Marek hołYŃski



Download 0.95 Mb.
Page5/17
Date conversion29.04.2016
Size0.95 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   17

***

Trzęsienia ziemi są obsesją Kalifornijczyków, choć po latach człowiek powinien przyzwyczaić się do tego, że czasem zabrzęczą talerze w kredensie albo niespodziewanie spadnie z półki wazon. Zwłaszcza w dolinie, która dotyka San Andreas Fault - uskoku spinającego, niczym zamek błyskawiczny, dno Pacyfiku i Ameryki Północnej. Jego linia, dokładnie oznaczona, stanowi największą atrakcję wycieczek odwiedzających codziennie góry Santa Cruz. Pasażerowie klimatyzowanych autobusów okazują duży respekt - przechadzają się po sielsko wyglądających pagórkach, stąpając delikatnie jak po polu minowym.

I mają rację. Teren jest tylko pozornie przyjazny. Rosną tu trudne do pokonania chaszcze, dęby, których dotknięcie powoduje wysypkę. Na jesieni jest tak sucho, że byle iskierka niszczy wszystko w promieniu kilkudziesięciu mil. Potem nawet niewielki zimowy deszczyk sprawia, że wspaniałe rezydencje w Woodside zjeżdżają kilkadziesiąt metrów w dół na fali brunatnego błota.

Dolina Krzemowa powstawała jednak w okresie, gdy znano już sposoby wznoszenia obiektów na obszarach o wzmożonej aktywności sejsmicznej. Fundamenty budynków tłumią drgania, ściany elastycznie poddają się odkształceniom. Podczas ostatniego poważnego trzęsienia ziemi na jesieni 1989 roku Dolina Krzemowa znajdowała się w połowie drogi między San Francisco a epicentrum. Straty powinny być tu zatem co najmniej dwa razy większe niż w San Francisco, a okazały się minimalne w stosunku do szkód wyrządzonych w tym mieście.

Zaczęło się parę minut po piątej, akurat w czasie popołudniowej odprawy kierowników działów. Przy pierwszym dudniącym pomruku ludzie wymienili znaczące spojrzenia, ale nikt nie zareagował, aby nie okazać braku opanowania. Drugi, głośniejszy, zastał wszystkich wymijających się w drzwiach, ze sprawnością nabytą dzięki grze w koszykówkę (pół godziny dziennie, w czasie przerwy na lunch). Przy trzecim obserwowaliśmy już przebieg wydarzeń z parkingu w bezpiecznej odległości od biurowca; czuliśmy się jak uczniowie, którym udało się urwać z nudnej lekcji. I pewnie tak też z racji strojów wyglądaliśmy.

Chodnik rytmicznie falował, jakby przemieszczał się pod nim gigantyczny wąż z japońskiego filmu. Pośrodku sadzawki przed budynkiem utworzył się warkocz wody, wychlapujący się na zewnątrz jak przy płukaniu miski. Sam budynek wyraźnie się chwiał. Dołączona od frontu ozdóbka architektoniczna, coś w rodzaju ukośnej, grubej na dwie cegły bramy, chybotała się o co najmniej metr w prawo i w lewo. Nic się jednak nie zarysowało, nie wypadła żadna cegiełka.

Zabroniono nam powrotu do pracy, dopóki ekipy techniczne nie sprawdzą przewodów elektrycznych i gazowych, których uszkodzenie mogło grozić wybuchem. Trzeba było wracać do domu. Supermarkety zamknięto, ale sprzedawcy stali na zewnątrz i rozdawali żywność. Kolidowało to z wyniesioną z peerelowskiej szkoły tezą, że kapitaliści zbijają majątek na krzywdzie wdów, sierot i ofiar kataklizmów. Choć, rzecz jasna, trudno o lepszą kupiecką reklamę niż pomoc klientowi w biedzie. A zresztą lodówki nie działały, więc towary i tak by się popsuły.

Resztę dnia spędziłem zatem na uspokajaniu wydzwaniających z całego świata bliższych i dalszych znajomych. Paradoks odwrotnej perspektywy powoduje, iż wydarzenia zasługujące na wzmiankę w dziennikach telewizyjnych wydają się znacznie poważniejsze z daleka niż z bliska. Sam muszę się czasami powstrzymywać, żeby nie dzwonić do Warszawy na wiadomość o wykolejeniu się pociągu t pod Szczecinem.

Dolina podchodzi do trzęsień po inżyniersku - strat należy się spodziewać, ale można je ograniczyć. Szafki są zabezpieczone zamkami, regały przyśrubowane do ściany, monitory przymocowane pasami do biurek. Apteczka pod ręką, zapasy jedzenia i bańka wody w garażu. Wiadomo, gdzie jest lokalny punkt ewakuacyjny i który sąsiad przeszedł szkolenie w kierowaniu akcją ratunkową.

Następnego dnia, gdy w San Francisco płonęły jeszcze domy i dokopywano się do zasypanych pod autostradami ludzi, życie w Dolinie Krzemowej wróciło do normy. Przedsiębiorstwa komputerowe - bardziej czułe na trzęsienia giełdy niż trzęsienia ziemi -zatrudniły jedynie psychoterapeutów oferujących pomoc w przezwyciężaniu powstrząsowych fobii.


***

Nie uskarżam się bynajmniej na naturę - utyskiwania takie byłyby nietaktem wobec Stwórcy tej Doliny, który wykonał znakomitą robotę. Ale jak tu się zmobilizować do poważnych zadań, skoro na dworze jest zawsze tak przyjemnie? W naszym klimacie zima jest naturalnym okresem, aby przy piecu, kominku czy kaloryferze zająć się konstruowaniem lub programowaniem. Hakerzy nie potrafią jeszcze stworzyć wirtualnej zimy, która zmusi do koncentrowania się na pracy.

W Dolinie Krzemowej są dwie pory roku: dziewięć miesięcy lata i krótka wiosno-jesień. Trudno cieszyć się wiosną, skoro na nią nie zasłużyliśmy, bo udało nam się wymigać zimie złej. Pewien znajomy starszy pan przysięgał, że widział przed czterdziestu laty padający śnieg. Był jednak wtedy po paru kieliszkach wina, a wycieraczki samochodowe kiepsko działały na górskiej drodze. Mógł to być po prostu deszcz, chociaż pomarańcze tego roku nie smakowały najlepiej - co świadczyłoby o ich przemrożeniu.

Pomarańcze z mojego ogrodu są wyśmienite. Grejpfruty nieco gorsze, ale figi to istna poezja. Obdarowuję nimi wszystkich chętnych, jako że samemu przejeść ich nie sposób. Próbowałem suszyć je na słońcu (na dachu pod gęstą siatką) i w piekarniku, lecz zawsze pojawiają się w nich robaki. Nawet Meksykanie nie potrafią w tej sprawie nic doradzić.

W zimie z utęsknieniem czekamy na deszcz. Wstajesz rano i oto niespodzianka - nad miastem, zamiast standardowego błękitu, wiszą bure chmury. Co za ulga! Może będzie padać? Dzieci są podekscytowane, dorośli też. W pracy ktoś co chwila wyskakuje na zewnątrz, żeby sprawdzić sytuację. Uwaga, zaczęło się. Wszyscy wychodzą na dwór, żeby porządnie zmoknąć. Ale okazja!

Bywa, że zima spisuje się znakomicie. Internetowe notowania poziomu wody w zbiornikach retencyjnych przekraczają wieloletnie normy. Latem będzie można brać prysznic w dowolnych godzinach. Koniec z restrykcjami przy podlewaniu ogródka. Może nawet da się usunąć ze spłuczki w toalecie cegłę, której zadaniem jest ograniczanie zużycia wody przy każdym spuszczaniu. Ale chyba już nigdy nie pozbędę się wyrobionego w latach suszy nawyku: zwilżam szczoteczkę, szybko zamykam kran, czyszczę zęby, dopiero teraz puszczam wodę i przepłukuję usta.


***

Zmasowana koncentracja pieniędzy i intelektu nie wypełnia niestety, jak powinna, uliczek Mountain View kolorowym międzynarodowym tłumem. Brakuje centrum, wokół którego grawitują zwykle mieszkańcy dużych miast. Zakupy, pranie, naprawa samochodu, operacje bankowe są tak zorganizowane, że nie trzeba z nikim rozmawiać twarzą w twarz - wszystko da się załatwić przez telefon lub Internet. I dlatego wieczorami jest tu cicho i pusto. Ale przytulnie. Ciepłe nocne powietrze zmiękcza światła latarń, chodniki wysprzątane są do ostatniego papierka.

Dziewiąta wieczór i w zasięgu wzroku nie widać nikogo. W księgarni tylko przy półce z nowościami komputerowymi stoi parę osób. Po drugiej stronie, w klubie tanecznym, na prawie pustym parkiecie trzy meksykańskie pary tańczą salsę. Otwarty jest jeszcze chiński sklep spożywczy, ale zapachy nie zachęcają do wejścia. Sąsiedni pub wyludniony, tylko dwie sekretarki przy barze głośno dyskutują strategię uzyskiwania podwyżek.

Na ławce leży porzucona miejscowa gazeta. Połowę stron zajmują ogłoszenia osób poszukujących partnera. Ale jak go mają znaleźć, skoro unikają ludzi, a komfortowo czują się jedynie w towarzystwie maszyny. Nie wszystkie okna domów są ciemne, z niektórych wydobywa się niebieskawa poświata. Stabilna, bez migotań, więc to nie telewizory, lecz monitory komputerowe. Wystarczy tej próbki nocnego życia Doliny, tu nic się nie wydarzy; lepiej wrócić do pracy. Parking przed firmą jest zresztą prawie pełny.


***

Wersja „alfa” maszyny jest gotowa. W końcu dotarliśmy do mety. „Alfa” to prototyp, który testuje się wewnętrznie. Gdy wszystko jest już w porządku, powstaje wersja „beta” rozsyłana do zaufanych klientów. Mają ją wypróbować w warunkach bojowych i zgłosić usterki. Poufnie, tylko nam, bez porozumiewania się z prasą i resztą użytkowników. Proces taki trwa parę miesięcy, dopóki maszyna nie zostanie całkowicie sprawdzona; wtedy można ją bezpiecznie wprowadzić na rynek.

Po wielomiesięcznych dyskusjach zapada decyzja co do jej nazwy i koloru.

- Ochrzcimy ją „Indy”, a pudełko zrobimy błękitne - ogłasza dyrektor działu marketingu, Jay Kidd. - Nasz dział prawny sprawdza jeszcze, czy prawa do tej nazwy nie są zastrzeżone, a zagraniczny konsultuje się z ambasadami Indii i Pakistanu, czy aby nie poczują się urażeni. Na razie musimy utrzymać pełną tajemnicę. Jeśli coś chlapniecie, nawet żonie, to wylatujecie z pracy.

Przecieki jednak były, tyle że zamierzone. Na dwa miesiące przed oficjalnym anonsem w prasie pojawiły się rzekome wieści „z dobrze poinformowanych źródeł”. Potem przyszły doniesienia podstawionych szpiegów przemysłowych: „SGI przygotowuje się do kolejnego uderzenia”. Marketing umiejętnie dozował napięcie, by puenta zbiegła się w czasie z premierą.

Czekaliśmy na to dwa lata. Jutro nasze wielkie święto. Wszyscy są przygotowani. Oddziały terenowe w stanie pogotowia. Pamiętając o ostrzeżeniach Jaya Kidda, wysyłam ostrożny e-mail do Polski: Kończymy projekt. Bądźcie gotowi do akcji. Przychodzi na to otwartym tekstem odpowiedź od Romana Szweda: Widziałem Indy w wersji beta na tajnym szkoleniu w Monachium. Rewelacja!

Trwają przygotowania do wielkiej celebry. W planach jest wystawne śniadanie, później konferencja prasowa. Krótka odprawa prowadzona przez ludzi z działu promocji ma nas zmobilizować do niekonwencjonalnej inżynierskiej roli: „Musicie się odpowiednio ubrać. Dżinsy i bawełniana koszulka odpadają. Nie powinniście okazywać zdziwienia, jeśli nie widzieliście przedtem któregoś z programów demonstracyjnych. Nie należy wydawać entuzjastycznych okrzyków w czasie prezentacji, bo prasa się spłoszy. Gdy dziennikarz zapyta o coś, czego nie wiesz, nie uciekaj - zawołaj kogoś z marketingu”.

Wystawne śniadanie odbyło się w namiocie na boisku bejsbolowym między budynkami numer trzy i cztery. Składało się z wystygłej jajecznicy, sałatki owocowej, suchego ciasta i szampana, którego nikt nie tknął, bo mieliśmy przed sobą cały pracowity dzień. Wpadam na chwilę do swojego gabinetu - wszystkie trzy Indy martwe, ale po zrestartowaniu łatwo wracają do życia. Było jakieś wahnięcie napięcia w sieci. Ludzie z promocji musieli mieć porządnego stracha, kiedy im się dema powywracały.

Wracam na przemówienie McCrackena. „Jest z nami sześćdziesięciu projektantów, z których każdy był nieodzowny dla tej unikalnej konstrukcji. Ale jutro stwierdzicie, że maszynę budowało pięć tysięcy osób, bo każdy pracownik SGI będzie się pod nią podpisywał i chwalił przed znajomymi. I to jest w porządku” - mówi.

Eda McCrackena wszyscy słuchają uważnie, bo to teraz ważna figura. Jest szefem Narodowego Komitetu Doradczego do spraw Infrastruktury Informacyjnej (NIIAC - National Information In-frastructure Advisory Council) - grupy sterującej rozwojem super-infostrady w Stanach Zjednoczonych, utworzonej w 1994 roku przez Ala Gore’a.

Zaproszonym mówcą, który ma uświetnić okazję, jest James Burkę, brytyjski dziennikarz, prowadzący znany we wszystkich zakątkach globu serial BBC o historii cywilizacji. Wręczono nam egzemplarze jego książki The Day the Unmerse Changed, zapewne po to, by zrekompensować stratę czasu: Burkę mówił mętnie, nieudolnie starając się osadzić grafikę komputerową w ogólnoludzkim kontekście.

Potem ruszyły programy demonstracyjne z prawdziwej maszyny. Obecni na sali dziennikarze byli tak zaskoczeni, że odjęło im mowę. Czegoś takiego jeszcze nie widzieli. Jedyne pytanie, jakie padło na zakończenie konferencji, brzmiało: „Czy Indy jest przystosowany do pracy z OpenGL?”. McCracken wskazuje na mnie palcem. „Jasne - odpowiadam zgodnie z prawdą. - Właśnie dla OpenGL projektowaliśmy tę maszynę”.

Dziennikarze są oczarowani zestawem programów demonstracyjnych, złożonych w spójną całość przez specjalizującą się w muzycznych teledyskach, zaprzyjaźnioną z nami firmę Colossal Pictures. Nazywa się to „Out of Box Experience” - doświadczenie, które ma nas oswoić z maszyną po wyjęciu komputera z kartonowego pudełka. Dowcipny, operujący na luźnych skojarzeniach zestaw dynamicznej grafiki. Pojawia się Einstein, bracia Wright, a wśród innych postaci żongler podrzucający różnokolorowe kule. Kliknięcie na którąś z nich uruchamia dema z rozmaitych dziedzin. Zabawa na parę godzin. A pudełka z Indy zawierają dodatkowy bonus: po trzy prawdziwe kule do żonglowania.

Wieczorem oglądam zarejestrowane na magnetowidzie dzienniki telewizyjne. Indy pokazywano na każdym kanale. Nie tylko stacje lokalne, ale i sieci ogólnokrajowe podawały informacje o nowym wspaniałym komputerze. Międzynarodowy serwis CNN rozprowadził je na cały cywilizowany świat. Ograniczały się, niestety, do powierzchownej zbitki haseł: nowy, dinozaury, tani, rzeczywistość wirtualna. Ale nie ma sprawy, reklamy wystarczy, żeby rozkręcić promocję.


***

Publiczna prezentacja nowego komputera nie znaczy wcale, że można go od ręki kupić i wziąć do domu. Obejrzeć, pobawić się - proszę bardzo. Ale pokazywane są tylko te programy demonstracyjne, które omijają przedprodukcyjne błędy i słabości. „Och tak, jeśli ma pan przy sobie kartę kredytową, to dokonamy transakcji natychmiast, a komputer dostarczymy za trzy miesiące”.

Ta strategia ma swoje uzasadnienie. Trzeba rozkręcić kampanię reklamową, przeszkolić sprzedawców, rozesłać katalogi, dotrzeć do potencjalnych klientów, dać im czas do namysłu. Fachowe miesięczniki potrzebują trzech miesięcy na opublikowanie materiałów. Ale najważniejszym powodem jest przyblokowanie konkurencji.

Precedens ustanowił IBM, który zastosował tę taktykę przy wprowadzaniu na rynek w połowie lat sześćdziesiątych komputerów serii 360. Zapowiedział je pół roku wcześniej, bez pewności, że projekt da się pomyślnie zrealizować. Ośrodki obliczeniowe na całym świecie, olśnione perspektywą nowych, wspaniałych maszyn, wstrzymały się z zakupami produktów rywalizujących firm. IBM zaryzykował i wygrał.

Ryzyko jest spore, bo zawsze mogą się pod koniec pojawić jakieś trudności. Jeśli dostawy opóźnią się ponad miarę, rozgoryczeni nabywcy, odczekawszy swoje, wycofają zamówienia i wpiszą firmę na czarną listę. Odkrywa się też karty przed konkurencją, która ma szansę przebicia oferty: „A my za miesiąc dostarczymy coś lepszego i tańszego”. Licytacja obietnic nie może trwać w nieskończoność, bo wreszcie jakiś produkt trzeba na rynku pokazać.

Moment prezentacji komputera jest więc starannie wyważoną decyzją strategiczną. Tydzień, dwa za wcześnie lub za późno to błąd, który grozi poważnymi konsekwencjami. A w grę wchodzą jeszcze inne czynniki. Dla nas, na przykład, istotne było, aby maszyna pojawiła się na sierpniowym Siggraphie. Siggraph to skrót od Special Interest Group on Computer Graphics, grupy zajmującej się grafiką komputerową w ramach towarzystwa informatycznego ACM - Association for Computing Machinery.


***

Konferencje Siggraphu są dla specjalistów od grafiki komputerowej i spokrewnionych z nią dyscyplin dorocznym podsumowaniem osiągnięć i okazją do koordynacji kierunków natarcia. Uczestniczą w nich wszyscy zainteresowani: naukowcy, inżynierowie, handlowcy, programiści, filmowcy i artyści. Tu trzeba „bywać”, by nie zatracić orientacji w branży. Impreza rozrosła się jednak do takich rozmiarów, że łatwo się pogubić. Zdezorientowani ludzie biegają po terenie, pytając napotkanych znajomych: „Widziałeś coś ciekawego?”.

Kilkudziesięciu tysięcy osób nie sposób zakwaterować i wyżywić w zwykłym hotelu. Wykorzystuje się więc do tego „parki tematyczne”, takie jak słynny Disneyland w kalifornijskim Anaheim czy Disney World w Orlando na Florydzie. Latem, gdy wilgotność na mokradłach środkowej Florydy i upał południa Kalifornii ograniczają napływ turystów, disnejowskie kombinaty tanio wynajmują swoje posiadłości na rozmaite sympozja i konferencje. W ten sposób nie tylko wypełnia się hotele, ale też zachęca ludzi do korzystania z lokalnych rozrywek. Ponieważ zjazdy są najczęściej nudne, można być pewnym, że uczestnicy nie oprą się pokusie wydania ponad 40 dolarów na wstęp do jednego z parków. Kalkulacja ta zawodzi jednak na Siggraphie, który oferuje dość atrakcji, by nikomu nie przyszła chęć spotkania z Myszką Miki i Królewną Śnieżką.

Jest też rzeczą znamienną, że Siggraphem nie zawładnęły watahy rozwrzeszczanych nastolatków, które zwykle blokują wszelkie targi, ogałacając stoiska z broszur promocyjnych. Nikt im tu wstępu nie broni, bo reprezentują przecież przyszłą generację użytkowników i konstruktorów. Młodzież nie paraliżuje jednak imprezy - oddano do jej dyspozycji dużą salę ze stanowiskami zaawansowanych komputerowych zabaw. Ta akcja, nazwana „SIGkids”, sponsorowana przez przemysł, obsługiwana jest przez same dzieci, z wprawą manipulujące skomplikowanymi urządzeniami. Któremu z nich chciałoby się wystawać w kolejce u Disneya, żeby za 10 dolarów zagrać przez minutę w dużo prymitywniejszą grę? Tutaj mogą za darmo i do upadłego walczyć z wirtualnymi smokami oraz zwiedzać egipskie piramidy.

Indy okazuje się na Siggraphie przebojem; jest na ustach wszystkich. Z satysfakcją podsłuchuję w kolejce przed pokazem filmowym rozmowę pracowników laboratorium chemicznego, którzy zastanawiają się, jak namówić swojego kierownika na zakup maszyny. Napotkani znajomi z MIT składają mi gratulacje.

Jeden z nich, Greg, też przyjechał tu jako wystawca. Pokazuje własne dzieło, wykonane po godzinach: prawdziwy konfesjonał z wbudowanym komputerem i monitorem. Dialog przy spowiedzi jest mocno sformalizowany i świetnie nadaje się do algorytmizacji. Grzechy można wybierać myszką z listy na ekranie; na zakończenie penitent otrzymuje drukowane rozgrzeszenie i zestaw modlitw pokutnych.

- Nie obawiasz się, że możesz zostać oskarżony o herezję? - pytam żartem. Greg jest Irlandczykiem i w Bostonie do kościoła chadzał codziennie, zatem kpina z religii nie wchodziła w grę.

- Ależ skąd! - oburza się. - To będzie niesłychanie przydatne. Wszystko się komputeryzuje i Kościół też musi. Księży brakuje, trzeba ich odciążać od rutynowych zajęć. Nie ma też problemu z tajemnicą spowiedzi. Ponadto maszyna jest bezpłciowa, co pozwoli skończyć z oskarżeniami o napastowanie seksualne.


***

Silicon Graphics wydaje przyjęcie promujące Indy w położonej po sąsiedzku Bibliotece Nixona. Były prezydent wybudował ją obok domku, w którym się urodził (też udostępnionego do zwiedzania). W gablotach widnieją zdjęcia, książki, rękopisy, podarki od głów państw. Dla równowagi można też przesłuchiwać taśmy z procesu Watergate. Można także wybrać z menu jakieś pytanie, a Nixon odpowie fragmentem nagranych na wideo przemówień.

W holu monumentalne malowidło: Nixon, w pozie Lenina, stoi na wzgórku i wyciąga ramię w powitalnym geście; drogą nadchodzi grupa ludzi w kostiumach reprezentatywnych dla różnych zawodów i warstw węgierskiego społeczeństwa. Omal nie wymknęła mi się ironiczna uwaga, ale powstrzymałem się, widząc zdziwione spojrzenia kolegów. Nigdy przedtem nie zetknęli się ze sztuką socrealizmu i nie mieli negatywnych skojarzeń. Przecież Nixon, wówczas wiceprezydent USA, naprawdę okazał sympatię Węgrom w 1956 roku i w tej kwestii zasługuje na wdzięczność i uznanie.

Całe szczęście, że piłem i mogłem opanować się w porę. Na przyjęciu nie podaje się alkoholu, tylko „smart drinki”, które przyśpieszają pracę mózgu. Licho wie, co siedzi w takiej fosforyzującej błękitem szklaneczce z owym „inteleksem”. Ale działa - myśli się sprawnie, precyzyjnie, a następnego dnia ani śladu kaca.

SGI wydała na bankiet promujący Indy 300 tysięcy dolarów, siłą rzeczy był więc on wystawny. Przed wejściem 60-osobowy ludowy zespół japoński walił w bębny. W środku prezentowały się murzyńskie zespoły eksperymentalnego hłp-hopa, brazylijskie szkoły samby, wróżki i damy owinięte w równie tłuste, obłaskawione węże. Wystąpił nawet hipisowski guru, Timothy Leary.

Wstyd przyznać, że traktowaliśmy go kiedyś całkiem serio. Lansowana przez niego analogia między buddyjskimi pojęciami „yin” i „yang” a zerem i jedynką w systemach komputerowych przemawiała nam do wyobraźni. Tym razem guru bełkotliwie recytował swoje poezje i wygłaszał zdezaktualizowane maksymy. Stanowił namacalny dowód na to, jak LSD (którego legalizacji był gorącym orędownikiem) potrafi rozmiękczyć najpłodniejsze nawet mózgi. Szkoda tylko, że Nixon nie mógł być wśród nas; na pewno by się z tego silikonowego przyjęcia ucieszył.


***

Zamówienia zaczynają napływać, a my jesteśmy w lesie. Lista błędów zgłoszonych przez testerów wersji beta zawiera ponad dwieście pozycji. Można już poprawiać tylko błędy o priorytecie l i 2 oraz zwiększać szybkość. Na szczęście, większość tych z priorytetem „konieczne” albo „zalecane do poprawy” dotyczy systemu operacyjnego; w mojej grafice jest ledwie kilka, z tego jeden poważny. Linie wyświetlane „od tyłu” (gdy zamienia się kolejność punktu końcowego i początkowego) mają o jeden punkt więcej. To defekt łatwy do usunięcia.

Koledzy z grupy odpowiedzialnej za system operacyjny pracują po nocach nad poprawkami i udoskonaleniami. A dział marketingu zebrał już zamówienia na 400 maszyn i w początkach września wyznaczony jest MR - Manufacturing Release. Wtedy rusza taśma produkcyjna i nie ma odwrotu.

McCracken chodzi po laboratoriach, pobrzękując kluczami: „Panowie, kończymy! W piątek o północy zamykam budynki”. O północy rzeczywiście strażnicy zaczynają gasić światła, wobec czego grupa systemu operacyjnego zestawia samochody na parkingu, kieruje ich reflektory na budynek nr l i kontynuuje walkę z błędami. Pojawia się McCracken i po nerwowych negocjacjach pozwala na pracę do czwartej nad ranem.

Pod jednym warunkiem: o świcie wszyscy muszą wesprzeć taśmę. Koniec poprawiania błędów. Ja też dostaję niebieski fartuch, antystatyczne kapcie i zadanie testowania grafiki maszyn schodzących z linii produkcyjnej. Na pierwszym egzemplarzu składamy swoje podpisy - przeznaczony jest do firmowego muzeum.

Następna setka to zamówienie od Mercedesa. Lądujemy ją przez dwie noce na ciężarówki odwożące transport na lotnisko. Wracają wspomnienia ze studenckiej praktyki wakacyjnej w Zakładach im. Kasprzaka na Woli. Nawet Wietnamczycy wyglądają podobnie. Wtedy byli to północni, z którymi szkoliliśmy się w ramach bratniej pomocy. Teraz południowi, ale dokładnie tacy sami - nawet imiona się zgadzają.

Nawiasem mówiąc, burzliwy rozwój komputerów osobistych był możliwy dzięki pojawieniu się w Dolinie Krzemowej 90-tysięcznej fali powojennych uciekinierów z Wietnamu. Pilnych, dokładnych i nie stawiających wygórowanych wymagań. Roboty przy montowaniu podzespołów elektronicznych było w bród, dużo nadgodzin, minimalne wymagania językowe. Ameryka wygrała na przegranej wojnie.

Linia montażowa lśni czystością, nawet w okolicy pieców do wypalania układów scalonych. Rolki taśmociągów kręcą się nieustannie, a na taśmach suną palety z Indy w różnych stadiach. Co jakiś czas stanowiska testowe sprawdzają, czy parametry dodawanych do komputera podzespołów mieszczą się w dopuszczalnych granicach. Jeden z Wietnamczyków przynosi mi karteluszek ze specyfikacją zamówienia doklejanego do gotowych maszyn. Zamówienie jest z Polski. Czyżbym się do tego przyczynił? Dwa dni po prezentacji Indy, na wezwanie Franka Dietricha, byłem w Warszawie, gdzie ATM zorganizował europejską premierę maszyny. Tak jest - nastąpiło to przed pokazami w Anglii, Francji i Niemczech.

Trzysta osób na sali wykazywało zainteresowanie, a pytania zadawano konkretne i zdradzające znajomość tematu. Cena jednak stanowiła spore ograniczenie - przelicznik dolarowy był niekorzystny i maszyna mogłaby pochłonąć roczny budżet instytutu lub uniwersyteckiego wydziału. Dziwiłem się więc, że ktokolwiek brał to komputerowe porsche pod uwagę.

Komu to służy i do czego się przyda?

Jaki szalony postęp dokonał się w mojej dziedzinie; cóż za szczęśliwy przypadek, że miałem okazję śledzić go niemal od kolebki! Na początku nikt nam nie proponował kręcenia filmów o dinozaurach. Grafikę komputerową traktowano wtedy niczym fanaberię. I dawano nam to odczuć przy każdej okazji.

W połowie lat siedemdziesiątych kraje socjalistyczne borykały się ze stworzeniem „jednolitego systemu maszyn cyfrowych”, czyli domorosłej kopii IBM-owskiej serii 360. Aby skoordynować wysiłki, powołano przy RWPG międzynarodową komisję, która objeżdżała zaangażowane w tę pracę ośrodki badawcze.

Instytut, w którym byłem zatrudniony, utrzymywał, dzięki osobistym znajomościom pracowników, ożywione kontakty z Zachodem i prowadził badania niewiele odstające od światowej czołówki. Mieliśmy się czym szczycić. Pewni pozytywnego wyniku inspekcji, z dumą oprowadzaliśmy gości po pracowniach.

Na sam koniec zostawiliśmy asa atutowego: laboratorium grafiki komputerowej. Ale kino! Geometryczne figury poruszające się na czarnym ekranie. Bryły składały się z białych, nieco koślawych linii symbolizujących krawędzie (bez wypełniania ścianek), ich ruchy były nieco ospałe, bo komputer nie potrafił liczyć szybciej. Nasz pokaz zrobił jednak wrażenie.

Tylko przewodniczący komisji, członek korespondent radzieckiej Akademii Nauk, w podsumowaniu nie był zbyt skory do pochwał. „Macie zdolną kadrę, gospoda - powiedział z niesmakiem („gospoda , a nie „towarzysze”; niewątpliwie uprzedzono go, że wśród zgromadzonych kierowników zakładów nie ma ani jednego członka bliskiej mu organizacji). - Czemu zatem pozwalacie sobie bawić się jakimiś obrazkami? Komu to służy i do czego się przyda? Tymczasem wiele ważnych zagadnień czeka na rozwiązanie. Ot, choćby takie komputerowe sterowanie obrabiarkami - iluż to ludzi tego potrzebuje!

Jeśli ów profesor jest teraz członkiem jakiejś akademii, to chyba z nią koresponduje w innym duchu. W ostatnim dwudziestoleciu żaden z działów informatyki nie rozwijał się równie szybko jak grafika komputerowa. To przecież dzięki niej wprowadzono komputery do sztuki, chirurgii plastycznej i projektowania mody - dziedzin, które nigdy nie zaakceptowałyby maszyn w innej roli.

1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   17


The database is protected by copyright ©essaydocs.org 2016
send message

    Main page