olały. „Obejdziemy się bez was. Nie skończyliście nawet studiów”.

Tylko częściowo jest to zgodne z prawdą. Jobs istotnie wyleciał z college’u za brak postępów i dorabiał w Atari, ale Woźniak był już wtedy inżynierem właśnie u Hewletta-Packarda. Woźniak mieszka teraz gdzieś w okolicznych górach. Podobno wkopał się na kilka pięter w grunt, aby pod domem urządzić zjeżdżalnię dla dzieci i salony gier wideo. Przeklinają go sąsiedzi, którym ciężarówki z mokrą gliną dewastują trawniki.

Publicznie pokazuje się rzadko, ale pozostał w ludzkiej pamięci. W lokalnej szkole pracuje społecznie, ucząc posługiwania się komputerami (wszystkie dzieci, łącznie z jego błękitnowłosym synem Garym, używają oczywiście Apple) i tym najzdolniejszym rozdaje maszyny, na których pracują. Ofiarował Muzeum Techniki w San Jose (The Tech Museum of Innovation, tzw. Garażowi) ponad milion dolarów, co wystarczyło, żeby ulicę, przy której się ono mieści, nazwano Woź Way. To muzeum jest zresztą całkiem interesujące, sporo w nim także maszyn SGI pokazujących różne naukowe symulacje.

Jobs natomiast mieszka w angielskim domu w stylu Tudorów w Pało Alto. Gdy po latach spotykam go, znów naładowanego energią i pełnego optymizmu, w supermarkecie w Pało Alto, widzę, że znacznie przytył. Akcje Apple lecą w dół i jego przedstawiciele proponują mu udział w akcji ratowniczej. Poza tym wszystko po dawnemu. Ma też dom w ekskluzywnym Woodside, ale z niego nie korzysta. Zatrzymują się tam Clintonowie, odwiedzając córkę Chelsea studiującą na Uniwersytecie Stanforda.
***

Triumf komputerów to zwycięstwo kontrkultury. Rewolucja komputerowa jest pochodną lat sześćdziesiątych - dokonuje odkrycia tygodnik „Time”, co przedrukowuje „Gazeta Wyborcza”. - Nowicjusze, którzy po raz pierwszy zalogują się w Internecie, są zdumieni, odnajdując tu nie tyle chłodną enklawę techniki, ile barwny i swobodny świat- świat hipisów lat sześćdziesiątych. U podstaw nie tylko Internetu, ale i całej rewolucji pecetów leży bowiem kontrkultura z jej pogardą dla władzy i anarchistycznym buntem przeciw wszelkim autorytetom.

Większość pokolenia lat sześćdziesiątych wyszydzała komputery jako instrument odgórnej kontroli nad społeczeństwem. Jednak mniejszość, później określana mianem hakerów, zapaliła się do nich i zapragnęła uczynić z nich instrument wyzwolenia... Pierwsze pokolenie jajogłowych pojawiło się na wydziałach informatycznych wyższych uczelni w latach sześćdziesiątych i wczesnych siedemdziesiątych. Wymyślili oni, jak posłuży ć się wielką stacją roboczą niczym komputerem osobistym. Zastosowali technikę zwaną „time sharing” (dzielenie czasu), znacznie ułatwiającą dostęp do tych komputerów.

Następne pokolenie w późnych latach siedemdziesiątych wymyśliło komputer osobisty... Trzecie pokolenie rewolucjonistów komputerowych pojawia się we wczesnych latach osiemdziesiątych. Tworzyli oni programy edukacyjne i rozrywkowe dla komputerów osobistych.

Dziś w szufladach biurek weteranów natknąć się można na fotografie dokumentujące ich poprzednie wcielenia: brody, długie włosy, rozszerzane dołem dżinsy, hipisowskie kurtki. Tamte czasy przetrwały w takich detalach, jak psychodeliczna tęcza jabłka na znaku firmowym Apple. Nawiasem mówiąc, ich dział marketingu zdecydował, że jabłko ma być nadgryzione, aby wymiarami nie przypominało czereśni. Szybko wyparowała niechęć do złowrogich korporacji. Hasło „Róbmy swoje” („Do your own thing”) dało się przecież bez oporów zinterpretować jako „wystartuj z własną firmą”.

Oficjalne struktury ciągle ich nie akceptowały, ale nisza, którą sobie wymościli, była wystarczająco komfortowa. Mogli tu forsować własne poglądy, wykazać się energią, przestrzegać kanonów prostoty i uczciwości. To budziło sympatię klientów i gwarantowało rozwój interesów. Zamożni i ustosunkowani kontestatorzy nie musieli już przez oportunizm odrzucać wartości, które od początku uznawali za słuszne.

To prawda, że powodzenie zmieniło wielu z tych społecznych outsiderów, którzy lekceważyli obowiązki obywatelskie i zasady higieny, spędzając noce nad klawiaturą. Teraz licytują się długością posiadanych jachtów, uczęszczają na kursy dobrych manier i, wyfrakowani, zaszczycają charytatywne bale.

Pomimo sukcesów komercyjnych radykałowie z Nowej Lewicy zachowali jednak wierność dawnym ideałom. Ed McCracken, prezes Silicon Graphics, prowadził dla pracowników piątkowe zajęcia z medytacji. Udzielają się społecznie Larry Tesler i John Gage, obecnie na kluczowych stanowiskach chief scientist (główny naukowiec) w Apple oraz Sun Microsystems, kiedyś członkowie Home-brew Club i znani aktywiści ruchu przeciwko wojnie wietnamskiej.

Gage przypomniał o sobie w wielkim stylu, organizując 9 marca 1996 roku pierwszy NetDay - próbę podłączenia do Internetu 12 tysięcy kalifornijskich szkół. Na firmowych bankietach bez skrupułów objada kapitalistów Lee Felsenstein, projektant Osborne (pierwszego przenośnego komputera) i czołowe pióro radykalnych gazetek Uniwersytetu w Berkeley.
***

W tych nowych oświeconych korporacjach zerwano z zasadą osiągania zysku za wszelką cenę. Jasne, że należy dbać o dochody, ale nie trzeba przy tym zadrażniać stosunków międzyludzkich. Ilustruje to dekalog cnót Doliny Krzemowej, wręczany przez niektóre firmy nowo przyjętym pracownikom:



  1. Bądź uczciwy, ufaj innym i wzbudzaj zaufanie.

  2. Nie zawierzaj a priori autorytetom.

  3. Wyrażaj swoje poglądy i myśli w sposób konstruktywny.

  4. Nie popadaj w biurokrację.

  5. Nie obawiaj się zmian i podejmuj ryzyko stosownie do sytuacji.

  6. Bądź twórczy i szukaj innowacyjnych rozwiązań.

  7. Przyznawaj się do popełnionych błędów i wyciągaj z nich wnioski.

  8. Współdziałaj z innymi i przyczyniaj się do umacniania zespołu.

  9. Bądź równie dobrym szefem, jak podwładnym.

  10. Traktuj klientów jak współpracowników, a współpracowników jak siebie samego.

Nie są to martwe przepisy - ludzie w nie wierzą i starają się ich przestrzegać. Na jesieni 1993 roku pojawiły się błędy spowalniające niektóre programy na naszych maszynach. SGI uczciwie wstrzymało produkcję, zawiesiło inne tematy i skrzyknęło wszystkich do naprawiania usterek. Kryzys został opanowany i klienci to docenili. Kwartał okazał się rekordowy, mimo że przez sześć tygodni niczego nie sprzedaliśmy.

Oczywiście, nie wszyscy producenci hołdują tym szlachetnym zasadom. W Microsofcie, na przykład, panują całkiem inne obyczaje, co przypisuje się ogólnie cechom charakteru wielkiego szefa tej firmy, człowieka o precyzyjnym, buchalteryjnym umyśle. Ktoś nawet opowiadał złośliwie, jak to Bili Gates guzdrał się w nieskończoność w kolejce do kasy supermarketu. Można sobie wyobrazić, jak denerwował oczekujących, grzebiąc w naddartej kopercie pełnej gazetowych kuponów, zanim wreszcie znalazł wycinek z trzydziestocentowym rabatem na puszkę coca-coli. Miliardy dolarów na koncie to jedna sprawa, a optymalizacja domowych wydatków - inna.

Na drugim końcu spektrum plasują się totalni „odjazdowcy” w rodzaju Jarona Laniera, który zarabiał, przygrywając na stacjach nowojorskiego metra. Natknąłem się na jego charakterystyczną fizjonomię z rastafariańskimi warkoczykami w jednym z polskich pism ilustrowanych, gdzie został przedstawiony jako ten, który wymyślił i nazwał rzeczywistość wirtualną. Jaron istotnie kręcił się po Siggraphach, próbując wyciągać informacje od kogo się da. Kiedy nauczył się kilku fachowych terminów (z trudem, gdyż edukację przerwał w szkole średniej), zaczął nimi dość nieporadnie żonglować. Ale to czasem wystarcza, żeby zafascynować dziennikarza, zwłaszcza kiedy je prezentuje natchniony kaznodzieja.
***

O świcie 26 lutego 1996 roku w internetowych serwisach informacyjnych pojawiła się nieoczekiwana wiadomość, przechwycona natychmiast przez reporterów CNN i zaanonsowana w porannych wiadomościach: „Silicon Graphics kupuje Craya!”.

Tego nikt się nie spodziewał. Umowę wynegocjowano w ciągu zaledwie tygodnia z zachowaniem absolutnej tajemnicy. Szefowie obu firm podpisali ją na prywatnym spotkaniu w niedzielę, żeby uniknąć przecieków na giełdę.

Pełne zaskoczenie. Nie było tajemnicą, że Cray Research Inc. boryka się z problemami, choć ostatnio jakby wychodził na prostą. Założony w 1972 roku, od początku miał jeden cel: tworzyć najpotężniejsze komputery, na jakie pozwala aktualna technologia.

Maszyny te kosztowały oczywiście majątek; najtańsza około 2 milionów dolarów, a niektóre rozbudowane wersje nawet 50 milionów. Ale ci, którzy crayów potrzebowali, mieli na to fundusze. Superkomputery były konieczne do symulacji w dużych laboratoriach badawczych, takich jak Los Alamos, Laboratoria Lawrence’a Livermore’a czy Bella. Nie mogły się bez nich obejść wojsko i NASA oraz ich przemysłowe zaplecze: Raytheon, Lockheed i DuPoint. Agencje rządowe stosowały je do obliczeń statystycznych, prognozowania pogody, na potrzeby administracji, wywiadu i kontrwywiadu.

Dostęp do craya nobilitował. Ambicją większych uniwersytetów i mniejszych państw stało się posiadanie przynajmniej jednego takiego superkomputera. Niekoniecznie przez snobizm. Tego typu sprzęt pozwalał na podejmowanie wspólnych tematów badawczych z czołowymi ośrodkami, które mają podobne maszyny.

Na początku lat dziewięćdziesiątych nastąpił jednak kryzys. Koniec zimnej wojny spowodował drastyczną redukcję funduszy przeznaczonych na badania militarne i kosmiczne. A rynek już się nasycił i nowych klientów nie przybywało. Co więcej, burzliwy rozwój stacji roboczych, komputerów osobistych i sieci odciągał potencjalnych klientów. W wielu sytuacjach, gdy przymierzano się do zakupu superkomputera, analizy wskazywały, że wystarczy go zastąpić setką połączonych z sobą pecetów.

Cray zareagował na kryzys cięciami w budżecie badawczo-rozwojowym i redukcją zatrudnienia. Na emeryturę przeszli prezesi. Młodsze pokolenie menedżerów ze zdwojoną energią zabrało się do poszukiwania nowych rynków zbytu.

Zmiany technologiczne, reorganizacja i wprowadzenie tańszych modeli poprawiły sytuację. Cray umocnił swoją pozycję w przemyśle, głównie naftowym (Arco, Exxon, Mobil) i samochodowym. Nie tylko w Stanach, gdzie wielka trójka - Ford, Chrysler i General Motors - tradycyjnie korzystała z crayów, ale i na świecie (wyposażył Fiata, Yolkswagena, Peugeota-Citroena, Audi i Rolls-Royce’a). Zdobył też kilka nowych rynków, angażując się w analizy trendów finansowych na potrzeby biur maklerskich i banków (duże zamówienie z Bank of America).

Na szczytach Cray królował niepodzielnie. Ale im niżej, tym gęściej od konkurentów - trafiało się już na nich, sprzedając komputery za sumę nie przekraczającą 2 milionów dolarów. Tu właśnie najgroźniejszym rywalem stała się nasza Silicon Graphics. Serwery

Challenge, wprowadzone do produkcji na początku lat dziewięćdziesiątych, okazały się tańsze i sprawniejsze od crayowskich systemów serii J, więc przyciągnęły do SGI wielu nowych użytkowników.

Dzięki temu Silicon Graphics mogła się wykazać stałym i równomiernym wzrostem sprzedaży w granicach 30-50 procent. Inwestorzy uwielbiają takie wyniki. Cray natomiast zamknął rok ze stratą ćwierć miliona dolarów. Tego giełda nikomu nie daruje. Tam liczą pieniądze i nie dadzą się omamić crayowską legendą, przed którą my, informatycy, padamy na kolana.

Wyniki finansowe postawiły pod znakiem zapytania bezpieczeństwo firmy i skłoniły szefów Craya do szukania dróg wyjścia z tej sytuacji. Co zrobić? Przecież nie można dać do gazety ogłoszenia: „Craya sprzedam od zaraz”. Trzeba przeanalizować rynek i znaleźć kogoś, kto potrafi przywrócić do życia padającego kolosa. Crayowi był przede wszystkim niezbędny zastrzyk energii i wiary we własne siły, witalności i dynamiki, czyli cech, z jakich słynęła Silicon Graphics.
***

Motywacje Craya były oczywiste. Dzwoniący do nas dziennikarze nie mogli natomiast zrozumieć, czemu Silicon Graphics wykłada 750 milionów dolarów i w dodatku ryzykuje, biorąc na swe barki niepewnego ekonomicznie partnera. Jednak z punktu widzenia strategicznych aliansów była to znakomita odpowiedź na podobny w intencjach, przeprowadzony kilka miesięcy wcześniej zakup Conveksa (średniej klasy producenta superkomputerów) przez Hewletta-Packarda. Najważniejszy przeciwnik SGI na rynku stacji roboczych ujawnił tym ruchem zamiar przeniesienia współzawodnictwa na obszar superkomputerów.

Mimo finansowego dołka Cray bynajmniej nie dogorywał. Analizowaliśmy sytuację szczegółowo. Produkcja systemów TsD zaczynała się rozkręcać, a zapowiedź komputera T90 została dobrze przyjęta. Ostatni kwartał, choć ciągle z 26 milionami dolarów na minusie, był znacznie lepszy niż poprzednie. Jeśli uwzględnić 42 miliony kosztów tzw. restrukturyzacji - czyli w gruncie rzeczy odpraw dla zwalnianych pracowników - to nawet wyszli na swoje.

Mieliśmy też zaufanie do naszych ekonomistów i prawników. Zdobyli doświadczenie w paru tego typu transakcjach. Przed kilkoma miesiącami dokonali niezwykle korzystnego zakupu firm

Alias i Wavefront, produkujących oprogramowanie graficzne. Wcześniej, w 1992 roku, SGI przejęła podupadającego Mipsa i wyprowadziła go na czołową pozycję wśród wytwórców mikroprocesorów.

Wykupienie Craya stało się idealnym uwieńczeniem wspinaczki bez konieczności samodzielnego wdrapywania się na czubek informatycznego szczytu. SGI uzyskała kontrolę nad całym obszarem: od podręcznych stacji graficznych po potężne superkomputery.

Przy okazji SGI przejęła od Craya wzorcowy serwis, powszechnie chwalony przez klientów. Obsługa przyjazna, kompetentna, czynne 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Nie bez znaczenia było również uzyskanie praw do firmowej nazwy, która, niczym traktor czy elektroluks, weszła do potocznego języka jako synonim produktu. Wystarczało powiedzieć: „Do rozwiązania tego problemu trzeba craya” i wszyscy wiedzieli, o jaką moc obliczeniową chodzi.

Obie strony przeżywały stan euforii. Zespoły projektowe Craya i SGI już na pierwszym spotkaniu zadeklarowały zdumiewającą zbieżność koncepcji architektury przyszłych generacji maszyn. W okresie narzeczeńskim wszystko zawsze wygląda różowo, jednak przyszłość pokazała, że zawarte z rozsądku małżeństwo miało szczęśliwe, choć niezbyt długie pożycie. Gdy na grafikę przyszły cięższe czasy, „pion superkomputerów SGI” wspierał firmę z podziwu godną wiernością, co pozwoliło jej przetrwać wiele trudnych momentów.

Rewolucja wybucha obok nas

My koncentrowaliśmy się na grafice, a koledzy w sąsiednich pokojach na Internecie. Te działania przeplatały się bezkolizyjnie, przynosząc obopólne korzyści. Nam sieci komputerowe coraz bardziej ułatwiały pracę, im nasza grafika potrzebna była do tworzenia powstających lawinowo witryn World Wide Web.

Rozmaicie już nazywano minione stulecie: erą atomu, epoką komputerów, podróży kosmicznych... Każde z tych określeń miało w pewnych okresach swoje uzasadnienie. Nie wiadomo, jaką nazwę wybierzemy w końcu dla całego XX wieku. Lepiej z tym trochę odczekać, by uzyskać rozsądną perspektywę. Zbytni pośpiech przypominałby ryzykowną praktykę nadawania nazw ulicom i miastom dla uhonorowania żyjących jeszcze osobistości. Późniejsza rewizja ocen często zmusza do wymiany tabliczek.

Są natomiast szansę na to, że lata dziewięćdziesiąte przejdą do historii jako dekada Internetu. W 1992 roku, gdy lawina ruszała, na świecie było kilkadziesiąt komputerów przystosowanych do współpracy z Internetem (w tym jeden ATM-u w Polsce). Kolejne lata przynosiły imponujące skoki: w 1993 roku zarejestrowano ich trzy tysiące, w następnych 40 i 200 tysięcy, a w 1996 roku doliczono się 10 milionów. Późniejsze dane nie są już miarodajne, bo skala zjawiska przerosła możliwości pomiaru; w porywach entuzjazmu mówi się o ponad setce milionów maszyn obsługujących ileś tam setek milionów użytkowników.

Szokująca jest i skala, i przyspieszenie tej postępującej ekspansji. Jeszcze dziesięć lat temu, analizując rodzące się zjawisko, byliśmy przekonani, że dzisiejszy poziom zaawansowania nie zostanie osiągnięty za naszego życia. Nie doceniliśmy tempa rozwoju wydarzeń, mimo że potrafiliśmy przewidzieć kierunek. Sam proces nie stanowił dla nas niespodzianki - od prawie trzydziestu lat wiadomo było, że maszyny cyfrowe można ze sobą łączyć i wymieniać między nimi informacje, więc to musiało się tak potoczyć.

Tym, którym Internet kojarzy się z kilkoma ostatnimi laty, należałoby wyjaśnić, że pierwsze zdalne połączenie komputerów zawdzięczamy Sputnikowi. Nie znaczy to wcale, że Internet wymyślono w Związku Radzieckim. Wręcz przeciwnie - Sputnik tak zmobilizował Amerykanów do wyścigu kosmicznego, że w tym celu powołano specjalną agencję - ARPA (Advanced Research Projects Agency - Agencja Zaawansowanych Projektów Badawczych).

ARPA skupiła najtęższe umysły Stanów Zjednoczonych i w ciągu zaledwie 18 miesięcy wystrzelono amerykańskiego satelitę. Aby ułatwić współpracę rozproszonym po kraju naukowcom, w połowie lat sześćdziesiątych zaczęto rozważać możliwość bezpośredniej komunikacji między ich komputerami. Przy okazji zrealizowano inny cel: zdecentralizowane zasoby były trudniejsze do zniszczenia przez atak nuklearny. Powstało na ten temat trochę prac teoretycznych i już w 1968 roku Brytyjczykom udały się lokalne transmisje.

Rok 1969 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały nadzwyczajne wydarzenia. Neil Armstrong spacerował po Księżycu, a my, skoszarowani w Białobrzegach, śledziliśmy to wydarzenie w telewizorze, siedząc przed nim z zapartym tchem do samego rana (wiedzieliśmy, że dowódca samodzielnego batalionu łączności jest na tyle przytomny, by nas nie karać za naruszenie regulaminu). W tym samym roku nasi amerykańscy rówieśnicy szaleli na koncertach Woodstock, a „rodzina” Mansona sposobiła się do napaści na rezydencję Polańskiego.

Tak się też złożyło, że właśnie 20 października 1969 roku grupa naukowców z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles, prowadzona przez dziekana wydziału informatyki, Leonarda Kleinrocka, nawiązała połączenie komputerowe z zespołem Douglasa Engelbarta w odległym o 600 kilometrów Stanford Research Institute w Pało Alto. Naukowcy z Los Angeles mieli podjąć próbę załogowania się ze swojego komputera na maszynę w SRI, otworzyć na niej okno konsoli za pomocą rozkazu „login”.

Po uzyskaniu połączenia naciśnięto klawisz „l” i czekano na telefoniczne potwierdzenie z Pało Alto. Po dłuższej chwili nadeszła wiadomość: „Hej, na naszym monitorze pojawiła się litera l”. Wystukano „o”: „Napisaliśmy o; doszło do was?”. „W porządku, mamy o. Piszcie dalej”. Napisali „g”, ale wówczas komputer Honeywell

DDP 516 wykonał „córę dump”, nazywany po polsku „zrzutem pamięci”, i zawiesił się. Owo „lo” okazało się jednak ważniejsze od strzału z Aurory, gdyż rozpoczęło donioślejszą rewolucję w dziejach ludzkości. Z lat sześćdziesiątych - epoki długich włosów, rozszerzanych nogawek spodni, Woodstock i marihuany - pozostała nam jedynie rewolucja komputerowa.

1   ...   4   5   6   7   8   9   10   11   ...   17


The database is protected by copyright ©essaydocs.org 2016
send message

    Main page