Marek hołYŃski



Download 0.95 Mb.
Page3/17
Date conversion29.04.2016
Size0.95 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   17

***

Na początku naszego stulecia dolina Santa Clara, położona między łagodnymi stokami gór Santa Cruz i Diablo, znana była tylko ze swych śliwkowych i morelowych sadów, orzechów włoskich oraz znakomitego wina.

Wiecznie błękitne niebo, temperatura oscylująca latem wokół trzydziestu, zimą zaś dwudziestu stopni Celsjusza oraz żyzna gleba sprzyjały uprawie roślin zwożonych z odległych kontynentów. Mieszkańcy San Jose i pobliskich osad Sunnyvale, Mountain View, Menlo Park, Cupertino czy Los Altos sądzili, że żyją w raju, i mieli cichą nadzieję, iż przez jakiś czas nikt się o tym nie dowie.

Spokój doliny naruszony został po raz pierwszy przez trzęsienie ziemi w 1906 roku. Cztery piąte San Francisco legło w gruzach, co spowodowało, że domki letniskowe w Santa Clara zyskały na znaczeniu. Wielu ich właścicieli, rozsmakowawszy się w sielskim życiu czy też w obawie przed kolejną katastrofą, postanowiło nie wracać do miasta.

Drugi najazd dolina zawdzięcza mieszczącemu się w Pało Alto Uniwersytetowi Stanforda. Leland Stanford był jednym z założycieli linii kolejowej Central Pacific, która otworzyła Kalifornię dla osadników. Samemu Stanfordowi otworzyła zaś drogę do gubernatorskiego fotela i nie byle jakiej fortuny. Z części tych pieniędzy postanowił w 1885 roku ufundować uniwersytet, dla upamiętnienia swego szesnastoletniego syna zmarłego na dur brzuszny podczas podróży do Wenecji.

Uczelnia ta nie miała szans konkurowania z renomowanymi ośrodkami Wschodniego Wybrzeża. Poziom akademicki był przeciętny, miejsc pracy mało, atmosfera prowincjonalna, toteż absolwenci masowo wyjeżdżali do lepiej rozwiniętych regionów kraju. Tak właśnie postąpiliby William Hewlett i David Packard, gdyby ich nie zatrzymał profesor mechaniki Frederick Terman, który nie mógł już spokojnie patrzeć, jak jego najlepsi uczniowie porzucają Kalifornię. W 1938 roku pożyczył im 538 dolarów na rozkręcenie chałupniczej produkcji audiooscylatorów, tanich generatorów sygnałów akustycznych przyzwoitej jakości.

Pierwsze egzemplarze, produkowane w garażu ojca Hewletta, zostały wykorzystane przez studio Disneya w czasie prac nad filmem Fantazja. Firma Hewlett-Packard (kolejność nazwisk jej założycieli ustalono rzucając monetą) wsławiła się produkcją pierwszego kieszonkowego kalkulatora (HP-35C), a w cztery dekady później była już światowym koncernem, sprzedającym aparaturę pomiarową oraz komputery za ponad dziesięć miliardów dolarów rocznie i zatrudniającym niemal sto tysięcy osób.

Packard, jako prezes firmy, wykreował model nowoczesnego przedsiębiorstwa Doliny Krzemowej. Wyeliminował podbijanie kart zegarowych, zdecentralizował zarządzanie; poszczególne wydziały uzyskały dużą niezależność i zostały zorganizowane luźno wokół typu wytwarzanych produktów. Packard cieszył się ogólną sympatią i poważaniem. Traktował pracowników jak członków rodziny - w porze dojrzewania brzoskwiń spraszał ich do swojego sadu w Los Altos Hills. Nalegał, by zwracano się do niego po imieniu. W latach drugiej wojny światowej zrezygnował z kilku intratnych zamówień, bo nie chciał zatrudniać ludzi, których po wykonaniu pracy czekałoby zwolnienie. W swoim gabinecie nie wymienił mebli od 1950 roku: miał to samo proste biurko, parę krzeseł i brązowe linoleum.

Dziś taki styl bycia wielkich szefów stał się normą nie tylko w Silicon Valley i to powoduje, że w przemyśle komputerowym praktycznie nie istnieją związki zawodowe. Pracownicy nie czują potrzeby organizowania się, jeśli są dobrze traktowani.

David Packard zmarł w 1996 roku w wieku 83 lat. Wierny swojej dewizie: „Dążenie do ulepszania naszego społeczeństwa nie powinno cechować tylko wybrańców; to odpowiedzialność, którą ponoszą wszyscy”, założył fundację sponsorującą oświatę, naukę i technikę, ochronę środowiska, rodzinę. Przekazał 40 milionów dolarów akwarium w Monterey Bay oraz 70 milionów szpitalowi dziecięcemu w Pało Alto. Potrafił robić nie tylko pieniądze, ale też właściwy z nich użytek.


***

Lata czterdzieste były okresem rozkwitu Doliny. Wtedy to miejscowe fabryczki maszyn rolniczych przestawiały się na produkcję czołgów i amunicji. Do uniwersyteckiej kasy zaczęły napływać pokaźne rządowe dotacje na opracowanie technologii przydatnych najpierw w „gorącej”, a potem zimnej wojnie. Chodziło o to, by ze względów strategicznych bardziej równomiernie rozłożyć krajowy potencjał badawczy, tak aby nie koncentrował się on jedynie na Wschodnim Wybrzeżu.

Przykład Hewletta i Packarda zachęcił innych, ba, stał się nawet obowiązującym kanonem. Wiadomo było, że badania na Uniwersytecie Stanforda robi się po to, aby przekuć je w dogodnym momencie na komercyjny sukces. Tak jest do dzisiaj - świadczą o tym przykłady SGI, SUN-a, Variana, Cisco, MIPS-a, Viacomu i wielu innych firm.

Uniwersytet wcale nie ma za złe swoim pracownikom, że porzucają go dla przemysłu. Wręcz przeciwnie, nawet im w tym pomaga. Odwdzięczą się kiedyś, fundując nowe budynki, dostarczając darmowy sprzęt, finansując zatrudnianych naukowców lub, celem uniknięcia podatków, przekazując pewne sumy jako darowizny. Powołane do tego specjalne biuro - Office of Technology Licencing -załatwia patenty na pomysły profesorów i udziela na nie koncesji.

Co roku organizowany jest Stanford Entrepreneur’s Challenge - studencki konkurs przedsiębiorczości. Zespoły przedstawiają swoje biznesplany i zakładają mini firmy. Uniwersytet dostarcza konsultantów, funduszy i kontaktów z „dorosłymi” przedsiębiorstwami. Nagrodą dla zwycięzców jest 25 tysięcy dolarów w gotówce (za wygranie podobnej imprezy MIT daje dwa razy więcej). Kwota zresztą nie ma znaczenia. „Od tej pory możecie się uważać za milionerów - stwierdził w podsumowującym omówieniu przewodniczący jury. - Na zasadzie prostej ekstrapolacji. Wszyscy, którzy dotychczas wygrali ten konkurs, zostali milionerami”.

Nic dziwnego, że w tak sprzyjającej atmosferze wokół Stanfordu pączkowały startujące przedsiębiorstwa i tworzył się właściwy innowacjom klimat, który przyciągał ludzi z innych stron kraju. Jedną z takich osób był przybyły do Doliny w 1951 roku Bili Shockley. Jako noblista, były członek trzyosobowego zespołu, który w Bell Labs opracował tranzystor, miał rozległą wiedzę, ale nie potrafił w pełni wykorzystać możliwości nowego wynalazku. Zrobiło to dopiero jego ośmiu pracowników, którzy w 1957 roku porzucili firmę Shockley Semiconductor Labs wystartowali jako Fairchild Semi-conductor Labs.

Ten właśnie moment przyjmuje się jako faktyczny początek istnienia Doliny Krzemowej. Fairchild zainicjował stosowanie krzemu do wyrobu półprzewodników (przedtem używano germanu). Po Fairchildzie pałeczkę przejął obecny gigant mikroprocesorowy, Intel (skrót upowszechnił się szybko, ale wtedy jeszcze figurował pod pełną nazwą - Integrated Electronics), założony w 1970 roku przez dwóch inżynierów, którzy też należeli kiedyś do ośmioosobowej grupy dezerterów z Shockleya.

W tym mniej więcej czasie zaczęto używać określenia „Dolina Krzemowa” - wymyślił je podobno dziennikarz lokalnego pisma technicznego „Electronic News”. Warto w tym miejscu dodać, że na terenie Doliny nie występują, obecne wszędzie indziej, skałki kwarcowe, z których uzyskuje się krzem.


***

Dziś w Silicon Valley prosperuje blisko 700 dużych przedsiębiorstw i tysiące drobnych, których nie sposób policzyć; niektóre są jednoosobowymi efemerydami. Nieliczne z nich staną się znane za parę lat. Inne splajtują albo zostaną wykupione przez potentatów. Obok sklepu spożywczego, w którym robię zakupy, jest pawilonik wynajmowany przez startujące firmy. W ciągu roku szyld nad drzwiami zmieniał się aż cztery razy.

Całkowita symbioza: duże przedsiębiorstwa podnajmują małe do prac, które im się nie opłacają, i udostępniają im swoje kanały dystrybucyjne. Minifirmy szukają w korporacjach szansy na finansowe przetrwanie i oczekują wsparcia dla swoich nowatorskich pomysłów. Duzi, średni i mali solidarnie z sobą współpracują, tworząc jednolity ekosystem.

Moich gości z Europy zawsze szokowała bliskość sąsiadujących z sobą kampusów korporacji, które zażarcie konkurowały na światowych rynkach. Żartowali, że możemy zmieniać miejsca pracy, nie zmieniając miejsca na parkingu.

- Jak możecie ścierpieć sąsiedztwo SUN-a?

- Co za problem!? To nasi byli lub przyszli koledzy. Z chłopakami z SUN-a gramy w tenisa, a na desce do windsurfingu pływamy z grupą Hewletta-Packarda.

W Dolinie Krzemowej wytwarza się nie tylko oparte na sprowadzanym krzemie półprzewodniki, ale i większość tego, co do nowoczesnej techniki przynależy. Króluje IT - Information Technology, jak się ostatnio nazywa dziedziny nauki i techniki powiązane z oprogramowaniem i sprzętem komputerowym - dziś najprężniej rozwijająca się gałąź gospodarki amerykańskiej. Ale reprezentowanych jest także trzydzieści parę innych branż - od farmakologii i biogenetyki po stacje kosmiczne i pływające czołgi.

Tu rodzą się nowe pomysły i rozwiązania techniczne, które po roku lub dwóch zalewają rynki międzynarodowe. To największe na świecie skupisko przemysłu high-tech, którego wartość rynkowa szacowana jest na ponad trylion dolarów, a roczne obroty na 200 miliardów - więcej, niż osiągnęły w całej swej historii Huty Lenina, Stalina, Bieruta i im podobnych. Gdyby Dolina Krzemowa wybiła się na niezależność, trafiłaby od razu do pierwszej dziesiątki przodujących ekonomicznie państw świata. W dodatku pozycji tej nie zawdzięczałaby wydobyciu lub przetwarzaniu rudy żelaza, węgla czy ropy naftowej, ani też produkcji rolnej, ale działalności intelektualnej. Ćwierć miliona mieszkających w Dolinie milionerów (codziennie, także w niedziele i święta, przybywa 65 nowych) zawdzięcza swoje fortuny sprawności własnego umysłu, a nie czyjejś niewolniczej pracy.

Mimo ostatnich cięć w budżecie obronnym laboratoria Lock’heeda, Raytheona i inne pracujące na potrzeby wojska nie zniknęły z pejzażu Doliny. Redukcje w programie kosmicznym nie zaszkodziły istniejącemu tu centrum doświadczalnemu NASA. Pojawiły się natomiast ośrodki badawcze zajmujące się ostatnimi nowinkami: bioinżynierią, genetyką i wirtualną rzeczywistością. Silicon Valley pilnuje swej wiodącej roli i stara się ciągle wyprzedzać świat, choćby o pół kroku.

W Dolinie działają nie tylko te firmy, które -jak Apple, Hewlett-Packard, Intel, SUN czy Silicon Graphics - tu właśnie się narodziły. IBM, Digital i Microsoft powstały gdzie indziej, ale uznały za konieczne przenieść część swoich biur i fabryk właśnie tutaj. Nie tylko dla symbolicznego zaznaczenia swojej obecności - poza Silicon Valley znacznie trudniej znaleźć fachowców należących do światowej czołówki. Nawet jeśli uda się skompletować dobry zespół, to odcięci od nieformalnego przepływu informacji naukowcy i inżynierowie szybko się zawodowo zestarzeją.

Bezskutecznie próbowano przełamać hegemonię Hollywood w kinematografii i Nowego Jorku na rynku wydawniczym. Nie udało się, bo talenty i kapitał w dobrze pojętym własnym interesie grawitowały do miejsc, gdzie reflektory świeciły najjaśniej. Wystarczy osiągnąć brzegową masę krytyczną, a pozytywne sprzężenie zwrotne uruchamia samonapędzający się mechanizm. Najlepsze siły wspierają najsilniejsze ośrodki, czyniąc je przez to jeszcze silniejszymi.
***

W Oakwoods Appartments miałem jeszcze opłacony czynsz za trzy miesiące, ale wypadało się rozejrzeć za czymś stałym. Agenci, którzy pomagali mi w poszukiwaniach, po odrzuceniu kolejnych propozycji zaczęli pomału rozumieć, o co chodzi. Nie, nie będę rezydował w blokowisku - mam uraz. Wiejski domek w angielskim stylu i rustykalna szwajcarska chata też odpadają. Zostawmy to sobie na Anglię i Szwajcarię.

Jesteśmy w Kalifornii i ma być po kalifornijsku. Ciągle pamiętam o patio, kolibrach i palmach Kevina. Potrzebny mi zatem ogródek, jasne wnętrza, prostota i kontakt z przyrodą. No i powinno być w miarę tanio. To wymaganie okazało się najtrudniejsze do spełnienia. Ceny były dużo wyższe niż w okolicach Bostonu, które przecież uchodziły za jedno z droższych miejsc w Stanach.

Nauczyłem się rozszyfrowywać kod gazetowych ogłoszeń. Na przykład: „finansowo dostępne” oznacza dolny pułap od 250 do 300 tysięcy dolarów; „przytulna rezydencja” to eufemizm na ciasny domek kempingowy. Te dwa cytaty pochodzą z jednego anonsu, czyli wiadomo, od jakiego poziomu zaczynamy.

Po obejrzeniu prawie setki domów nareszcie trafiłem na odpowiedni. I to w samym Mountain View, niedaleko SGI. Trochę podniszczony, ale da się go tanim kosztem odświeżyć. Trzeba też będzie stale się nim zajmować. W tym rejonie ruchy tektoniczne są tak duże, że podłogi ciągle się wybrzuszają, drzwi nie chcą się zamykać, a jak je podheblować, to po miesiącu przesuwają się w drugą stronę i robi się szpara na palec.

Jest wszystko, co Kevin mi zachwalał: patio, palma i drzewko pomarańczowe w ogródku, a oprócz tego drzewa figowe, pieprzowe i grejpfrutowe. Trzy sypialnie, z każdej drzwi na zewnątrz; dwie łazienki. Obszerny salonik z kominkiem i oknem na całą ścianę. Duży garaż na dwa samochody. Cicha ulica.

Dokładnie to, o co mi chodzi. Jedność akcji i miejsca. Ten dom był kwintesencją architektury podmiejskiej lat pięćdziesiątych. To wtedy dzięki zatrudnianym na Uniwersytecie Stanforda pracownikom naukowym potroiła się liczba mieszkańców Doliny. Wśród pomarańczowych zagajników zaczęły szybko powstawać kolonie takich drewnianych domków, budowanych pod wyraźnym wpływem koncepcji popularnego wtedy Franka Lloyda Wrighta. Stosunkowo tanich, wówczas za jedynie 10 tysięcy dolarów (dziś przeciętny dom kosztuje 700 tysięcy), i wygodnych. Z nieodłącznym ogródkiem oraz obowiązkowym garażem ze względu na wzbierającą właśnie falę powszechnej motoryzacji.

Domki budowano według podobnych planów, ale przez czterdzieści parę lat nabrały nieco indywidualności dzięki przybudówkom, malowaniu i rozmaitym aranżacjom ogrodów. Nasze osiedle składa się z sieci półkolistych, koncentrycznych uliczek, często ślepych, żeby nie opłacało się jeździć na skróty. Pośrodku tego labiryntu jest park i szkoła.

Ekspert finansowy, który z ramienia SGI weryfikował mój zakup (firma chciała mieć pewność, że nie dokłada do kiepskiego interesu), aż przysiadł z zachwytu: „Klejnot! Co za potencjał inwestycyjny! Jakżeś to, człowieku, znalazł?”. Ten klejnot przyjdzie mi spłacać przez następne dwadzieścia lat.
***

Dział handlowy umila nam życie doniesieniami o powodzeniu Indigo. Podobno sprzedaje się rewelacyjnie, zwłaszcza w Europie. Musi być w tym ziarno prawdy, bo SGI decyduje się na otwarcie w Szwajcarii fabryki składającej te komputery i biura, które je będzie rozprowadzać po świecie.

Wkrótce zadzwonił do mnie z Genewy szef owego SGI International, Bob Bishop: „Słyszałem, że masz rozpoznany teren, na którym będziemy pracować. Czy mógłbyś do nas wpaść na konsultacje?”. W porządku, chętnie pomogę, jesteśmy dopiero we wstępnej fazie projektu i z przyjemnością wykroję czas na odwiedzenie starych kątów.

- Mur berliński padł nieodwołalnie. Państwa obszarów posowieckich są w dołku, ale dają sygnały, że mogą wyjść na prostą. Kupować na razie będą mało, perspektywy jednak, zgodnie z naszymi analizami, są obiecujące. Chcemy założyć w tej strefie sieć dystrybucyjną. Gdzie powinniśmy zlokalizować jej centralę? Bierzemy pod uwagę Berlin albo Wiedeń.

Jasne, że Wiedeń. Berlin ma złe konotacje na tym obszarze. Ponadto trzeba być bliżej Czechów, Słowaków, Węgrów, może nawet Rumunów. Do koncentracji polskiego przemysłu na Śląsku też rzut beretem. Bob jest Australijczykiem, woli polegać na mojej opinii.

- Zatem Wiedeń. Oddelegujemy tam Franka Dietricha, którego przeniesiemy z oddziału w Kolonii. Jest znakomitym fachowcem, obeznanym z terenem, gdyż jego rodzina mieszkała przed wojną na obszarach obecnej Polski. Bądź zatem łaskaw i przejedź się z nim po tych wszystkich krajach, pomóż mu wybrać dla nas dystrybutorów.

Odwiedziłem z Dietrichem Pragę i Budapeszt. W obu miejscach sprawy poszły gładko - rozprowadzanie komputerów graficznych wymaga znajomości rzeczy zarówno od strony technicznej, jak i handlowej. Wiadomo było, kogo wybrać -jeden kompetentny przedstawiciel na kraj, żadnej konkurencji. W Polsce sytuacja była inna. Do reprezentowania SGI pretendowały u nas dwie firmy.
***

Jedną znałem i darzyłem sympatią. Jej właściciela poznałem w połowie lat siedemdziesiątych w Japonii. Wiesław Romanowski po raz pierwszy odwiedził Kraj Kwitnącej Wiśni w czasie rejsu jako uczeń szkoły morskiej. Był tam akurat tak długo, żeby rozładować transport świń i przespacerować się po porcie. Później, już jako student Politechniki Szczecińskiej, sam nauczył się japońskiego, aby korespondować z dziewczyną.

W Tokio wylądował ponownie jako stypendysta stoczni. Język opanował na tyle dobrze, że postanowił wziąć udział w dorocznym konkursie na najlepiej mówiącego po japońsku obcokrajowca. Organizowały go co roku ministerstwa edukacji i spraw zagranicznych, kilka największych gazet (w tym „Asahi Shimbun”, mająca najwyższy nakład na świecie), radio i telewizja oraz parę koncernów przemysłowych (takich jak Mitsubishi i Toshiba).

W konkursie mógł startować każdy cudzoziemiec, przebywający w Japonii nie dłużej niż trzy lata, o ile nie ukończył japońskojęzycznej szkoły, ale dopuszczano absolwentów japonistyki. Ze względu na pismo i zbliżony charakter gramatyki Azjaci mieli ułatwione zadanie, więc oczywiście przeważali wśród uczestników turnieju.

Do finału zakwalifikowano 12 osób oraz trójkę zwycięzców analogicznych konkursów ze Stanów Zjednoczonych, Tajlandii i Filipin. No i proszę - Romanowski był górą. Poważna sprawa, bo musiał wygłosić ośmiominutowe przemówienie na dowolny temat, z pominięciem spraw handlowych i religijnych. Postanowił tedy wytknąć Japończykom zachwaszczanie rodzimego języka. Bo to język niby tak egzotyczny, ale zupa to supu, bar - ba, tytoń - tabako, sałata - sarada, oszczędny - ekonomi, pocałunek - kissu... Kiedyś zapożyczano wyrazy koreańskie i chińskie (słów chińskich jest w użyciu więcej niż rdzennie japońskich). Potem hiszpańskie, portugalskie, holenderskie, francuskie, niemieckie, nawet rosyjskie. No i oczywiście angielskie.

Wiesław nie dał sobie wytłumaczyć, że jego wystąpienie powinno raczej schlebiać słuchaczom niż wytykać im słabości. Nie zdecydował się na referat o ceremonii parzenia herbaty ani o tańcach czy pieśniach ludowych. W audytorium „Asahi Shimbun” (samo centrum Tokio, między słynną ulicą Ginza a zawieszonymi na słupach torami Shinkansenu - najszybszego ekspresu świata) grzmiał do sześciuset słuchaczy i milionów telewidzów:

- Czy japoński nie może się obejść bez tak wielu słów obcego pochodzenia? Przecież, tak jak języki europejskie, stanowi on kompletny i niezależny system. Przyczyną sukcesu Japonii jest oparcie nowoczesności na wielowiekowych tradycjach narodu. Wrogowie daremnie usiłowali wydrzeć Polakom ich ojczystą mowę, a wy z własnej woli porzucacie język przodków.

Dostał owację na stojąco i wygrał. Trofea musiał przewozić furgonetką. W ciągu pierwszych paru miesięcy był w Japonii fetowany jak wybitny gracz bejsbolowy. Uczestniczył w programach telewizyjnych i radiowych, udzielił ogromnej liczby wywiadów. W zbiorze wypowiedzi konkursowych z ostatnich lat, Japonia, jaką widzę, jego przemówienie umieszczono na czołowym miejscu, a fragment wydrukowano na obwolucie.

Gdy Romanowski zdawał swój końcowy egzamin na tokijskiej uczelni, wypowiedział zwyczajową formułkę cudzoziemskich stażystów, przepraszając za „ewentualne błędy wynikające z niedoskonałości języka”. Profesorowie uśmiechnęli się ironicznie, a przewodniczący komisji przywołał go do porządku: „Żarty na bok, proszę referować temat”.
***

Wyglądało na to, że Romanowski wygra i tym razem. W Japonii zainteresował się grafiką komputerową, opracował nowe metody generowania skomplikowanych scen z realistycznym oświetleniem.

Nie umknęły mi jego artykuły, bo wiedziałem z listów, że jako jeden z niewielu naturalizowanych Japończyków nazywa się teraz Akira Fujimoto.

Spotykałem go także na konferencjach. Firma Voxel, w której pod kierunkiem Wiesława programiści ze Szczecina realizowali jego koncepcje, rozprowadzała swój software po całym świecie właśnie na maszynach SGI. Była idealnym kandydatem na dystrybutora.

Rywalizowało z Voxelem niewielkie przedsiębiorstwo o nazwie ATM, ulokowane na przemysłowych peryferiach warszawskiej Pragi. Robili pecetowe składaki z importowanych części i szukali ambitniejszych zadań. Gdy się z nimi spotkałem, okazało się, że tą „ambitną” częścią przedsięwzięcia zajmuje się dr hab. Roman Szwed, wywodzący się z tej samej grupy fizyków z Uniwersytetu Warszawskiego, która pierwsza podłączyła Polskę do Internetu. Już o nim słyszałem: operatywny, pracowity i energiczny; ostatnio pracujący dla szwajcarskiego CERN-u (Conseil Europeen pour la Recherche Nucleaire), gdzie wymyślono WWW

Fizycy z UW bardzo się zasłużyli, powołując do życia „Donosy”, które w naszym emigranckim życiu odegrały istotną rolę. Powiadomił mnie o tym jeszcze w Bostonie jakiś znajomy matematyk.

- Chcesz dostawać donosy? - spytał.

- Hmmm, nie jestem pewien - odpowiedziałem, biorąc to za kiepski żart.

- Nieważne, wciągnę cię na listę wysyłkową - rzekł, uśmiechając się tajemniczo.

Ksawery Stojda i Lena Białkowska z instytutu przy ulicy Hożej wpadli na szczęśliwy pomysł wydawania „Donosów” w obfitującym w wydarzenia 1989 roku, gdy wielu ich przyjaciół znajdowało się poza krajem. Zasypywani prośbami o wiadomości, postanowili rozsyłać je na bieżąco pocztą elektroniczną. Przez pierwszy rok zwykłym kablem telefonicznym do Genewy, skąd nasz człowiek w CERN-ie rozprowadzał je po sieci. Gdy w 1990 roku Polska uzyskała bezpośrednie połączenie ze światem, zaczęli korzystać z węzła w Centrum Informatycznym Uniwersytetu Warszawskiego.

Egzemplarz „Donosów” to raptem jedna strona krótkich informacji o bieżących wydarzeniach w kraju. Akurat tyle, ile da się przeczytać w wolnej chwili. Po tygodniu pismo miało kilkudziesięciu czytelników, potem dziesiątki tysięcy.

W okresie gdy listy z Polski docierały do nas po miesiącach, „Donosy” stanowiły objawienie. Ze względu na różnicę czasu mogłem już przy porannej kawie dowiedzieć się, co się działo w kraju tego samego dnia. W dziesiątkach miejsc na kuli ziemskiej pismo było powielane na komputerowych drukarkach i rozdawane wśród dawnych i nowych emigrantów. Pisma polonijne przedrukowy wały je jako stałą rubrykę, a rozgłośnie radiowe wykorzystywały jako główne źródło informacji. Początkowo zdarzały się zabawne nieporozumienia: podobno nawet kogoś skazano na towarzyski niebyt za posiadanie teczki z napisem „Donosy”.

Pismo było wysyłane bezpłatnie do wszystkich, którzy się zgłosili. Abonowali je ludzie z Australii, Nowej Zelandii, Izraela, Kuwejtu, Meksyku, Singapuru, Indii... Polska naukowa diaspora poczuła się nagle zintegrowana i silna. Ktoś nadaje na naszej fali, pozwala odnaleźć rozproszonych po studiach kolegów. Przełamuje dystans, który nas do tej pory od siebie nawzajem i od kraju dzielił.

I to wszystko za darmo. W stopce „Donosów” zamieszczano normalny kit: „Donosy” są objęte copyrightem. Regularne forwardowanie bez zgody redakcji zabronione. Po czym następowały swojsko brzmiące wyjaśnienia: Prenumerata: na życzenie. Dystrybucja: e-mail. Cena: za miesięczną prenumeratę - postawienie redakcji (dobrego!) piwa lub innych lokalnych pyszności.

W późniejszych latach dostępność elektronicznych wydań polskojęzycznych gazet i magazynów pozbawiła „Donosy” monopolu na rozpowszechnianie bieżących przekazów z kraju. Ale „Donosy” ciągle wychodzą i są czytane, wielu bowiem odbiorców uzależniło się od tej porannej informacyjnej pigułki.
***

Ze względu na osobiste zaangażowanie po obu stronach decyzję wyboru polskiego reprezentanta SGI zostawiłem Dietrichowi. „Nie mam wątpliwości - powiedział po konfrontacyjnym spotkaniu. -Bierzemy fizyków. Są bystrzy, dynamiczni, gotowi do działania”.

Frank Dietrich, obecnie pan na wielohektarowej posiadłości w Los Altos Hills, po której biegają węgierskie wyżły, do dziś koresponduje z nami pocztą elektroniczną. Ilekroć w Dolinie Krzemowej zjawi się ktoś z ATM-u, Frank czuje się w obowiązku zorganizować wystawne przyjęcie wokół swojego otoczonego cyprysami pseudorzym-skiego basenu z zapierającym dech widokiem na Pało Alto.

Może sobie pogratulować właściwego wyboru. Dzięki ATM-owi i ja odczuwałem wielokrotnie prawdziwą satysfakcję, wizytując po latach najlepsze polskie instytucje badawcze i przemysłowe.

- Jakiego sprzętu używacie? - pytałem.

- Wszystkiego, co wyprodukuje SGI - odpowiadano.

Rzędy „silikonów” w działaniu - co może bardziej satysfakcjonować projektanta? Najlepszy na świecie sprzęt. I to tu, w moim kraju, który tak niedawno, pogrążony w kompleksach oraz pozornej niemożności, odstawa! od czołówki na kilometry.

Nie obyło się jednak bez tarć. W internetowej grupie dyskusyjnej pojawia się na przykład pytanie od dyrektora centrum obliczeniowego ze Śląska: Oglądałem niedawno maszyny SGI. Czy można spowodować, by komputer Hewletta-Packarda zachowywał się jak silikon i vice versa?

Odpowiada mu informatyk z zakładów Forda w Michigan. Pytanie 1: Nie. HP nie potrafi imitować SGI. Pytanie 2: Tak. Można spowodować, aby silikon zachowywał się jak HP. W tym celu należy: usunąć •większość pamięci, wyjąć układ graficzny, pomalować pudełko na beżowo, zespawać obudowę z jednej strony, żeby się otwierała jak ostryga (ale nigdy już me dala się zamknąć), wyciąć losowo kawałki systemu operacyjnego. Przepraszam, ale nie mogłem sobie tej złośliwości odmówić.

Jezu, ale fajne!

Prace nad nową maszyną szły według harmonogramu, rytmicznie, żeby nie powiedzieć monotonnie. To była ewolucja, a nie rewolucja, jak przedtem.

Podstawową różnicą między poprzednim komputerem a tym, który projektowaliśmy obecnie, był ulepszony procesor. Ponieważ biblioteka graficzna rezydowała teraz w oprogramowaniu, zwiększenie szybkości procesora automatycznie przyspieszało grafikę. W Indigo używaliśmy procesora R3000 produkowanego przez firmę MIPS. Tak się jednak złożyło, że w 1992 roku MIPS został wykupiony przez Silicon Graphics.

Zmieniło to gruntownie naszą sytuację - mogliśmy sobie teraz zażyczyć procesorów lepiej dostosowanych do potrzeb grafiki. Chcieliśmy, żeby operacje, które w grafice są często stosowane -jak na przykład mnożenie macierzy, czyli mnożenie poszczególnych elementów z wierszy przez elementy z kolumn i ich dodawanie - były wspomagane przez procesor. W R300O trzeba było wykonać mnożenie, czekać przez trzy cykle maszynowe na jego rezultat, a następnie wykonać dodawanie, które miało dwa puste cykle.

W sytuacji gdy nasi ludzie z MIPS-a równolegle pracowali nad procesorem, można było powiedzieć: postarajcie się, żeby w procesorze był dodatkowy rejestr i żeby można było mnożyć i dodawać w jednym cyklu, równolegle. Prosta sprawa, a o 3O-^0 procent przyspiesza transformacje, które są w zasadzie mnożeniem macierzy o wymiarach cztery rzędy na cztery kolumny. Od razu kolosalny zysk.

Fakt, że Silicon Graphics produkowała wszystkie elementy maszyny od początku do końca, dawał nam sporą przewagę. To nie były składaki - nawet w markowych komputerach procesor, kartę graficzną czy kartę wideo robił kto inny. Nasze podejście ujednolicało wewnętrzną strukturę maszyny i pozwalało na wyciśnięcie z tej konfiguracji niebotycznego w 1993 roku maksimum - 330 tysięcy linii i 140 tysięcy trójkątów na sekundę. Konkurencja pozostała daleko w tyle.

1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   17


The database is protected by copyright ©essaydocs.org 2016
send message

    Main page