Marek hołYŃski



Download 0.95 Mb.
Page17/17
Date conversion29.04.2016
Size0.95 Mb.
1   ...   9   10   11   12   13   14   15   16   17

***

Po likwidacji Netpower zostajemy sami w opustoszałym gmachu i teraz musimy sami płacić za czynsz, telefony i serwery sieci lokalnej. Czy wytrzymamy to obciążenie? Daniel jak zwykle uspokaja. Okazuje się, że budżet jest na plusie. Nikt nie chodził na kosztowne obiady z potencjalnymi klientami ani nie podróżował służbowo do Nepalu.

- A takie wydatki, choć o tym pewnie nie wiecie, są przewidziane w kosztorysie - tłumaczy Daniel. - Mamy więc oszczędności. Do ukończenia prototypu zostały tylko dwa miesiące. Nie ma sensu się przenosić. Wy dopinajcie projekt, a ja się rozejrzę za potencjalnymi kupcami.

Spisał się znakomicie. Wygenerował kolejkę reflektantów o długości porównywalnej z tą, w której ustawiałem się po cukier na Nowym Świecie w końcu lat siedemdziesiątych. Wybieramy trzech najpoważniejszych; wszyscy z zagranicy. 3Dlabs ma kwaterę główną w Anglii, nie znana nam Elsa w Niemczech, a Fujitsu, wiadomo, w Japonii.

Japończycy proponują najkorzystniejsze warunki, ale ich biurokratyzm opóźnia sfinalizowanie sprawy.

- Cieszę się, że panowie przyjmują naszą ofertę - kłania się naczelny dyrektor Fujitsu na Stany Zjednoczone. - Aby wszystko było prawomocne, potrzebujemy jednak akceptacji prezesa Fujitsu International. Postaram się go sprowadzić do Stanów jak najszybciej. Mam nadzieję, że zawita u nas już za trzy miesiące.

Internacjonalizm ma swoje zalety. Doskonale pamiętam, jak ta kultura funkcjonuje. „Wielce szanowny panie dyrektorze, ośmielam się wyrazić prośbę, którą może zechciałby pan przy sposobności uprzejmie uwzględnić. Pragnąłbym otrzymać numer telefonu prezesa w celu złożenia mu podziękowań za rozważenie propozycji spotkania się z nami w dogodnym dla niego terminie. Przy okazji mógłbym mu przekazać wyrazy uznania za korzystny dla interesów Fujitsu, a przy tym niezwykle taktowny sposób, w jaki przeprowadzał pan negocjacje”.

Prezes okazuje się graczem GO w mistrzowskim stopniu drugiego dań. Będziemy zatem walczyć z ośmioma handikapami, ale okoliczności wskazują na to, że wygra. Partię możemy jednak rozegrać dopiero w czwartek, bo jego asystentka nie potrafiła zarezerwować żadnego lotu na jutro.


***

Sprzeciwu prawie nie widzę. Na zebraniu naszej inicjatywnej szóstki pada tylko jedna nieśmiała uwaga: może lepiej nie sprzedawać i doprowadzić sprawę do końca? Na IPO tak się znakomicie zarabia.

- Nie, nie - protestuje reszta zespołu. - Wypychamy Talismana za bramę i niech się martwią inni.

Ciągle jesteśmy pod wrażeniem katastrofy Netpower.

Podpisujemy umowę, przekazujemy kość i oprogramowanie z pełną dokumentacją. Prezes Fujitsu w japońskim stylu daje pracownikom hojne odprawy, inwestorzy dostają stusześćdziesięcioprocentowy zwrot wyłożonego kapitału. Daniel zgarnia swoją działkę i w euforii rozrzuca studolarówki po parkingu, ale zaraz się opanowuje i skrzętnie je zbiera. Reszta dla nas. Wszyscy są zadowoleni. Zabieramy swoje rzeczy, ostatni gasi światło. Poszło tak szybko, że świadomość chyba nie nadążyła za rozwojem sytuacji.

Dociera to do mnie dopiero nazajutrz. Pozwalam sobie na komfort spania do dziesiątej i śniadanie w ogródku Cafe Verona przy porannej gazecie. Kawiarnia przeszła do historii dzięki jednemu z programów graficznych SGI: była to demonstracja rzutowania dwuwymiarowego obrazu na trójwymiarową powierzchnię. W metalicznym obiekcie (zależnie od dokonywanego przez widza wyboru mógł to być volkswagen, opiekacz do chleba albo inny przedmiot o skomplikowanym kształcie) odbijało się wnętrze przytulnej kawiarenki. Wszystkie inne dema miały nazwy tłumaczące istotę eksperymentu: „Lot nad górami”, „Bitwa czołgów”, „Drgający płomień świecy”. Tylko to demo było oznaczone tajemniczym kryptonimem „CV”.

W czasie promocyjnych wykładów w Europie zadawano mi często pytanie: „Jak należy interpretować skrót CV? Czy chodzi o creative vision?” Ależ skąd, to nasze ulubione miejsce spotkań: Cafe Verona. Od razu robiło się milej, bo ta zakulisowa informacja niezawodnie wszystkich dowartościowywała.

Jak dobrze siedzieć w dzień roboczy przy stoliku Cafe Verona bez obowiązku omawiania bieżącego projektu. Pogodne niebo, studenci na porannym spacerze, umiarkowany ruch na ulicy, uśmiechnięte kelnerki. Co za ulga! Czy naprawdę przestałem zachowywać się jak wiewiórka, bez opamiętania przebierająca łapkami w obłąkańczym, wirującym bębnie?

W gazecie trafiam na artykuł o SGI. Nie wiedzie im się najlepiej. Nowy prezes ma trudności z opanowaniem kryzysu. Firmę czekają procesy wytoczone przez akcjonariuszy, którzy zarzucają jej ukrywanie rzeczywistej skali problemów. Wątpię, by chodziło o działania w złej wierze, ale nawet wygrana sprawa sądowa mocno nadszarpnie zachowywane na czarną godzinę rezerwy SGI.

Dziennikarz cytuje anonimowego pracownika pionu „zasobów ludzkich”: „Najdotkliwiej odczułem zmiany w jadłospisie beer bust. Przedtem organizowaliśmy wyszukane przyjęcia po 1300 dolarów. Teraz muszę serwować ludziom dziadowskie krakersy i salsę, bo ograniczono nam budżet na tę imprezę do 150 dolarów”.

Sprawdzam notowania giełdowe w tej samej gazecie. Akcje SGI, wyceniane niedawno na 45 dolarów, spadły do dziewięciu. Wyobrażam sobie, jak odbiło się to na morale pracowników, z przerażeniem obserwujących topniejącą wartość swoich opcji. Jakim pomyślnym zbiegiem okoliczności okazała się przygoda z Talismanem! Łatwo przyszło, łatwo poszło - i znowu łatwo przyszło.
***

Wspaniale jest być finansowo niezależnym, ale co dalej robić z tak miło rozpoczętym porankiem? Mógłbym pójść na emeryturę, ale na to chyba za wcześnie. W Dolinie Krzemowej sukces bynajmniej nie gwarantuje spokojnej egzystencji i odpoczynku. Pod presją otoczenia trzeba go powtórzyć albo dokonać czegoś jeszcze bardziej spektakularnego. Na razie nie mam ochoty na zakładanie następnej firmy. Było i się zmyło, trzeba wymyślić inny scenariusz.

Może powinienem wrócić na uczelnię? Ale to mnie jakoś nie pociąga. Od czasu do czasu miałem do czynienia z akademikami - mobilizowano mnie do obsługi grup z europejskich uniwersytetów, które odwiedzały Dolinę Krzemową. Zwiedzający zapoznawali się z pracami, oglądali komputery. Patrzyli nam przymilnie w oczy, wymuszali prywatne adresy e-mailu, a potem męczyli, żeby im załatwić jakąś dorywczą pracę, praktykę albo przynajmniej następną wizytę.

Starałem się im pomóc, pamiętając, jak przed laty nasi, w czasie sporadycznych naukowych wypadów na Zachód, usiłowali za wszelką cenę zaczepić się we francuskich czy angielskich instytutach. To, że teraz właśnie Francuzi i Anglicy proszą o wsparcie, wcale nie dawało mi satysfakcji.

Motywują ich głównie pieniądze, choć nie zarobki. Chodzi im o nakłady na badania, bez których w informatyce niewiele można zrobić - na starym kontynencie uniwersytety bardzo cierpią na brak funduszy. Sugerowanie akademikom, aby, jak Amerykanie, dogadali się z przemysłem, nie należy do dobrego tonu. Goście dają do zrozumienia, że robienie trywialnych tematów dla kasy uwłacza godności pracownika nauki.

Pracowałem na uczelni i w przemyśle, mogę zatem ów pogląd zweryfikować. Uniwersytecki etos poświęcania się czystym badaniom podstawowym to fikcja, która nie wytrzymuje naporu życia. Nawet w Stanach trzeba zabiegać o fundusze na projekty, nieustannie pisać propozycje, rozliczenia i sprawozdania. Bywa, że wymyśla się temat zupełnie bezużyteczny, ale o chwytliwym tytule. Odwala się badania, wygłasza referat na konferencji, publikuje artykuł w prasie fachowej. Przeczyta go może dziesięć osób, dwie pochwalą, a potem leży latami na półce, pokrywając się kurzem.


***

W przemyśle nie ma natomiast korumpującego środowiska naukowe wymogu publikowania (publish orperish - „publikuj lub giń”). Mniej tu politykowania, gdyż kryteria oceny są znacznie klarowniejsze: albo zrobisz pieniądze, albo nie. Czysta sytuacja. Liczą się konkrety i czas nagli, bo konkurencja i klienci naciskają.

Kiedyś w SGI otrzymałem e-mailem wołanie o pomoc. Jakiś Nowozelandczyk pisał, że w jednym z obiektów na tworzonym przez niego obrazie pojawia się tajemniczy czarny punkcik. Załączał program i prosił o przetestowanie, a nuż jest coś nie tak z jego maszyną.

Sprawdziłem na moim komputerze. W środku czerwonego kółka istotnie tkwiła czarna kropka. Przeczesałem program - wszystko w porządku. Do sprawdzania poprawności używanej przez tę maszynę biblioteki graficznej zabrałem się dopiero po dwóch dniach poszukiwań. Nie miałem powodów do podejrzeń; tysiące ludzi na całym świecie używały jej od lat i dawno podnieśliby alarm, gdyby wkradł się tam błąd.

A jednak tak właśnie było. Kółko tworzyły cienkie czerwone trójkąty startujące wachlarzowato od środka, który stanowił wspólny wierzchołek. Gdyby wszystkie wyświetlały punkt w tym miejscu, intensywności pododawałyby się i kolor byłby inny. Jeśli zabronić trójkątom używania tego wierzchołka, powstałaby dziura. Ale przecież uporaliśmy się z tym problemem już dawno, wprowadzając do algorytmu zasadę, że tylko pierwszy trójkąt jest właścicielem owego punktu środkowego.

Ten przypadek okazał się wyjątkowo niefortunnym zbiegiem okoliczności. Kółko było kilkakrotnie transformowane i rzutowane perspektywicznie pod ostrym kątem. Ze względu na ograniczoną dokładność dzielenia liczb zmiennoprzecinkowych, współrzędne wspólnego wierzchołka przesuwały się nieznacznie. Jakieś ułamki mikrona, bo zmiana dotyczyła szesnastej cyfry po przecinku, ale przez to pierwszy trójkąt nie dotykał środka okręgu. Pozostałe natomiast nie miały prawa tam nic wyświetlać.

Z czystym sumieniem mógłbym zakwalifikować ten błąd do klasy undocumentedfeature - nieudokumentowana właściwość komputera. Tak jest i koniec. Ta maszyna nie może być używana w tego typu sytuacjach. Nie postąpiłbym jednak uczciwie, ponieważ problem był istotny - ważki teoretycznie i praktycznie.

Gdybym natknął się nań na uczelni, wystąpiłbym o grant do National Science Foundation i pewnie bym go dostał. Zleciłbym temat dwóm lub trzem doktorantom, którym zajęłoby to semestr bądź dwa. Rezultaty pojawiłyby się rok później w „IEEE Transactions on Graphics”.

Ale w przemyśle są inne zwyczaje. Co pół roku rozsyła się do użytkowników najświeższą wersję oprogramowania. Poprawka musi się znaleźć w kolejnej edycji, do której pozostał jedynie tydzień. Nie było rady, w dwa dni ustaliłem rozwiązanie i napisałem algorytm. Dwa następne zajęło mi modyfikowanie programu, a pozostałe trzy - testowanie na wszystkich typach maszyn. W ten sposób zmarnowałem temat, który w Europie mógłby przez jakiś czas wyżywić wydział informatyki małego uniwersytetu.
***

Zostawmy deliberacje nad życiowymi planami na później. Teraz jest wyśmienita okazja, żeby nareszcie pojechać na prawdziwe przedłużone wakacje. Próbuję zmontować grupę, która mogłaby, jak dawniej, pożeglować na Karałby. Bez skutku. Jedni poznikali, inni nie mają czasu.

Dostaję jednak istotny namiar: „Pamiętasz tę dziewczynę z Harvardu, która była z nami na rejsie w 1984 roku? Wtedy kończyła architekturę. Tak się rozkochała w wyspach, że ma teraz w San Juan własną firmę i robi projekty rezydencji dla przenoszących się na Karaiby milionerów z kontynentu”.

Dwa dni później siedzę na tarasie osiemnastowiecznej kamieniczki dawnej hiszpańskiej kolonii. Niloo pochodzi z Iranu, więc przywiozłem skrzynkę shiraz, jedynego uprawianego w Kalifornii wina z jej kraju. Po upadku szacha perska enklawa w Los Angeles rozrosła się do ponad miliona osób, a etniczne potrawy w tutejszych sklepach są lepsze niż w Teheranie (cóż dziwnego, przewaga polskich kiełbas robionych w Chicago nad naszymi krajowymi jest niewątpliwa).

- Zdziwisz się, ile osób przyjeżdża tu na stałe - opowiada Niloo. - Nie tylko ze względu na klimat i ciepły ocean. Głównie chodzi im o podatki. Amerykańskie wyspy są częścią Commonwealth of Puerto Rico, mającego status zamorskiego terytorium Stanów Zjednoczonych. Są tu zatem podobne warunki jak w Stanach: walutą jest dolar, żadnych barier handlowych i wizowych, zbliżony poziom usług, bezpośrednie telefony. Tutaj jednak żyje się taniej i, co najważniejsze, nie płaci się podatków federalnych, lokalne zaś są znikome. Może spotkasz jakichś swoich kolegów, bo co drugi przybysz działał wcześniej w przemyśle komputerowym. Osiedlają się tu i zaczynają odcinać kupony od akcji swoich byłych przedsiębiorstw bez potrzeby oddawania 32 procent fiskusowi. A przy okazji: wytłumacz mi, dlaczego pojawiają się tu sami mężczyźni? Jakie wznieśliście bariery, żeby uniemożliwić kobietom robienie karier w informatyce?

Zapomniałem, że Niloo jest w głębi serca feministką.

- Ależ skąd, z rewerencją traktujemy każdą damę, która zechce się zainteresować naszą dziedziną. Czasem się takie nawet trafiają, ale odpadają po urodzeniu pierwszego dziecka. Kobiety nie są tak naiwne jak my, mają uzasadnione opory przed poświęcaniem życia zestawowi układów scalonych i kłębowisku kabli.

Niloo nadzoruje roboty przy kilkunastu willach, co daje mi okazję do zwiedzenia archipelagu. Na jednej z wysepek spotykamy Todda, którego pamiętam z Sunnyvale - dostarczał nam podzespołów, był akwizytorem Motoroli. Obecnie jest właścicielem połowy wyspy. Ściśle mówiąc, jednej trzeciej, gdyż podzielił tę połówkę na trzy części. Na jednej z nich buduje ośrodek żeglarski, który ma sfinansować ze sprzedaży dwóch pozostałych działek.

Jedną już spieniężył, drugą wystawi na sprzedaż przed końcem miesiąca. Po paru daniach pyta, czy nie byłbym zainteresowany kupnem. „Fajnie byłoby mieć kolegę za sąsiada. Obyłoby się bez prowizji dla pośredników, sprawdzania wypłacalności kupującego, adwokatów i banków. Stary, jeśli wyłożysz gotówkę, odpalam ci to po kosztach. Ja i tak na tym zarobię”.
***

Mój pobyt na Karaibach się przedłuża. Oglądam tę działkę. Całkiem spora: trzy wzgórza, zaciszna dolina, dwa słodkowodne jeziorka z rybami, dostęp do pustej plaży. Dom niewielki (był kiedyś siedzibą nadzorcy plantacji), ale całkiem wygodny.

Poznaję okolicznych mieszkańców, co nie trwa długo, bo mieszka tu nie więcej niż 80 osób. Kilku napływowych w rodzaju Todda, ale większość to mieszańcy, potomkowie hiszpańskich kolonistów i murzyńskich niewolników zwożonych tu do pracy na plantacjach trzciny cukrowej. Po prawdziwych autochtonach, Karaibach, nie ma już śladu: jako kanibale, dawno się sami nawzajem zjedli.

W sercu wyspy zbudowano kilka domów i lotnisko, na którym codziennie ląduje ośmioosobowy kukuruźnik dowożący pocztę i nielicznych turystów. Stale kursuje prom do Puerto Rico, zdolny do transportu samochodów. Jest ponadto nieźle zaopatrzony sklep, warsztat mechaniczny, sympatyczna kawiarenka i restauracja.

Odwiedzam tę drewnianą budkę z przyjemnością, gdyż jedzenie tu smaczne, a obsługa sprawna. Po prostu wchodzi się do kuchni, której połowę wypełnia Miriam, w jednej osobie właścicielka i personel; zawsze w śnieżnobiałym fartuchu i metrowej piramidzie ozdób na głowie. Odziedziczyła ten zwyczaj po prababce pochodzącej z terenów dzisiejszej Nigerii i nigdy koafiury nie zmienia, ponieważ duchy mogłyby się obrazić.

- Tego rekina przywieźli godzinę temu - poleca Miriam. - Odkroję ci dobry kawałek. Masz tu butelkę rumu, weź sobie coca-colę z lodówki i siądź przy stoliku. Zaraz podam obiad. I mam prośbę, synku. Pogadaj trochę z Bethesbą, to ta w różowej sukience. Jest przygnębiona: jej dziecko nie daje sobie rady z algebrą; podobno znasz się na tym, może potrafisz coś pomóc.

Jestem głodny jak wilk; wiatr dmuchał ostro i cały dzień spędziłem na windsurflngu. Gdyby było spokojnie, nurkowałbym na oddalonej o sto metrów od brzegu rafie koralowej. Z rekinami już się oswoiłem. Są zbyt objedzone, żeby mnie zauważać. Wystarczy, że otworzą paszczę i wchłaniają ławicę drobnych, kolorowych rybek, po co więc miałyby się rzucać na stworzenie równe sobie wzrostem? Trzeba tylko uważać, żeby nie wykonywać gwałtownych ruchów i nie skaleczyć się przypadkiem o korale (takiej „obcierki” pod wodą się nie rejestruje), bo rekiny szybko wyczują krew.

Wieczorami siedzę z przyzwyczajenia przy komputerze. Założyłem sobie na dachu talerz łącza satelitarnego i mam podłączenie do Internetu. Trochę wolne, jak na standardy Doliny Krzemowej, ale tu i tak nikt się nie spieszy. „Oponę załatamy ci w przyszłym tygodniu. Jak ci siądzie inne koło, to zadzwoń, wyślę pomocnika, który cię zawiezie, dokąd chcesz”. Spokojnie, po co się stresować? Jeśli witryna nie załaduje się dziś, zaczekamy do jutra.

Koresponduję e-mailem z pracującymi w Japonii inżynierami Fujitsu, którzy mają pytania związane z Talismanem. Moi eks-koledzy dzielą się ze mną niewesołymi nowinami - w SGI jest coraz gorzej. W końcu będą musieli sprzedać Mips’a i Craya, na nowo przeorganizować struktury i zmienić prezesa. Akurat trafił się bardzo dynamiczny i kompetentny facet, który ma sporo udziałów w Silicon Graphics, więc będzie mu zależało, żeby sytuację wyprostować. „Może go znasz, nazywa się Bob Bishop”. No pewnie, przecież to były szef SGI International, osiem lat temu układaliśmy razem strategię podboju Europy Środkowowschodniej.

Mam wreszcie dość czasu, żeby odpowiadać dłużej niż jednym zdaniem na hasło „co słychać?”, rzucane przez przyjaciół i znajomych na szerokim świecie. Nikt z nich nie dziwi się temu, że chwilowo nic nie robię. Przeciwnie - ludzie palą się do odwiedzin, a nawet pytają, czy jest w okolicy jakaś działka do kupienia.

Natomiast ja już chyba podładowałem swoje baterie. Spaceruję o zmierzchu po bezludnej plaży i machinalnie obmyślam technologiczne innowacje, które mogłyby uatrakcyjnić podsyłane mi biznesplany. Po jakimś czasie nawet poważnie rozważam propozycje uczestnictwa w rodzących się tu i tam projektach. Czyżby te miesiące spędzone na Karaibach wykazały, że się jednak nie wypaliłem do reszty?
***

Dawno temu krótki telegram z MIT zdeterminował moje życie na niemal dwadzieścia lat. Teraz przychodzi e-mail o podobnej treści - tego zbiegu okoliczności nie można zignorować. Hej, jesteś tam? Mamy sporo ciekawych projektów, przy których byś się przydał. Byłoby znakomicie, gdybyś mógł się na trochę podłączyć. Pozdrowienia, Roman Szwed, ATM, Warszawa.

Jakie tematy? Sieci komputerowe, integracja systemów informatycznych. Jasne, że jadę. Przy okazji odrobię patriotyczny dług. Potrzebuję tylko nieco czasu, żeby się spakować. Muszę też, po drodze, wpaść na amerykański kontynent i sprzedać kalifornijską posiadłość, która w tym układzie stanie się bezużyteczna.

No właśnie, przez tych kilka lat mój skromny domek stał się ponętnym kąskiem na rynku nieruchomości. Ostatniego roku przybyło na tym terenie 50 tysięcy miejsc pracy, a wybudowano tylko 10 tysięcy nowych siedzib. Dolina zaczyna pękać w szwach. Na autostradzie numer 101 w godzinach szczytu powstają monstrualne korki i już ją zaczynają nazywać największym bezpłatnym parkingiem Ameryki.

Wracam do Mountain View. Żeby sprawdzić sytuację, daję ogłoszenie do lokalnej gazety i w niedzielę organizuję „dom otwarty”. Mam przygotowane aż trzydzieści komputerowych ulotek opisujących zalety „rezydencji” - przychodzi pięćdziesięciu chętnych i wielu chce ją natychmiast kupić.

Najważniejsze, żeby dom przeszedł w dobre ręce. Przekazuję go (z mieszczącym się w granicach rozsądku zyskiem) samotnej pani profesor ze Stanfordu o specjalizacji bio- coś tam. Sposób, w jaki zapoznaje się z drzewkiem figowym i grządką nasturcji, wskazuje na fachową osobę, która potrafi utrzymać ogród w dotychczasowym stanie. Nic się nie zmarnuje.

Spędzam ostatni wieczór w domu, w którym niby to przeżyłem osłem lat. Jutro będzie należał do kogoś innego. Na cześć Kevina i wspomnień z Bostonu kładę się w hamaku na patio. Palmy się kiwają, kolibry latają, cykady rżną na całego. Wieczór jest ciepły, choć niezupełnie cichy. Słyszę wizg przemieszczających się po autostradzie ciężarówek. Chyba w takim momencie należałoby odczuwać żal z powodu rozstawania się z Doliną Krzemową. Doprawdy nie wiem, czemu nie potrafię go w sobie wygenerować.
***

Dobrnięcie do finału tej opowieści to dla czytelnika wysiłek, który należy docenić. Zdaję sobie sprawę, jak nudne mogą być szczegóły techniczne dla kogoś, kto nie otarł się o nie zawodowo. Nawet okraszone osobistymi wspomnieniami czy podbudowane tłem socjologicznym, nie zawsze są łatwe do strawienia.

Podobno Internet i grafika komputerowa ponoszą częściową winę za kurczenie się tradycyjnego rynku czytelniczego. Ponieważ przyczyniłem się nieco do rozwoju tych dziedzin, postanowiłem przelać swe e-mailowe zapiski na papier, by w ten sposób odpokutować za ewentualne grzechy.

Z zasady nikt z naszej branży nie ujawnia swojego internetowe-go adresu. Należy chronić prywatność; nie rozpieszczać leniuchów, którym nie chce się zapoznać z instrukcją obsługi komputera i z byle problemem e-mailują bezpośrednio do projektantów. Redaktorzy pism, w których drukowano moje teksty, także dokładali starań, aby odgrodzić mnie od maniaków, zasypujących każdego, kto na to pozwoli, swoimi - często niedorzecznymi - pomysłami.



Ja jednak wciąż boję się efektu „czarnej dziury”. Każdy nieprofesjonalny popularyzator nauki obawia się, że jego pisanina rozproszy się bez śladu na nie znanych mu bliżej obszarach geograficznych i społecznych. Jako prosty inżynier z pozytywistycznym zacięciem chciałbym, żeby czas i wkład pracy włożony w tę książeczkę nie całkiem poszedł na marne.

Nie wiem, gdzie będę, gdy/jeśli się ta książka ukaże. Ale, jak każdy globalny wieśniak, pozostanę w kontakcie. Router ATM-u skieruje pocztę elektroniczną wysyłaną pod adresem „mh@atm.com.pl” do serwera w miejscu mojego aktualnego pobytu - może będzie to Kalifornia, Karałby, Warszawa albo jakieś inne, równie fascynujące miejsce na naszej planecie.
1   ...   9   10   11   12   13   14   15   16   17


The database is protected by copyright ©essaydocs.org 2016
send message

    Main page