Marek hołYŃski



Download 0.95 Mb.
Page2/17
Date conversion29.04.2016
Size0.95 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   17

***

Najciekawsze zadania dostawałem od małych, startujących firm. Zwłaszcza jedna z nich, o nazwie Silicon Graphics, podrzucała niebanalne tematy. Realizowałem je w terminie, bo widać było wyraźnie, że zleceniodawcy mają konkretne potrzeby i wiedzą, czego chcą. Cechowało ich przy tym zacięcie naukowo-rozwojowe. A co najważniejsze, mieli siedzibę w Dolinie Krzemowej.

W 1989 roku zwrócili się do mnie z interesującym pomysłem. Do tej pory grafika w komputerach, jakie produkowali, opierała się na sprzęcie. W każdym było kilka układów scalonych, które powodowały, że pożądany obraz pojawiał się na ekranie. Maszyny wyposażone w te „silniki graficzne” były duże i drogie.

W tym czasie błyskawicznie rosły podstawowe parametry komputerów: pojemność pamięci i szybkość procesora. Rodziła się szansa na wyeliminowanie owych silników graficznych. Jeśli procesor będzie robił swoje zwykłe obliczenia, a w wolnym czasie potrafi przeliczyć grafikę, to dodatkowe układy scalone staną się zbędne. Wystarczy przesunąć wszystkie funkcje silników do oprogramowania, by mieć tanią maszynę, która wykona te same zadania.

Koncepcja była na razie luźna, a moja rola polegała na wykonaniu tzw. feasibility study, czyli dokładnej oceny realności przedsięwzięcia. Siedziałem nad tym trzy miesiące. Przygotowałem szczegółowy raport, który wymieniał potencjalne trudności, z konkluzją raczej optymistyczną: „To jest prawie możliwe do zrobienia”.

Reakcja była natychmiastowa, ale najwyraźniej zignorowano przysłówek „prawie”: Tak wlaśnie sądziliśmy. Skoro uważasz, że to jest do zrobienia, może się tego podejmiesz. Przyjedź do nas, pogadamy.

W kolorze indygo

Lecę zatem do Doliny Krzemowej. Kiedy po sześciu godzinach samolot ląduje, jest już ciemno. Widzę jedynie światła pasa startowego i ich odblaski w tafli zatoki San Francisco. Samochód czeka. Jedziemy zapchaną autostradą do typowego amerykańskiego hotelu, tyle że zapełnionego inżynierami. Jestem rozczarowany. Gdzie te palmy, kolibry i hamaki na patiach z opowieści Kevina?

Hotel położony jest zbyt blisko miejsca pracy, aby móc rozejrzeć się w terenie. Ale i tak widać różnicę. Szklane ściany budynków, wypolerowany metal okuć, fontanny, parking zastawiony BMW i por-sche’ami. Ludzie poruszają się szybko i zdecydowanie; większość nosi bawełniane podkoszulki. Zdejmuję krawat, ale garnituru już nie mogę zmienić na coś mniej formalnego.

Dostaję kartę magnetyczną, którą otwieram bramy Silicon Graphics, a potem wręczam ją recepcjonistce dla potwierdzenia rozkładu dnia. „Tak, rezerwacja jest w systemie. Za trzy minuty może pan korzystać z sali »Vulcan«.Aluzję trudno przeoczyć - „Vulcan” to jedna z kosmicznych ras w kultowym serialu Star Trek. Film, w którym uczestniczę, nabiera dynamiki i klarowności.

Wnętrze sali wygląda jak galeria sztuki w Soho: odsłonięte rury i belki sufitowe pomalowane na jaskrawe kolory, żelazne schody, awangardowe rzeźby. Jest kilka boksów, rozdzielonych ściankami działowymi niczym w starym wagonie kolejki podmiejskiej. Większość ludzi ma jednak własne pracownie.

Przedstawiam wynikifeastbility study. Widzę po twarzach, że projekt zyskuje zwolenników. Niestety do sali wchodzi drągal z jasną czupryną. Słucha jakiś czas, potem zaczyna wysuwać kontrargumenty. To, co mówi, ma sens: przyjęcie moich propozycji groziłoby obniżeniem funkcjonalności i zatkaniem procesora; na pewno zaistniałyby problemy z systemem operacyjnym.

Bronię się jak mogę, ale czuję, że nie zdołam przekonać tego gremium. Drągal opiera się na oczywistych faktach, ja na luźnej futurologicznej predykcji. Co to za facet?

- Nie znasz go? Jim Clark, prezes Silicon Graphics.

Znam pośrednio, pracował jako assodateprofessor na Uniwersytecie Stanforda. Recenzowaliśmy wspólnie jakieś artykuły, ale nigdy nie spotkałem go osobiście. Zresztą nie było po temu wielu okazji -w 1982 roku Clark zostawił uczelnię i założył Silicon Graphics (w skrócie SGI, bo dochodzi jeszcze Inc.).

- No to sprawa skończona, wasz szef jest wyraźnie przeciw - mówię po zebraniu. - Wracam do domu. Mam samolot o piątej po południu.

- Nie przejmuj się. On broni swoich ukochanych silników graficznych, ale jest bystry i otwarty. Poczekaj jeszcze dzień, dwa. Jeśli sprawę przemyśli i twój pomysł trafi mu do przekonania, przyzna ci rację. Zawsze nas zadziwia obiektywizmem.

Nie musiałem czekać tak długo. Już na lotnisku w Bostonie stewardesa wręczyła mi kartkę teleksu: Zgoda na projekt. Kompletuj zespól. Jim Clark.


***

Nie mogłem się doczekać, aby podzielić się dobrą nowiną ze studentami. Poważne wyzwanie, idealnie pasujące do naszej tematyki. Ambitne, bo czegoś takiego nikt jeszcze nie zrobił. Żadne tam akademickie abstrakcje, wydumane po to, by napisać kolejny artykuł. Konkretne, bo wynikające z zapotrzebowania przemysłu - jeśli nam się uda, nastąpi wdrożenie do produkcji. W dodatku ważkie naukowo. A przy tym świetnie płatne; koniec z żebraniną o granty.

Doktoranci, wbrew moim nadziejom, okazali się dalecy od entuzjazmu. Porażała ich skala i skomplikowanie projektu. Niektórzy kończyli studia za rok czy dwa, a wydawało się, że w tym temacie trzeba się będzie grzebać do emerytury. Po długotrwałej agitacji udało mi się namówić do współpracy tylko dwóch, po jakimś czasie dołączył trzeci. Musiałem jednak obiecać, że będę im zaliczał poszczególne etapy badań na poczet prac doktorskich, tak aby po skończeniu projektu byli już gotowi do obrony.

Udało się nam wydzierżawić specjalny kabel, dzięki któremu z naszych stacji roboczych mogliśmy wchodzić bezpośrednio do komputerów kampusu w Silicon Graphics. Zabraliśmy się do żmudnej analizy funkcji wykonywanych przez układy graficzne. Potem trzeba było ujmować je w postaci algorytmu i wreszcie pisać programy. Krok po kroku przenosiliśmy do softwareu geometrię i transformacje obiektów, kolory, modele oświetlenia. Chodziło o to, by oprogramowanie w jak największym stopniu odwzorowywało na ekranie to, co można było uzyskać za pomocą silników graficznych.

Nasza grupa była jednym z pięciu zespołów pracujących nad nową maszyną. Pozostałe opracowywały układy scalone, system operacyjny, system okienek oraz obudowę i urządzenia wejścia/wyjścia. W sumie 20-30 osób pozostających ze sobą w ciągłym kontakcie.
***

Oczywiście wszystkiego nie dawało się załatwić pocztą elektroniczną i wymianą programów. Od czasu do czasu jeździłem zatem do Doliny Krzemowej, starając się robić to częściej zimą niż latem. W miarę postępu prac moje pobyty stawały się coraz dłuższe i w końcu SGI uznała, iż taniej wyjdzie, jeśli wynajmą dla mnie w Mountain View stałe lokum.

Oakwoods Appartments był typowym kompleksem kilkuset mieszkań odnajmowanych korporacjom. Dwa pokoiki plus kuchnia ze standardowymi hotelowymi meblami, telewizorem, kompletem garnków i talerzy oraz gniazdkiem internetowym do komputera. Na terenie osiedla basen i kort tenisowy z instruktorem. Wygrzewający się wieczorem w podświetlonym jacuzzi programiści opowiadali o swoich projektach i rozrzuconych po świecie rodzinach. Pachniało nadmiernie chlorowaną wodą i żywicą otaczających basen sekwoi.

W firmie dostałem duży gabinet zjedna szklaną ścianą, położony obok pomieszczeń, w których zainstalowane były systemy do pokazów. Zarządzała nimi pani w czerwonym kubraczku, oprowadzająca wycieczki, gości i wizytatorów. Prowadziła ich najpierw do komputerów, pokazywała ciekawe rzeczy na ekranie, po czym, wychodząc, niby przypadkiem zatrzymywała się przed moim pokojem i mówiła: „A to jest profesor z MIT, który dla nas pracuje”. Oni do mnie przez szybę „hej” i ja im odpowiadałem „hej”. Kiedy przeniosłem się na stałe do Silicon Graphics, zażyczyłem sobie, aby mnie z tej klatki wypuszczono.

Inżynierowie w SGI darzyli status akademicki estymą, a naukowcy z MIT witali z zadowoleniem wszelkie powiązania z przemysłem. W Bostonie przymknięto oko na moje długotrwałe nieobecności i to, że wykłady przejął jeden z doktorantów. Zgarniali przecież swoje 72 procent overhead, a na dodatek mieli bezpośrednie dojście do producenta sprzętu najwyższej klasy. Przyda się, gdy trzeba będzie negocjować upusty na kolejną dostawę, a może nawet da się załatwić jakąś darmową maszynę pod pretekstem urządzania pokazów.
***

W SGI czułem się swojsko - panowała tu atmosfera niemal uniwersytecka, bo firma właśnie z uczelni wzięła swój początek. Gdy grafika komputerowa była jeszcze w powijakach, Jim Clark, pracujący wówczas na Uniwersytecie Stanforda w Pało Alto, opracował zestaw układów scalonych pozwalających na maszynowe generowanie obrazów. Urządzenie to, nazwane przez niego silnikiem graficznym, umożliwiało transformacje obiektów na ekranie, operowanie kolorami, cieniowanie i proste modelowanie oświetlenia.

Clark udał się ze swym pomysłem do mieszczącej się w Pało Alto centrali Hewletta-Packarda. Firma ta nie była jednak zainteresowana zakupem patentu. Zwrócił się do Digitala - też bez rezultatu. Postanowił nie dać za wygraną. Wzorem pionierów, którzy zdobywali ongiś Dziki Zachód, zebrał siedmiu swoich studentów i założył w 1982 roku własną firmę w położonej na południe od Pało Alto miejscowości Mountain View. Oba miasteczka leżą w sercu Silicon Valley, nazwa przedsiębiorstwa nasuwała się zatem sama: Silicon Graphics.

Siedziba była wybrana nieprzypadkowo, jako że w Mountain View znajduje się duża baza lotnicza marynarki wojennej, Moffet Field, z monumentalnym hangarem na sterówce, które kiedyś patrolowały wybrzeże, póki z nich nie zrezygnowano z uwagi na częste katastrofy. Obecnie co dziesięć minut startują z bazy samoloty o przedłużonych ogonach, z których wysuwają się anteny namierzające ruchy rosyjskich łodzi podwodnych na Pacyfiku. Mieści się tam również Ames Center - ośrodek doświadczalny NASA, gdzie projektowano sondy i promy kosmiczne.

Firma Clarka produkowała komputery wyposażone w systemy grafiki; niemal po przerzuceniu przez płot służyły one do symulacji walk powietrznych i lotów międzyplanetarnych. Były to maszyny pokaźnych rozmiarów, wyposażone na początku w jeden silnik graficzny, potem w dwa, cztery, osiem... Coraz szybsze i umiejące coraz więcej.

Wkrótce zaczęto ich również używać do projektowania karoserii samochodowych i kadłubów samolotów. Wielkie studia filmowe za ich pomocą tworzyły efekty specjalne i animację. Wodny stwór z Głębi, przechodzący przez kratę policjant z ciekłego metalu w Terminatorze II, Maska, sceny z Pięknej i bestii, Króla Lwa czy Ala-dyna - wszystko to powstało dzięki maszynom z SGI.


***

Firma oczywiście wynajęła dla mnie samochód - bez samochodu w Dolinie Krzemowej to jak bez ręki. Większość ulic nie ma nawet chodników. Mogłem więc pokręcić się autem po okolicy w weekendy (choć nie wszystkie, bo część sobót i niedziel upływała mi na zajęciach w pracowni).

Od San Francisco dzieliła mnie niecała godzina jazdy na północ. Miasto o wyjątkowej urodzie i temperamencie, ale tak dokładnie opisane, że nie sposób dodać coś nowego. Przy zwiedzaniu posługiwałem się dość nietypowym przewodnikiem - książeczką, której mojej rodzinie nie udało się przez narodowe kataklizmy przechować. Na szczęście Maciej Parowski, naczelny „Nowej Fantastyki”, odnalazł jej polskie wydanie na jakiejś zapomnianej półce swoich bibliofilskich zbiorów.

Autor książeczki, Aleksander Jan Joachim Hołyński, mój awanturniczy przodek, dotarł do San Francisco przez Kubę i Panamę, którą pokonał konno, bo wówczas kanału jeszcze nie było (namawiał zresztą wszystkich do stworzenia spółki akcyjnej inwestującej w jego budowę). Pisał reportaże z trasy dla paryskich gazet, wydane potem w Brukseli (były bowiem zbyt krytyczne wobec panującego we Francji Napoleona III) jako zbiorek La Californie et les routes interoceanigues, który w polskim tłumaczeniu Hanny Pawlikowskiej otrzymał tytuł Byłemprzy narodzinach Kalifornii (KAW, Warszawa 1978).

Aleksander Jan Joachim był wytrawnym podróżnikiem (towarzyszem poety Słowackiego podczas wyprawy do Ziemi Świętej w latach 1836-1837, któremu tenże zadedykował Anhellego) i przytomnym komentatorem, nie ograniczającym się do rejestrowania jedynie konwencjonalnych atrakcji turystycznych. Jako sprawozdawca- wyjątkowo solidny, jako obserwator- bajecznie inteligentny, jako stylista - cięty i dowcipny - napisał o nim we wstępie do polskiego wydania Stefan Bratkowski. - Niech przeczy taj ą go z uwagą badacze próbujący wyświetlić tajemnicę dalszego rozwoju Ameryki!

Rozdział „Ląduję w szalonym San Francisco” zaczyna się od zdania: Zatoka San Francisco nie ma sobie równych na obu półkulach. Są w nim następujące śródtytuły: Dwadzieścia pięć dolarów za przejazd do hotelu, Dom gry, Bogactwo szynkarek, Prostytucja, Restauracje, Panna Atoy, Aktorki, Nieobecność żebraków, Zbrodnie. Niektóre pozycje tej specyficznej selekcji są do dziś aktualne, inne nie. Za przejazd mikrobusem z lotniska do Oakwoods Appartments płacę dokładnie 25 dolarów. Włóczęgów i żebraków natomiast są w mieście całe stada, nie sposób przejść paru kroków, by nie być nagabywanym o jałmużnę.

Większość z nich trafiła tu w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, zwabiona piosenkami zachęcającymi do „przybywania do San Francisco z kwiatem we włosach”. Teraz koczują - podstarzali, brudni, ale przyjaźni - w parkach i przy wylotach wentylacyjnych metra. W radzie miejskiej jest ciągle spore lobby, gotowe bronić te przywiędłe dzieci-kwiaty przed skargami sklepikarzy, którym psują interes, odstraszając klientów.

Dla nas, ludzi Doliny, San Francisco było dodatkową przynętą marketingową; przydatną, choć wykorzystywaną sporadycznie. Woziło się tam gości, na ogół ich nieco rozczarowując, bo Golden Gate Bridge - słynny czerwony most spinający zatokę - zazwyczaj okrywały mgły. Mimo to japońscy i koreańscy biznesmeni byli usatysfakcjonowani, gdyż potwierdzał im się znany z policyjnych filmów stereotyp miasta: kolorowe kamieniczki, niemal pionowe podjazdy, tłumy wrotkarzy i wytworne restauracje.

Nie kłóci się on ze spostrzeżeniami autora Bytem przy narodzinach Kalifornii, który w 1851 roku napisał: Minęły już czasy, kiedy w sezonie deszczowym ulice San Francisco zamieniały się w głębokie bagniska. Wszystkie są wyłożone grubymi deskami i wyposażone w chodniki, czasem kamienne lub marmurowe, ale najczęściej drewniane. Błoto, w którym grzęzły wozy i topiły się konie, pozostało już tylko wspomnieniem starych mieszkańców z 1849 roku.
***

Głównym celem kuzyna Aleksandra było zebranie materiału na temat gorączki złota, ekscytujący wówczas czytelników francuskojęzycznej Europy. Ruszył więc w teren, a ja podążyłem za mm, zęby porównać jego obserwacje z moimi.

Opowiadania Amerykanów, pozbawionych zmysłu odczuwania malowniczości, wprawiały mnie w przekonanie, że obrzeża złotonośnego regionu są jednym ciągiem pogodnych pejzaży. Jest to wynikiem zwykłego dla tych ludzi złudzenia: każda wieś’, której produkty rolne lub metalurgiczne obiecują wiele dolarów, już przez to samo wydaje im się oszałamiająco piękna. A naprawdę...

Istotnie, każda wieś ma swój pasaż handlowy, McDonalda i wypożyczalnię wideo oraz szereg małych, ale wiele sobie obiecujących firm trudniących się wytwarzaniem elementów układów scalonych lub aplikacyjnego software’u. A mimo to, dzięki wysiłkom ekologów, spore obszary tego regionu pozostały niemal nietknięte i krajobraz wygląda całkiem malowniczo.

Obozowiska górników z zadziwiającą szybkością przekształcają się w miasta. Tam, gdzie ziemia wydaje się złotonośna, staje kilka namiotów. Jeśli poszukiwania przynoszą rezultaty, wieść o tym rozchodzi się w najdalsze strony i poszukiwacze złota przybiegają zewsząd. Po miesiącu czy dwóch tej sielskiej egzystencji ktoś wpada na pomyśl, że drewno jest lepszą ochroną odpłatna. Szybko ścina się sosny, przerabia na deski i każdy buduje sobie mniej lub bardziej wygodny dom. Spodziewacie się czegoś nieforemnego, bezładnie rozsianej zabudowy w typie rustykalnym i jesteście w biedzie. Regularny plan, ulice wytyczone pod sznurek, budynki o miejskiej prezencji.

Najbardziej przestronna budowla zostaje nazwana hotelem i ozdobiona flagą Stanów Zjednoczonych. Kiedy liczba mieszkańców dochodzi do tysiąca, interesy wymagają wydawania gazety czy choćby tygodnika. W nowym mieście zaczyna się rozpowszechniać sztuki; właściciel domu gry chcący zniszczyć rywali zatrudnia, muzyków i do tego angażuje Francuzkę obsługującą bar. Jest to często jedyna w całej okolicy kobieta, łatwo więc sobie wyobrazić, jaką budzi sensację. Kobieta i orkiestra!

Jednak w miarę rodzenia się indywidualnych fortun i ogólnego wzrostu dobrobytu budzi się pragnienie odrzuconych przyjemności cywilizacji. Tańczące niedźwiedzie i walki niedźwiedzi z bykami tracą smak, jakiś kombinator spełnia publiczny postulat i sponsoruje konstrukcję teatru, w którym występuje wędrowny zespól. Sakralne przybytki poprzedza budowa świeckich świątyń -już dawno funkcjonuje poczta, jest też regularne połączenie między Stockton i Sacramento.

Odbiłem ten tekst na kserografie i czytam go ponownie, spacerując po regularnej siatce ulic Stockton i Sacramento (obecnie stolica Kalifornii). Wokół beton i szkło; jestem jedynym przechodniem.

Weekend - urzędy i banki zamknięte, wszyscy koszą trawę przy swoich domkach na przedmieściach.

Czyżby tamta epoka przepadła bez śladu? A może duch dawnych poszukiwaczy złota ciągle napędza dzisiejszą Kalifornię? Przecież często spotykam ludzi dotkniętych gorączką: maniaków przemysłu filmowego i komputerowego. Tkwi w nich to samo przeświadczenie, że każdy może trafić na kilogramowy samorodek, a jeśli się nie uda, należy próbować jeszcze raz. Co o tym sądzisz, Alexandre?

Tak się właśnie z francuska pisał. Ja natomiast zachowałem swoje imię, choć wygodniej by było przystać na Marc lub Mark. Moje prawdziwe wymawiano na ogól jako „Merik”, ale nauczyłem się reagować na każde wezwanie zaczynające się od „M”. Firma telefoniczna Pacific Bell przysyła mi rachunki na nazwisko „Mary Holynski”. Nie koryguję, płacę. Walka o kreskę w „l” i przecinek nad „n” jest z góry skazana na niepowodzenie. Żadna standardowa drukarka nie da sobie z tym rady.
***

Nad nowym komputerem ślęczeliśmy dwa lata, ale w końcu

(w 1991 roku) cel został osiągnięty. Niektóre rzeczy trzeba było uprościć i zgodzić się na spowolnienie przetwarzania. Operacje wykonywane przedtem z szybkością światła, czyli prędkością elektronów w układach hardware’owych, teraz wymagały kilku milisekund pracy procesora.

Zyski jednakże kompensowały te niedostatki. Silniki graficzne można było wyeliminować, a przy okazji zrezygnować ze zbędnych połączeń, chłodzenia itp. Pozostał niewielki układ do wyświetlania poziomej linii prostej - wszystko inne przeszło do oprogramowania.

Umożliwiło to zmniejszenie rozmiarów maszyny - ze skrzyni wielkości gdańskiej szafy do niewielkiego pudełka na buty. Mieściła się teraz w torbie do noszenia na ramieniu. Była tak lekka, że dawało się z nią (wolno) chodzić - ważyła tylko 26 kilo. Na tablicy ogłoszeń działu marketingu przypięto kopię artykułu „Popular Mechanics” z 1949 roku i podkreślono w nim zdanie: Komputery przyszłości mogą ważyć nawet mniej niż półtorej tony. Oto, jak optymistycznie przewidziano ów „niepohamowany” rozwój nauki.

Usunięcie opartych na układach scalonych silników graficznych (każdy po minimum tysiąc dolarów) pozwoliło znacznie obniżyć cenę komputera. Zamiast maszyny za kilkadziesiąt tysięcy dolarów można było zaoferować stację graficzną w cenie 15 tysięcy. Pozwolić sobie na taki wydatek mogły już nie tylko duże korporacje i agencje rządowe, ale też niewielkie firmy i kilkuosobowe biura projektowe.

Na rok przed rynkową premierą wkroczył do akcji dział marketingu, forsując tezę, że komputer graficzny musi „ciekawie” wyglądać, ponieważ będą go używać ludzie wrażliwi na estetykę, którym opatrzyły się beżowe i szare pudełka. Pomalowano zatem obudowę na ciemny fiolet i wybrano adekwatną nazwę - Indigo. Kampania reklamowa ruszyła pod hasłem: „Indigo - pierwszy dostępny dla każdego komputer graficzny”.
***

Już po miesiącu raporty działu handlowego zaczęły wskazywać, że Indigo może awansować na przebój światowy. Tak się też stało. Fachowa prasa rozpływała się nad jego zaletami. Przyjemne uczucie. Kupuję w Bostonie bułki na śniadanie i na stelażu z gazetami widzę naszą maszynę - opiniotwórczy miesięcznik „Byte” umieścił jej zdjęcie na okładce. Wcześniej jedyną maszyną uhonorowaną przez to pismo w podobny sposób był Apple; wydarzenie to miało miejsce piętnaście lat temu.

Po nowy produkt SGI ustawiła się długa kolejka niecierpliwych klientów. Ludzie zaczęli się nań snobować -15 tysięcy dolarów to umiarkowana opłata za członkostwo w elitarnym klubie. Silicon Graphics, znana dotąd tylko w wąskich kręgach grafików komputerowych, zaczęła być postrzegana jako gracz pierwszej ligi.

Zaoferowano nam więc podjęcie dalszej pracy. Trzeba iść za ciosem: zrobić kolejną maszynę, jeszcze lepszą, szybszą i mniejszą. Sam nie mogłem o tym decydować. Obiecałem, że naradzę się z moim zespołem, kiedy wrócę do Bostonu.

- Nie, dosyć tej improwizacji. Teraz trzeba się do tego wziąć poważnie. Powinieneś przenieść się do Kalifornii i poświęcić nowemu komputerowi w stu procentach. Jeśli musisz dopilnować kończonych doktoratów, to możesz czasem wyskakiwać do Bostonu. Dajemy ci wolną rękę - zabierz z sobą, kogo chcesz. Ale tu, na miejscu, szykujemy ci już silny zespół. Pokrywamy koszty przeprowadzki, sprzedaży mieszkania i prowizje pośredników przy kupnie nowego.

Sprawa wymagała rozważenia. Czy warto rzucać bezpieczną i prestiżową posadę, na której mógłbym spokojnie doczekać się emerytury? Niektórzy z moich kolegów przyjęli zaproszenie przemysłu i dorobili się na tym niezłej fortuny. Ale nie wszystkim się udało. Cztery na pięć startujących w Dolinie Krzemowej firm bankrutuje i odpada w przedbiegach, a ci, którzy się z nimi związali, pozostają na bruku, bezrobotni i sfrustrowani.

Z drugiej zaś strony - nauczanie, chociaż daje sporo satysfakcji, grozi popadnięciem w rutynę. Kurs „Wstęp do grafiki komputerowej” prowadziłem siedemnaście razy i pod koniec „odklepywałem” wykłady bezmyślnie. Znałem z góry wszystkie pytania, które mi zadadzą słuchacze, i wszystkie moje na nie odpowiedzi.

Czy warto się dłużej zastanawiać? Chyba czas wypłynąć na głęboką wodę. Przekroczyłem czterdziestkę i mogę już nie mieć następnej okazji. Jedyne, czego mi będzie teraz brakowało, to długie wakacje. Zdążyłem się przyzwyczaić do w miarę luźnych dwóch letnich miesięcy i trzech tygodni przerwy międzysemestralnej, spędzanych na jachcie żeglującym pomiędzy karaibskimi wyspami.

Wynajęta przez SGI firma przewozowa w jeden dzień spakowała cały mój dobytek. Owijali włocławskie talerze w papier, szarpali się z zabytkowym kredensem, który nie chciał przejść przez drzwi, a przecież udało się go kiedyś do mojej kawalerki wcisnąć. Wszystko to, łącznie z meblami i książkami, zajęło ledwie ćwierć tira. Jedenaście lat bostońskiego życia zamknięto w tekturowych pudłach, gotowych do rozpakowania w Kalifornii.

Słynne miejsce w Kalifornii

Mieszkam na stałe w Dolinie Krzemowej. Nie muszę niczego gorączkowo zwiedzać, pod presją, że może nie trafić się po temu następna sposobność. Mogę się wtopić w otoczenie, dostroić do rytmu codzienności, zrozumieć to miejsce, poznać jego historię.

Gdzie właściwie jestem? Krzemowej Doliny nie da się odszukać na żadnej mapie - geografowie jej oficjalnie nie uznają. Prawidłowa lokalizacja sprawia trudności nawet Amerykanom, którym przeważnie wystarcza ogólne określenie: „słynne miejsce w Kalifornii, gdzie robią komputery”.

Nowojorska spikerka sieci telewizyjnej ABC, która próbowała rzecz uściślić, umieszczając Silicon Valley na północ od San Francisco, sprowokowała lawinę telefonów od urażonych obywateli. Skończyło się na publicznych przeprosinach i tłumaczeniu, że Silicon Valley leży 70 kilometrów na południowy wschód od San Francisco. Obejmuje teren mniej więcej 40 na 15 kilometrów, a jego sercem jest hrabstwo Santa Clara.

Ja niby wiem więcej, bo mam przesłaną przez zaalarmowanych moimi przenosinami przyjaciół odbitkę hasła z Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN z 1965 roku. C’mmon, my zza „żelaznej kurtyny” mamy swoje źródła informacji. Proszę bardzo, mogę się wykazać, cytując: Kalifornia Dolna - półwysep na zachodzie Ameryki Północnej, między Oceanem Spokojnym a Zatoką Kalifornijską. Środkiem Kalifornii Dolnej, w przedłużeniu gór Sierra Nevada, przebiega łańcuch górski zbudowany z metamorficznych skal i granodiorytów.

Niezupełnie pasuje? No to następna definicja: Kalifornijska Dolina - nizina śródgórska między Górami Nadbrzeżnymi i Sierra Nevada. Stanowi tektoniczne zapadlisko wypełnione osadami rzek Sacramento i San Joaquin... Obszar przecina gęsta sieć nowoczesnych dróg kołowych. Góry Sierra Nevada pokryte są lasami sosnowymi (wyżej także jodłowymi); miejscami występuje w nich mamutowiec olbrzymi (co to takiego?). Kalifornia jest najintensywniej gospodarczo rozwijającym się stanem USA. Od wielu lat zajmuje l miejsce pod względem wartości produkcji rolniczej.

Chyba znowu nie to. Ostatnie hasło na powielaczowej odbitce: Kalifornijska ciecz: środek grzybobójczy i roztoczobójczy, będący roztworem wodnym mieszaniny siarczku, wielosiarczków oraz tiosiarczanu wapnia.

Nic się merytorycznie nie zgadza. Bez wątpienia nadszedł czas, żeby porzucić wiedzę encyklopedyczną i zdać się na własne obserwacje.

1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   17


The database is protected by copyright ©essaydocs.org 2016
send message

    Main page