Marek hołYŃski



Download 0.95 Mb.
Page4/17
Date conversion29.04.2016
Size0.95 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   17

***

W tym samym okresie musieliśmy rozstrzygnąć poważny problem strategiczny. Grafika nie rezydowała już w sprzęcie, a oprogramowanie graficzne nazwane GL (Graphics Library, biblioteka graficzna) trudniej utrzymywać jako niepodzielną własność SGI. Zaczęły się dyskusje, co robić, ponieważ wiele osób uważało, że jest to najcenniejszy atut firmy i należy go za wszelką cenę strzec. Kapitał intelektualny został zainwestowany - składały się nań lata pracy, wysiłki dziesiątków naukowców nie byle jakich, nie byle jak opłacanych.

Oponenci byli zdania, że wręcz przeciwnie - trzeba rozdawać GL wszystkim zainteresowanym, bo i tak trudno zabezpieczyć programy przed piractwem. Należy zatem bibliotekę publicznie udostępnić. Ponadto nie zapomniano o zasadzie dzielenia się pomysłami, pochodzącej z czasów, gdy pierwsze komputery osobiste tworzono dla idei, a nie dla kasy.

Był to dobry moment, aby zrewidować koncepcję. Pierwsza maszyna SGI pojawiła się na rynku w połowie lat osiemdziesiątych, od tego czasu wszystko modyfikowano, ale nie zawsze konsekwentnie. Niektóre z poprzednich komend już się całkiem zdezaktualizowały, bo w tym okresie prawie nikt już nie używał atramentowych ploterów.

„Czesanie” tej biblioteki graficznej zajęło mnóstwo czasu. Wprowadziliśmy przy okazji nowy paradygmat - wyświetlanie każdego obiektu graficznego za pomocą procedury Begin-End. Tak przygotowana biblioteka ukazała się pod nazwą OpenGL - „otwarta biblioteka graficzna” wersja jeden-kropka-zero. Po paru miesiącach, gdy uwzględniliśmy uwagi użytkowników, wersja 1.1 została wprowadzona na rynek.

Decyzja o udostępnieniu GL okazała się właściwa. OpenGL 2.0 jest dziś standardem w grafice komputerowej. Przyczyniła się do umocnienia pozycji SGI i nawet konkurencja musiała przestawić się na tę konwencję, a także adaptować do niej swoje maszyny, rezygnując przy tym z własnych standardów, które w zasadzie były niewiele gorsze. Inżynierowie z SUN-a i Hewletta-Packarda nie znali jednak szczegółów naszego projektu. Nie potrafili podrasować swoich maszyn tak, jak my mogliśmy, wiedząc o wszystkich haczykach i zakamarkach oraz o tym, jak kod programu rozkłada się na rozkazy komputera.

Monotonię pracy urozmaicały nieoczekiwane atrakcje. Tę zapoczątkował e-mail nadany w czwartek przez kogoś z działu reklamy: Podobno Clinton i Gore jadą. w poniedziałek do Doliny Krzemowej. Mają ogłosić rządowy program rozwoju sieci komputerowych w jednej z modelowych firm high-tech. Nazwy nie podają, ale z opisu wygląda jak nasza. Czy mamy jakieś informacje na ten temat?

Przez cały dzień panowała cisza. Dopiero w piątek około południa nadszedł oficjalny komunikat z sekretariatu prezesa: W poniedzialek, 22 lutego 1993 roku, prezydent Stanów Zjednoczonych Bili Clinton i wiceprezydent Al Gore odwiedzą Silicon Graphics. Zostaliśmy wybrani do tej wizyty z następujących powodów:



  • Staliśmy się jednym z wiodących przedsiębiorstw w przemy śle komputerowym i z myślą o przyszlości tworzymy produkty, które ostro konkurują na istniejących i nowych rynkach.

  • Jesteśmy przykładem postępowego stylu zarządzania, który likwiduje tradycyjne hierarchie i powoduje, że każdy pracownik się liczy.

Ze względów bezpieczeństwa kampus zostanie tego dnia ogrodzony. Wszystkich pracowników prosimy o okazywanie na bramkach kontrolnych legitymacji ze zdjęciem. Wewnętrzne tereny parkingowe zostaną zamknięte. Samochody należy wstawiać na parkingu pobliskiego amfiteatru, skąd będą kursowały autobusy do budynków. Tego dnia radzimy zakończyć pracę przed siódmą, bo o siódmej trzydzieści w amfiteatrze zaczyna się koncert Boba Dylana i mogą być korki.

Po godzinie dopadł mnie szef marketingu.

- Mam dla twojego zespołu ważne zadanie - powiedział. - Przed chwilą zakończyliśmy telekonferencję z Białym Domem, podczas której wykiełkował świetny pomysł. Oni wszyscy wiedzą, że teledysk Michaela Jacksona jest zrobiony na naszych komputerach graficznych. Wiesz, ten z twarzami przechodzącymi jedna w drugą czy zamieniającymi się w pysk tygrysa. Ja sam nie oglądałem, ale dzieci mi mówiły. Chodzi o to, żebyśmy zrobili coś podobnego z Clintonem.

Próbowałem się wykręcić. Przecież my tylko produkujemy maszyny. Klienci je kupują i robią na nich swoje projekty: symulacje procesów fizycznych i chemicznych, reklamówki telewizyjne, prototypy samochodów i samolotów. My o tych zastosowaniach nie mamy zielonego pojęcia.

Nie mogłem mu zdradzić, że cały zespół odpowiedzialny za grafikę przekracza w tej chwili granicę stanu Nevada. Wyjechali na narty wcześniej, żeby uniknąć korków na autostradach, a ja zostałem, by w sobotni wieczór rozegrać z Walterem partyjkę GO.

- Ale znacie się na grafice i, jak trzeba, potraficie te problemy rozgryźć - upierał się szef marketingu. - Zostały dwa dni, ja wam dostarczę potrzebne taśmy i zdjęcia. Ma przyjechać 300 dziennikarzy z całego świata. Wyobrażasz sobie, jaki to napęd propagandowy dla firmy? Za ten weekend dostaniecie tydzień wakacji na Hawajach z pokryciem wszystkich kosztów. No co, umowa stoi?

Nawiasem mówiąc, hawajska rekompensata okazała się kompletnym niewypałem. Kiedy nasz samolot lądował na Maui, było jeszcze trochę słońca, ale zaczęło padać po drodze do hotelu. Siedzieliśmy przez tydzień w ogromnym, osnutym mgłami gmaszysku, patrząc z balkonu na omiataną strugami deszczu plażę i potężne fale na ciemnym, nieprzyjaznym oceanie. Przyrzekliśmy sobie, że kiedy będziemy mieli czas na ponowny urlop, spędzimy go na niezawodnych Karaibach. Tam jest zawsze ciepło i pogodnie, przezroczysta turkusowa woda w płytkich zatokach zachęca do nurkowania, a powietrze wibruje od dźwięków salsy i merenge.

Wróćmy jednak do propozycji marketingu. Zasługiwała na uwagę, bo morfing (od „metamorfoza”), technika wykorzystana w teledysku Jacksona, to rzecz w miarę prosta - obecnie dostępna na zwykłym laptopie. Klasyczny problem animacji: przekształcanie jednego obrazu w drugi. W obu trzeba określić istotne dla percepcji punkty i wygenerować kilkadziesiąt klatek pośrednich, tak aby te punkty stopniowo zmieniały położenie i kolor. Różnica tylko w tym, że w animacji kluczowe klatki, ze względu na ciągłość akcji, były dość podobne, a przy morfingu przekształcane obrazy są zupełnie odmienne.

W sobotę nad ranem miałem gotowy algorytm i zabrałem się do pisania programu. Po południu sytuacja była niezła: program poprawnie przekształcał proste bryły geometryczne i, co ważniejsze, wrócili zaalarmowani telefonem narciarze. Zgłaszamy więc szefom gotowość do przymiarki z morfingu. Przetransformujemy, powiedzmy, poprzednią administrację w nową - Busha i Quayle’a w Clinto-na i Gore’a. Albo też przejdziemy z Kennedy’ego w Clintona, żeby podkreślić ciągłość linii demokratycznej oraz podobny wiek obu prezydentów.

- Wspaniale, wszyscy są zajęci przygotowaniami - odparła asystentka prezesa. - Na moje wyczucie powinniście zademonstrować i jedno, i drugie do wyboru. Zaraz zorganizuję taśmy,

W niedzielę wieczorem oba morfingi działały poprawnie. Entuzjazm grupy nieco opadł po przetransportowaniu ich na superkomputer wykorzystywany do pokazów w audytorium. Pracował on bowiem na wcześniejszej wersji systemu operacyjnego i ignorował niektóre polecenia naszych programów.

Noc zeszła na poprawkach. Niestety, w poniedziałek rano udawało się uzyskiwać pożądany efekt tylko w dwóch próbach na trzy. Na dalsze ulepszenia nie było już czasu - piliśmy nerwowo kawę i próbowaliśmy się rozluźnić.


***

Clinton i Gore przyjechali punktualnie o ósmej. Po wymianie powitalnych grzeczności dostałem sygnał, żeby startować, i z duszą na ramieniu uruchomiłem program. Na dużym ekranie pojawiły się podobizny Busha i Quayle’a.

Otoczenie prezydenta było wyraźnie skonsternowane. Wszyscy sądzili, że zaszła pomyłka. Wiadomo - odseparowani od realnego świata informatycy znów przeoczyli zmianę gabinetu. Portrety zaczęły się jednak rozmywać, przekształcać i po pół minuty można już było rozpoznać sylwetki naszych gości. Gdy finalny obraz nabrał ostrości, wszyscy z ulgą zaczęli się śmiać.

- Jezu, ale fajne! - ucieszył się Clinton. - Możecie powtórzyć?

Z emocji i niewyspania ręce trzęsły mi się tak, że miałem kłopoty z najechaniem myszką na właściwą ikonę. Na szczęście znów się udało. Rozochocony powodzeniem puściłem morfizm z Kennedy’ego. Też działał. Towarzystwo bawiło się znakomicie i organizatorom z trudem udało się zagonić dygnitarzy do stołu prezydialnego.

Przed wyłączeniem maszyny skopiowałem programy na dyskietkę. Przechowuję ją do dzisiaj wraz z innymi programami - a nuż się kiedyś przydadzą. Programy partii politycznych pod naciskiem sondaży opinii publicznej dostosowują się do przeciętnych poglądów elektoratu i zaczynają się do siebie upodabniać. Jeśli tak dalej pójdzie, różnice między nimi sprowadzą się wyłącznie do wizerunków liderów. A wtedy, zamiast bawić się w wybory, wystarczy ze-skanować zdjęcia kandydatów i zdać na morfing, który wygeneruje akceptowanego przez wszystkich, uśrednionego przywódcę.

Dużo później romanse Clintona spolaryzowały Amerykanów. Jedni twierdzili, że stracił zaufanie społeczeństwa i powinien odejść. Inni przyznawali, iż popełnił błąd, ale nie na tyle poważny, by płacić zań utratą stanowiska. W dodatku zmiana głowy państwa odbije się negatywnie na sytuacji kraju.

Ten ostatni argument jest wart polemiki. Jak widać, są inne sposoby na szybką i bezbolesną wymianę prezydenta. Chętnie się podzielę swoimi doświadczeniami, których nabyłem w tego typu operacjach.

Wizyta odbiła się szerokim echem w mediach. Cytowano długie urywki z referatu Gore’a „Technology for America’s Economic Growth”, który wytyczał kierunek rządowej polityki wobec przemysłu. Dla dodania autentyzmu przytaczano wypowiedzi naszych pracowników i, mimo że niektóre były płytkie („mam nadzieję, że akcje SGI pójdą w górę”), nikt z dziennikarzy nie pozwolił sobie na złośliwość.
***

Dopiero trzy tygodnie później udało mi się pojechać do Waltera. Walterowie mieszkali stosunkowo niedaleko, w San Jose - pięćdziesiąt kilometrów, czterdzieści minut jazdy. GO jest najłatwiejszą rozrywką do zorganizowania, wymaga bowiem tylko dwóch graczy. Moim stałym partnerem był Walter, zwany Wesołym Waltem, chociaż, gdy go poznałem, wyglądał na smutnego pracoholika. W skupieniu rozważał ustawienie pionków na planszy.

Jego żona Susan z zapałem uprawiała ogródek wokół bungalowu. „Z nudów - jak mówiła. - Sama się na siebie złoszczę, że tyle pieniędzy wydaję na rośliny, nawozy i nasiona, a Waltera to nie obchodzi”. Zamartwiała się zmianą w usposobieniu męża. „Co się stało z naszą radością życia? Monotonia, pustka, samotność - czy taką cenę mamy płacić za tę jego cholerną karierę?” Susan wywodziła się z Hamtramck, dzielnicy Detroit opanowanej przez naszą starą emigrację szukającą pracy w przemyśle motoryzacyjnym. W Hamtramck była polska gazeta i radiostacja, zachowywano obyczaje i język. W Dolinie Krzemowej w okresie świąt Susan przygotowywała na wszystkie przyjęcia wspaniały, prawdziwy bigos.

***

MOUNTAIN VIEW, Kalifornia (27 stycznia 1994). Silicon Graphics ogłosiła dzisiaj, że jej prezes i założyciel dr James H. Clark zgłosił wniosek o rezygnację z dniem 28 lutego 1994. Dr Clark, który założył Silicon Graphics w 1982 roku, powziął tę decyzję, aby móc skoncentrować się na nowych zastosowaniach sieci komputerowych.

Ta wiadomość nas nie zaskoczyła. Clark od dłuższego czasu nie wyglądał na zadowolonego. Siedział w swoim gabinecie, podpisując przez kilka godzin papiery, po czym snuł się po korytarzach z pustką w oczach. Wskutek kolejnych zastrzyków zewnętrznego kapitału inwestycyjnego jego udziały w firmie rozmyły się do pomijalnych rozmiarów. Istotne decyzje przeszły w ręce kompetentnych menedżerów. SGI stała się przedsiębiorstwem stabilnym, pogrążonym w rutynowych działaniach. A on oczekiwał nowego wyzwania, które szczęśliwie nadeszło.

Poprzez pocztę elektroniczną skontaktował się Markiem Andreessenem, świeżo upieczonym absolwentem Uniwersytetu Illinois, liderem grupy tworzącej graficzne narzędzie do przeszukiwania sieci komputerowych o nazwie „Mosaic”. Ten program został bezpłatnie udostępniony wszystkim chętnym i miesięcznie ściągały go dziesiątki tysięcy osób. Studenci afiliowani przy National Center for Supercomputer Applications rolniczego Illinois stali się w parę tygodni równie znani jak gwiazdy hard rocka. A co najważniejsze, Clark i Andreessen przypadli sobie do gustu. Decyzja zapadła. Założą nową firmę, znaną później pod nazwą Netscape.

- Odchodzę, bo uważam, że powstały istotne możliwości w dziedzinie sieci komputerowych, które powinienem zbadać. Jestem pewny, iż zespół menedżerski w Silicon Graphics potrafi kontynuować działania umacniające pozycję firmy jako jednego z czołowych dostawców komputerów na świecie - powiedział dr Clark. - Ufam, że Silicon Graphics stanie się najważniejszym dostawcą sprzętu, którego będziemy potrzebować w naszych działaniach. Mam zamiar budować swe przyszłe dokonania wokół systemów SGI i liczę na ścisłą współpracę z moją byłą firmą.

- Jim poświęcił nam piętnaście lat, tworząc wizję, dzięki której jesteśmy najszybciej rozwijającą się firmą na świecie - stwierdził w oficjalnym komunikacie nowy prezes Silicon Graphics, Edward R. McCracken. - Wiemy, że szuka nowych możliwości rozwoju, i życzymy mu powodzenia w każdym przedsięwzięciu, które zechce podjąć.

Dziwili się wszyscy. Sieci komputerowe są jeszcze wątłe; przeglądanie obrazków zapamiętywanych w rozproszonych po kuli

ziemskiej maszynach to pomysł mocno na wyrost. Ale Clark się zaparł. Musiałem mu w dodatku oddać dwóch najlepszych programistów, których skaptował do współpracy - nie wypadało odmówić prośbie byłego szefa. Sam odrzuciłem jednak propozycję przejścia do Netscape; sieci to nie moja działka.

A szkoda. Świat oszalał na punkcie ich przeglądarki internetowej. Setki tysięcy internautów za darmo skopiowały Netscape przez sieć, przełamując fizyczne i finansowe bariery sklepów z oprogramowaniem. Jeśli się spowoduje, że ludzie zaczną czegoś używać, jest mało prawdopodobne, by to w końcu nie przyniosło pieniędzy. Netscape po trzech kwartałach działalności weszła na giełdę w lipcu 1995 i wszyscy jej założyciele zarobili na tym krocie.

- Wcale nie byłem przekonany, że to wypali - powiedział mi Clark dużo później w przypadkowej rozmowie na tematy żeglarskie. Budował bowiem w Holandii 50-metrowy aluminiowy jacht, a właściwie komputer z żaglami. Na pokładzie Hyperiona miało być zainstalowanych 20 maszyn SGI (jakże by inaczej), sterujących nie tylko nawigacją i przyłączeniem do Internetu, ale też wyborem nagrań z bogatej biblioteki CD i DVD oraz ewidencjonowaniem wina z podręcznego składziku (trudno mówić o „piwniczce” na łodzi). - Miałeś prawo wątpić - dodał uprzejmie świeżo upieczony miliarder.

Silicon Graphics stała się modna. W kampusie zaczęli się pojawiać nie tylko biznesmeni, ale też politycy i aktorzy filmowi. Przywykliśmy trochę do gwiazdorskiego statusu firmy, ale mimo to wizyta Stevena Spielberga wywołała wiele emocji. Oglądał nasze komputery pod kątem swojego następnego filmu. Mówiono, że kupił sobie Indigo i co wieczór bawi się symulatorem lotu.

W jakiś czas potem zgłosili się do nas weterani Gwiezdnych wojen, animatorzy z Industrial Light and Magie, założonej przez Lucasa firmy zajmującej się efektami specjalnymi. Mieli u siebie sporo maszyn SGI i często przychodzili po porady. Tym razem interesowali się generowaniem płynnego ruchu dużych zwierząt. Mieli zarejestrowane sekwencje chodu i biegu słoni, hipopotamów, nosorożców. Mogli to przepuścić przez pakiety animacyjne, ale chcieli je zmodyfikować dla zwierząt o większej wadze. Jakich większych? Przecież nie ma nic cięższego niż słonie i nosorożce! Okazało się, że są - dinozaury.

Nie ma problemu, możemy powiększyć współczynnik masy w równaniach dynamiki ruchu. Gorzej jest z następnym żądaniem. Chodzi o to, by Indigo umieszczone w sterowni „wyspy dinozaurów” pokazywało na ekranie prawdziwy obraz, na który kamera mogłaby najechać i zarejestrować go bez usterek i migotania.

Tego nikt jeszcze w historii kina nie zrobił. Do tej pory komputery występujące w filmie były atrapami: w roli monitorów występowały telewizory, na których wyświetlano dokrętki na wideo o dużej rozdzielczości. Nasze rozwiązanie wymagało długotrwałych zabiegów synchronizacyjnych, ale działało.

Spielberg potrafił się odwdzięczyć. Na tydzień przed oficjalną premierą przed nasz budynek podjechały autobusy. Niespodzianka - jedziemy całą klasą do kina! Teatr w San Jose został przystrojony w liany i skóry tygrysów, bileterzy ubrani jak na safari, słychać było porykiwania i tupanie dinozaurów.

Sam film rozczarował, choć okazał się największym hitem w dziejach kinematografii. Fabuła banalna, zbyt przewidywalna, postacie schematyczne, tandetne morały. Otwarte zakończenie - potwory pozostają nietknięte na wyspie - wiadomo, że szykuje się ciąg dalszy.

Tłum programistów reagował normalnie, czyli dokładnie odwrotnie w stosunku do intencji autorów cukierkowatego scenariusza. Sala opowiedziała się zdecydowanie po stronie dinozaurów. „Zjedz go, zjedz go” - zachęcała Reksa widownia w momencie konfrontacji ze strażnikiem parku.

Technicznie wypadliśmy znakomicie. Na monitorach w parkowej sterowni logo Silicon Graphics było widoczne przez kilkanaście sekund. Przetrwało, o dziwo, parę środowiskowych dowcipów. Gdy dziewczynka - komputerowy samorodek (jak długo jeszcze będziemy musieli tolerować tych dziesięcioletnich programistycznych geniuszy i dwudziestoletnie modelki z doktoratami fizyki nuklearnej, obsadzane w hollywoodzkiej sieczce) - próbuje się włamać do systemu, na ekranie pojawia się główny szwarccharakter, obleśny haker, i machając palcem (nasza animacja) wypowiada boleśnie znane wszystkim informatykom ostrzeżenie systemu operacyjnego Unix: „NO, NO. Bad magie word”.

Dinozaury były jak żywe, w dekoracjach i animacji nikomu nie udało się wychwycić żadnych sztuczności. Spielberg znowu podniósł poprzeczkę profesjonalnego kina. Bez takiego zaplecza technicznego trudno teraz robić filmy - pisali krytycy. - A on idzie jeszcze dalej. DreamWorks (nowe przedsięwzięcie Spielberga) i firma Silicon Graphics przeznaczyły 50 milionów dolarów na stworzenie systemu, który potrafi dokonać więcej. Zadaniem tego „cyfrowego studia”, opartego na komputerach Onyx i Indy oraz serwerach Chattenge, jest przeniesienie kina w XXI stulecie.

Na każdym z foteli teatru w San Jose leżały bawełniane koszulki z wizerunkiem tyranozaura i napisem: „SGI - konstruujemy najlepsze dinozaury”. Ja swojej nie dostałem, bo ludzie brali dla kolegów, którzy nie przyszli (autobusy odjechały o dziesiątej, co wyeliminowało sporo spóźnialskich). Wywalczyłem ją następnego dnia w dziale socjalnym. Warto było. Na aukcjach zbieraczy pamiątek są dziś warte po kilkaset dolarów.


***

Odświętne fajerwerki trafiały się jednak rzadko, codzienne życie sprowadzało się do 12-14 godzin wpatrywania się w ekran komputera. W wolnych chwilach doprowadzałem swoją siedzibę do stanu jakiej takiej używalności. Domek ciasny i jeszcze niezupełnie własny, bo w 80 procentach należy do banku, w którym zaciągnąłem kredyt. Grupka gorliwych Koreańczyków pomalowała go na żywsze kolory, kilku Rosjan zerwało popękany szary beton na patio (tym przynajmniej też się on kojarzył z kwaterą Hitlera). Pieczę nad ogródkiem sprawowała ekipa meksykańskich wieśniaków, bez których pomocy nie zdołałbym rozwikłać skomplikowanych zależności między florą, glebą i klimatem (okazali się też niezastąpieni przy wymianie walącego się płotu).

Za walkę z pająkami w garażu i ogólną czystość była odpowiedzialna rewolucjonistka Maria, która uciekła przed salwadorskimi szwadronami śmierci. Z czworgiem dzieci, ale bez wizy, mieszkała (ironia losu) w podziemiach katolickiego kościoła, który chronił ją przed deportacją. Nad całością spraw domowych czuwała Cila, stukilowy archetyp polinezyjskiej matrony o wiecznym uśmiechu. Urodziła się w królestwie Tonga, małej wysepce na Pacyfiku, dumnej ze swego położenia tuż za linią zmiany daty - każdy dzień zaczyna się właśnie tam.

Dochodzący elektryk był Włochem, hydraulik Chińczykiem, a zatrudniony przy montowaniu półek na książki stolarz - emigrantem z Brazylii. Należałoby kiedyś zebrać tę międzynarodową brygadę i pod przewodnictwem Marii odśpiewać „Międzynarodówkę” albo inny znajomo brzmiący bojowy hymn na cześć pracy. Tu to pasuje. Amerykanie- pisał G. K. Chesterton - mają szacunek dla pracy w tym mniej więcej stopniu, w jakim Europejczycy mają szacunek dla wojny.

Sąsiedzi wspierali mnie radami i sprzętem. Zwłaszcza John z przeciwka, który miał wszystkie potrzebne narzędzia, kolekcję kosiarek do trawy i dmuchawę do opadłych liści. Właściciela domku po prawej nie zdążyłem poznać, bo był „na wylocie”. Zarobił na swojej firmie biogenetycznej, kupił wysepkę nieopodal granicy kanadyjskiej i właśnie szykował się do przenosin.

Helen, moja sąsiadka z lewej strony, jako profesor Uniwersytetu Stanforda, z definicji musiała być feministką i bojowniczką na rzecz ochrony środowiska. Trzeba było uważać, gdyż jej gwałtowny temperament mógł generować konflikty. „Trzy tygodnie temu - zazgrzytała, zaczepiając mnie na ulicy - któryś z twoich gości palii papierosa zaledwie dwadzieścia metrów od otwartego okna mojej sypialni. Ten potworny dym odbierał mi możliwość odpoczynku. Mam nadzieję, że podobny incydent nigdy się już nie powtórzy”.

Śpij spokojnie, Helen. Po treningu w Republice Cambridge łatwo dostosowuję się do kalifornijskich praw. Palenie jest tu zabronione nawet w restauracyjnym barze. Na przyjęciach sięgają po papierosy jedynie niepoprawni Europejczycy. Wydawać pieniądze po to, aby rujnować sobie zdrowie i nabawić się raka? Kompletny bezsens.

Ale jak to wytłumaczyć palaczom? Na przykład dyrektorowi francuskiej firmy, który chce zamówić w Silicon Graphics nową paftię komputerów. Opuszcza samolot z futrem na ręku (bo w Paryżu zima) i okrzykiem: „Ach, jak tu u was cudownie. Palmy i błękit, epatanff’.

Dział marketingu rozpracował sytuację i przygotował odpowiedni scenariusz. Ja tylko pilotuję gościa, ponieważ znam szczątkowo francuski. Jedziemy do Pało Alto, siedziby Uniwersytetu Stanforda. Marketingowcy wybrali właściwe miejsce: wokół studenci, nastrój beztroski, stolik w ogródku francuskiej restauracji.

Jemy znakomitą kaczkę z jabłkami i popijamy kalifornijskie wino. Potem kawa i koniaczek.

- Epatant- mówi mój gość - czuję się jak latem w Dzielnicy Łacińskiej.

Wyciąga papierosa i zapala. Wtedy podchodzi kelner.

- Bardzo przepraszam, sir, ale tutaj nie wolno palić.

- Jak to - dziwi się Francuz - przecież siedzimy na dworze.

- Przykro mi, sir, ale jesteśmy na terenie restauracji - ripostuje kelner.

Wpadka, której marketing nie przewidział. Ale bez konsekwencji. Zakłady Renault zostały mimo to wyposażone w komputery Silicon Graphics.

Komputer klasy porsche

Silicon Valley przyciąga tłumy nie tylko perspektywą unikalnej kariery zawodowej, ale wszystkimi naturalnymi atrakcjami Kalifornii. Pod bokiem leży San Francisco - najpiękniejsze jakoby miasto świata. Zatoka świetnie nadaje się do żeglowania i pływania na desce. Przez okoliczne zalesione pagórki wytyczono dziesiątki szlaków spacerowych. O pół godziny jazdy - plaże nad oceanem; parę godzin w przeciwną stronę - góry Sierra Nevada z kilkunastoma ośrodkami narciarskimi o ustalonej renomie, jak choćby Squaw Valley, znany z zimowej olimpiady 1960. Na północ rozpościerają się winnice Napa Valley, na południe - Los Angeles i Hollywood.

Oficjalnych granic nie ma, ale z rozmieszczenia firm mniej więcej wiadomo, że do miast Doliny Krzemowej zaliczają się (wymieniam alfabetycznie): Belmont, Campbell, Cupertino, Foster City, Fremont, Los Altos, Los Gatos, Menlo Park, Milpitas, Mountain View, Pało Alto, Redwood City, San Jose (największe, około półtora miliona mieszkańców), San Carlos, San Mateo, Santa Clara, Saratoga i Sunnyvale. Okalają one południowo-wschodni kraniec Zatoki San Francisco.

Z wierzchołków sąsiednich wzgórz dolina wygląda jak wielki park, poprzecinany autostradami, dzięki którym dotarcie do dowolnego punktu w Silicon Valley to kwestia minut. Główna, numer 101, zaczyna się już zapychać, ale jest równoległa autostrada numer 280, szersza i bardziej malownicza, która również łączy San Jose z San Francisco. Obecność przemysłu zdradzają jedynie talerze anten satelitarnych, wystające tu i ówdzie ponad korony drzew. W tym zagłębiu krzemowym nie widać kominów, buchających pieców i straży przemysłowej w pomiętych mundurach.

Nowoczesne budynki, zaprojektowane przez znanych architektów, są ze względu na trzęsienia ziemi na ogół niskie: jedno, dwa piętra. Luźną zabudowę poprzedzielano skwerami z altankami, fontannami, kortami tenisowymi, basenami i boiskami do koszykówki. Robi to na przybyszach wrażenie dostatku i rozsądnego komfortu.

Stali mieszkańcy Doliny Krzemowej starają się temperować entuzjazm przyjezdnych. Nawet najczystszy przemysł degraduje przecież środowisko i wysysa wodę, której naturalne zasoby są tu niewielkie (w ostatnim półwieczu dolina obsunęła się ponoć z tego powodu o 3 metry). Ludzi, którzy zjechali z całego świata, jest już w Dolinie półtora miliona. Jak tak dalej pójdzie, mieszkania osiągną zawrotne ceny, a drogi się kompletnie zablokują. Jedyna nadzieja w następnym trzęsieniu ziemi, które, jak zwykle, część przyjezdnych wystraszy.

1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   17


The database is protected by copyright ©essaydocs.org 2016
send message

    Main page