Marek hołYŃski



Download 0.95 Mb.
Page16/17
Date conversion29.04.2016
Size0.95 Mb.
1   ...   9   10   11   12   13   14   15   16   17

***

Musimy zwolnić kucharza, jako że ten odziedziczony po SGI luksus jest wyraźnie sprzeczny z konwencją Netpower. Inne zmiany nie są konieczne. Oni i my mamy identyczne cele. Zdecydowaliśmy się być dużymi rybami w małym stawie, a nie płotkami mielonymi na mączkę rybną w trybach Microsoftu lub SGI. Taka sytuacja z nawiązką kompensuje bezbarwność inżynierskiej egzystencji, którą pracownicy socjalni naszych byłych korporacji starali się ze wszelkich sił urozmaicić.

„San Jose Mercury News” podał właśnie, że liczba milionerów w Dolinie Krzemowej przekroczyła 200 tysięcy, a miliarderów jest podobno kilkunastu. Przyjemnie myśleć, że oto mamy szansę znaleźć się w tym gronie. Większe czy mniejsze, to rzecz bez znaczenia; ważne, że nadzieja ładuje nas adrenaliną.

Wiemy, że nie wszyscy odnoszą sukces. W Dolinie Krzemowej zawsze jest około 3000 startup-ów, statystycznie przetrwa 500; cztery na pięć zniknie bez śladu. Ale brak sukcesu nie oznacza porażki. Startuje się jeszcze raz i jeszcze raz. Jest wiele przykładów na to, że można odnieść tryumf po długiej serii nieudanych prób. Prawie każda z solidnie prosperujących dzisiaj firm popełniła w przeszłości kardynalne błędy.

- Nie bójcie się pomyłek - poucza nas Daniel. - Wszyscy je popełniają. Sedno w tym, żeby się ich nie wypierać dla ambicji, ale przyznać się do potknięć i je naprawić. Częściowa porażka jest niezbędną składową ostatecznego sukcesu. Venture capital o tym wie. Mają najlepszych analityków i nanoszą każdy wasz ruch na programy w swoich komputerach, które symulują reakcje rynku.

Dziwicie się? Przecież w 1998 roku władowali w takie przedsięwzięcia prawie 15 miliardów dolarów. Pomagają nawet uruchamiać je w krajach Trzeciego Świata. Nie komputerowe, tylko wytwarzające koszyki, piecyki na węgiel drzewny i sandały ze starych opon samochodowych. Zdają sobie sprawę, że jedno czy dwa bankructwa nie powinny zamykać drogi do następnych kredytów. W tym cały wdzięk Doliny.

Ale my będziemy tymi, którym powiedzie się za pierwszym podejściem. To tylko kwestia poprawnie zdefiniowanego produktu i jakości włożonej weń pracy oraz energii, zdeterminowania i wiary w siebie. No to do dzieła!

Talerz zupy na głowę

Gdy w latach osiemdziesiątych pracowałem na uczelni, szeroką falą napływały właśnie na rynek komputery osobiste. Na Uniwersytecie Bostońskim prowadziłem co semestr wstępny wykład z informatyki dla około 300 studentów - to próbka wystarczająco reprezentatywna, żeby można było na jej podstawie uogólniać.

Każdego roku umiejętności pierwszoroczniaków były o parę kresek wyższe. Skutkowały lata obcowania z komputerami w szkole średniej, a potem nawet w podstawowej. U schyłku dekady świeżo przyjęci słuchacze wiedzieli więcej o maszynach cyfrowych niż ja wówczas, gdy kończyłem tę specjalizację na Wydziale Elektroniki Politechniki Warszawskiej.

Jednocześnie malały ich zdolności komunikowania się z otoczeniem. Odzywali się coraz rzadziej, mówili krótkimi zdaniami przypominającymi rozkazy programu. Używali skrótów z oznaczeń plików: na dokument mówili „dok”, na aplikację „ap”.

Jeśli nie otrzymywali odpowiedzi w parę sekund, tracili zainteresowanie rozmówcą, jak przestarzałym, powolnym interfejsem. Nie mieli przyjaciół, dziewczyn, nie chodzili do kina ani na dyskotekę. Podczas wydziałowych przyjęć opychali się marchewką i selerem, pili wodę mineralną i zerkali, jak by się tu wymknąć do komputera, nie obrażając dziekana.

Do swego harmonogramu dodałem zatem niedzielne wizyty w laboratorium. Przyjeżdżałem rano, aby bezceremonialnie wyrzucić półprzytomne cienie, koczujące tam przez weekend. Dzięki poparciu uczelnianej administracji miałem kieszenie pełne biletów na koncerty, wejściówek do teatru, darmowych kart na lekcje tenisa. Kiwali głowami udając zrozumienie, ale gdy po śniadaniu wracałem do laboratorium, znowu w nim byli i musiałem agitować od początku.

Psycholodzy badający to zjawisko nazwali je terminal loneliness. Termin o tyle trafny, że znaczy po angielsku „terminalowa samotność”, ale też „krańcowa samotność”. Surfowanie po Sieci jeszcze bar-

dziej to zjawisko spotęgowało, a Internet Addiction Disorder (uzależnienie internetowe) wpisano w Stanach oficjalnie na listę chorób. Ten stan oderwania od rzeczywistości nie jest mi obcy. Po paru miesiącach intensywnej pracy nad kolejnym komputerem zawsze daję sobie kilka dni na stopniowy powrót do prawdziwego świata. Traktuję ów okres jako swoistą komorę dekompresyjną, przywracającą wzory codziennych zachowań oraz standardy konwersacji, które ulotniły się podczas tygodni spędzonych przy klawiaturze bądź na dmuchanym materacu na podłodze pracowni.
***

Samotność i intensywna praca w Dolinie Krzemowej przygina najbardziej odpornych. Sabbaticals pomagaj ą na krótko. Nie wypada się nawet (bo i komu) skarżyć. Celem jest przetrwanie, na prawdziwe życie zostało jeszcze dość czasu. Masz trzydzieści kilka lat, zarabiasz ponad 100 tysięcy dolarów rocznie, pracujesz w znanej firmie. Musisz być nieprawdopodobnie szczęśliwy.

A co, jeśli nie jesteś? Starasz się być - dobra odpowiedź. Oczywiście, kupiłeś sobie górski rower i deskę do surfowania, które stoją nie używane w garażu. Kiedy ostatnio byłeś w kinie z dziewczyną? Na piątym roku studiów. Tak dawno? O kurczę, to już sześć, siedem lat temu. A przecież przyrzekłeś sobie, że zabawa w high-tech nie potrwa dłużej niż parę lat. Miałeś zarobić pieniądze i spływać.

Więc co cię tu trzyma? Pensja chyba nie, bo koszty utrzymania są tak duże, że praktycznie niewiele oszczędzasz. Te „odlotowe” projekty, w których bierzesz udział? Czy daje ci to poczucie wyjątkowości, górowania nad zwykłymi śmiertelnikami? Satysfakcja kujona poszturchiwanego na lekcjach gimnastyki, który teraz zawładnął całym boiskiem? Przecież już musiałeś się zorientować, że niezależnie od tego, jak będziesz dobry, zawsze znajdzie się ktoś lepszy, kto cię nauczy pokory.

Mama i tata są w Oklahomie, Bombaju albo na Santorini. Rozmawiasz z nimi za pół darmo co weekend, korzystając ze zniżek, które oferują ci konkurujące z sobą kompanie telefoniczne. To nikle wsparcie. Rodzice próbują ci dodać otuchy, choć nie mają pojęcia, co się tutaj wyrabia. Szanują twoją pasję, ale nic z niej nie rozumieją - do używania komputera nikt ich chyba nigdy nie zmusi.

Niechętnie wracasz do domu. Czujesz się obco wśród ludzi, którzy nie potrafią pisać na klawiaturze dziesięcioma palcami. Ale w Dolinie Krzemowej też nie jesteś na luzie. Życie w skomputeryzowanym społeczeństwie stresuje. Koledzy, ci przyszli milionerzy, zachowują się jak zagubione dzieci, które przesadnie identyfikują się ze swoimi zabawkami.

Masz taki sam jak inni cyfrowi mnisi nadmiar energii i pogardę dla konwencjonalnych modeli życia. Preferujesz czysto rozumowe postępowanie, ograniczasz emocje, wykazujesz zerową tolerancję wobec cudzych błędów. A jednak brakuje ci przyjaciół, rodziny, tradycji, religii i tego, co pozwala całkowicie dostosować się do środowiska. Tutaj musisz określić się sam, a jedynymi dostępnymi do naśladowania wzorcami osobowymi są prezes i naczelny inżynier twojej firmy.

Ten naczelny inżynier to właśnie ja. I dlatego mam obowiązek w tym miejscu powiedzieć, że twierdzenie, iż wystarczy tylko pięć minut dziennie na podtrzymywanie międzyludzkich stosunków, jest kompletną bzdurą. Nie należy brać ze mnie przykładu, sam popełniłem dość błędów i nie mam zamiaru ponosić odpowiedzialności za rozczarowania innych.

Każdy ma prawo zrezygnować z własnego życia - jego wybór. Ale nie staraj mu się udowadniać, że technocentryzm jest prekursorem nowego modelu egzystencji. Nie stanie się on, mam nadzieję, kanonem, który zacznie obowiązywać w następnym stuleciu. Ja też kiedyś byłem bystrym, niekonwencjonalnym młokosem z ambicjami i wiem, jak to boli. Weź wolny dzień, połącz go z weekendem i pochodź po górach. Kiedy wrócisz, znowu pogadamy.
***

Do tego, by się wewnętrznie wypalić, w Dolinie Krzemowej wystarcza przeciętnie osiem lat. Ale to dane statystyczne, czasem bywa krócej. „Przepala” ciężko namierzyć; jeszcze mu kompletnie nie odbiło. Tak jak inni, pracuje na najwyższych obrotach, dostarcza (z przyzwyczajenia) treściwe sprawozdania o swoich postępach. Jedynymi oznakami kryzysu są utrata inicjatywy oraz zminimalizowane okienko pasjansa lub Quake’a, które ciągle tkwi w rogu jego ekranu.

Potem niespodziewanie oznajmia, że ma dosyć komputerów i odchodzi na emeryturę w wieku lat 30. Chce założyć farmę owiec w Montanie, wydzierżawić rafę koralową na Karaibach albo zostać przewodnikiem grup turystów nurkujących na żerowisku rekinów koło Tahiti. Życzymy powodzenia, bo i tak mu się upiekło. Ci, którzy byli mniej odporni i nie wytrzymali ciśnienia, nieodwracalnie wykasowali sobie część naturalnego systemu operacyjnego.

George - prosił, żeby tak się do niego zwracać i nawet nie wiem, jak miał naprawdę na imię - przylgnął do mnie, bo w Stanach nie znał nikogo. Ja zaś spędzałem kiedyś wakacje na małej greckiej wyspie, z której pochodził. Fenomenalny programista, pracował niezwykle szybko i wydajnie. Wymyślił najlepszy do tej pory algorytm trójliniowego teksturowania, stosowany w większości popularnych gier.

Pewnego dnia zebraliśmy się na obiad w kafeterii, aby omówić detale kończonego projektu. George nie zabierał głosu, wyglądało, że koncentruje się na przypisanych mu usprawnieniach. Nagle uniósł talerz zupy i wylał ją sobie na głowę.

Odwiedzałem go w szpitalu parokrotnie. Żadnego kontaktu. George siedział na łóżku, obserwując w skupieniu ścianę. Lekarze ciągle obiecują, że się z tego wyliże.


***

Tymczasowość egzystencji w Dolinie Krzemowej może być deprymująca. Przychodzi na myśl hala dworcowa wypełniona ludźmi, dla których nie jest ona początkiem ani końcem drogi. Wszyscy są tu przejazdem. Przybywają naładowani entuzjazmem, dumni z błyskawicznego wspięcia się na szczyt kariery. Kupują sportowy samochód, wynajmują z kolegami dom, w którym prawie nie bywają.

Praca i sen, sen i praca. Po pewnym czasie trudno już nawet te dwie fazy rozdzielić - w snach też się programuje. Dolina Krzemowa przestaje być pojęciem geograficznym, zamienia się w stan umysłu. Nawet jeśli początkowo miało się dystans, to kompetencyjna podkultura sukcesu wsysa każdego wcześniej czy później. Praca zlewa się z życiem osobistym, a potem je całkowicie zastępuje.

Ciśnienie wzrasta. Biegnąc na czele stawki, pilnuje się już tylko, żeby inni nas nie prześcignęli. Trzeba mieć oczy i uszy otwarte na wszelkie nowinki i szalone pomysły. Teraz wszyscy patrzą na nas i oczekują, że poprowadzimy ich we właściwym kierunku. Nie wypada pofolgować sobie i choćby na chwilę skryć się za plecami kolegów, którzy prowadzą peleton.

Fascynacja tworzenia nowych rozwiązań gdzieś się ulatnia, ro „marszu śmierci”, kończącym poprzedni projekt, pojawia się nowy temat i wkrótce zaczyna to przypominać rozładowywanie kolejnej

ciężarówki z węglem, który trzeba taszczyć mozolnie kubełkami do piwnicy.

Na spotkania towarzyskie trzeba się umawiać dwa tygodnie wcześniej, a potem tłuc przez parę godzin w samochodzie. Nikomu się już nie chce podtrzymywać znajomości. Wszyscy są zmęczeni, nikt nie ma czasu. Reklamy klubów samotnych serc zajmują kilka stron w gazecie, ale na ich imprezy uczęszczają tylko najbardziej zdesperowani.

Z równania „życie = praca” wynika często monotonia i samotność. Początkowo można podładować sobie baterie, grając w Role Playing Games. Parę kolejnych obrotów tej samonakręcającej się spirali przetrzymujemy, łykając Prozac. Ale już wtedy zdajemy sobie sprawę, że wkrótce trzeba będzie odejść. Z tym zaś wiąże się dodatkowe rozczarowanie: okazuje się, że nie jesteśmy niezastąpieni - firma błyskawicznie znajduje kogoś na nasze miejsce.


***

Dolinę Krzemową hołubiono od lat jako przykład „kapitalizmu z ludzką twarzą”. Była obiektem adoracji mediów, odwiedzali ją królowa angielska i kolejno urzędujący prezydenci. Kiedy w roku 1960 przyjechał z wizytą do Kalifornii Charles de Gaulle, prosił, aby w programie pobytu uwzględniono dwie dodatkowe pozycje: Disneyland i Stanford Industrial Park, wówczas zalążek Silicon Valley. Wszyscy byliśmy dumni, że przykład Doliny nareszcie udowodnił, iż robienie pieniędzy nie musi kolidować z troską o pracowników, ochroną środowiska, uczciwością w interesach i społeczną przydatnością.

Pojawiły się mniej lub bardziej udane imitacje: Silicon Alley w Nowym Jorku, Krzemowy Korytarz w Malezji zatrudniający 100 tysięcy osób, Krzemowa Pustynia w Utah, szkocki Silicon Glen, Krzemowe Wzgórza w Teksasie, Silicon Highway (autostrada numer 128) wokół Bostonu, Krzemowy Las obok Seattle, nawet jakiś odpowiednik w pobliżu Moskwy.

Zły pieniądz, jak wiadomo, wypiera dobry i na „ludzkiej twarzy” prawdziwej Doliny pojawiają się zmarszczki. Silikonowy bal wciąż trwa, ale jego uczestnicy robią już wrażenie zmęczonych. Tej bezbłędnie skonstruowanej maszynie zaczyna jakby brakować ducha.

Rynek komputerowy powoli się nasyca, ceny sprzętu spadają, Azja pogrążyła się w kryzysie gospodarczym, konkurencja zatem robi się coraz ostrzejsza. Przedsiębiorstwa, dla których dawniej wyrzucenie pracownika stanowiło plamę na honorze, przeprowadzają drastyczne redukcje: Applied Materials zwolniło 2000 osób, SGI 1000, Intel 3000, a Seagate aż 10 000.

Ulubiona metafora, powtarzana w szkołach biznesu, porównuje rozwój korporacji do cyklu życia człowieka. Firmy rodzą się jako nieporadne przedsięwzięcia w prywatnych mieszkaniach i garażach (tyle że ich śmiertelność jest dużo wyższa niż w przypadku niemowląt). Potem następuje młodzieńczy okres gwałtownego wzrostu i ambitnych planów. Wiek dojrzały przynosi korporacjom stabilizację i kontrolę rynku. Na starość przychodzą skostnienie administracyjne, zanik dynamizmu, niedomagania funkcjonalne. Kończy się to zejściem ze sceny.

Ustabilizowane przedsiębiorstwa z Silicon Valley wyraźnie wkraczają w tę trzecią fazę egzystencji. Świadczą o tym nerwowe procesy o prawa autorskie, sprawy sądowe wytaczane przez zawiedzionych akcjonariuszy, rozpaczliwe próby budowania wpływowego lobby w Waszyngtonie (tworzą je ci sami ludzie, którzy niegdyś deklarowali wstręt do wielkiej polityki).

W początkach rozwoju Doliny Krzemowej odmienność była powodem do dumy; teraz różnic jest coraz mniej. Analogia do człowieka i tu się sprawdza. Nastolatek, odnosząc się z pogardą do poprzedniego pokolenia, nie bierze pod uwagę przesunięcia w czasie, bo nie miał szansy znać ojca i matki, gdy chodzili oni do szkoły. Dopiero później, kiedy osiąga wiek rodziców, okazuje się, jak bardzo jest do nich podobny.

Czy zatem pragmatyka życia zepchnie oświecone korporacje z Doliny Krzemowej w koleiny wyżłobione przez zapatrzonych w demona zysku poprzedników? Na szczęście, podobnie jak w naturze, w Silicon Valley powstają ciągle nowe, pełne szlachetnych ideałów firmy z obliczem niewiniątek.
***

Zaraz, zaraz, czyżby istotnie Silicon Graphics redukowała personel? Co się stało? Dzwonię do znajomych, ale są tak przygnębieni, że nie chcą rozmawiać. „Przeczytaj sobie ostatni »Business Week«; miałeś nosa, zostawiając firmę. Skąd wiedziałeś, na co się zanosi.

Nic nie wiedziałem. Ostatnio miałem w rękach „Business Week w 1994 roku, gdy poświęcił nam artykuł wstępny. Na okładce umieszczono silikonowe animacje i zdjęcie prezesa. Syn farmera ze

Środkowego Zachodu, nieco sztywny inżynier elektryk Ed McCracken, przepracował 16 lat w firmie Hewlett-Packard, zanim w 1984 roku objął stanowisko Chief Executive Officer w SGI. Będąc ostatnio przewodniczącym National Information Infrastructure Advisory Council, doradzał rządowi, jak rozwijać narodową sieć informatyczną i skąd czerpać na to fundusze. Teraz kieruje najatrakcyjniejszym przedsiębiorstwem komputerowym w Silicon Valley, znanym z fascynujących efektów wizualnych. £”..._} SGI przekształca trójwymiarowe obrazy w czysty zysk. Tworzy tak realistyczne dinozaury, że publiczność przywiera do foteli. Powoduje, iż prezydent John F. Kennedy i John Lennon ożywają i spotykają aktora Toma Hanksa w filmie „Forrest Gump”. Ich komputery projektowały JumboJety i kształt lodów minimalizujący ich rozpuszczanie się w kalifornijskim słońcu.

W bieżącym numerze też jest wstępniak, ale zatytułowany: „Smutna saga Silicon Graphics”. Wewnątrz drobiazgowa analiza produktów, stylu zarządzania, polityki finansowej. Rzeczywiście smutne. Sprzedaż w ostatnim roku wzrosła tylko o 3 miliony dolarów - do 786 milionów, ale, ze względu na koszty, oznacza to 37 milionów dolarów strat.

W opinii pisma firma stała się arogancka i poszła zbyt szerokim frontem. Superkomputery, serwery, stacje graficzne, Internet, interakcyjna telewizja, gry komputerowe - tego nikt jednocześnie nie pociągnie. Co więcej, duża część rynku została przejęta przez tanie maszyny tandemu Intel-Microsoft.

SGI inwestowała ponoć nierozsądnie - władowała ogromne sumy w ultranowoczesny kampus. Żartowałem kiedyś na ten temat z kolegami: jest taki przesąd w Dolinie, że każdy, kto podejmuje budowę własnej siedziby, wkrótce zbankrutuje. „Ha, ha, na szczęście nas to nie dotyczy. Wycięliśmy całą konkurencję i jesteśmy silni jak nigdy dotąd”.

„Business Week” to niby poważne pismo, a walczy o czytelników w stylu szmatławej popołudniówki. Ed McCracken przestał śledzić pitkę, gdy w 1994 roku zaczai antyszambrować w Waszyngtonie. Następnie, po jedenastu latach małżeństwa, nawiązał romans z młodą osobą zatrudnioną w SGI. Publicznie okazywane sobie przez tę parę dowody uczuć szokowały niektórych pracowników. Mówi jeden z nich: „Gdy ludzie biegali zatroskani, a Ed chodził rozpromieniony, reakcja była oczywista - co tu się, do cholery, dzieje?”.


***

Na prywatny adres poczty elektronicznej dostaję następującą wiadomość: DATA: 29 października 1997 roku; DO: Obecni i niedawni pracownicy; OD: Ed McCracken.

Silicon Graphics zawsze koncentrowała się na przyszłości. W tym jest nasza tożsamość i nasza silą. Wlaśnie z myślą o przyszłości zarząd i ja podjęliśmy trudne decyzje o charakterze perspektywicznym, konieczne dla utrzymania firmy na pozycji lidera technologii i biznesu. £...] Omówię to szerzej na najbliższym zebraniu załogi i mam nadzieję, że wszyscy weźmiecie w nim udział.

Uczestniczę w tym zebraniu nie dlatego, że ciągle posiadam mało już warte akcje SGI. Chcę pożegnać Eda. Mówi to samo co napisał w liście, tylko bardziej prywatnie; stara się przekazać nam swoje prawdziwe uczucia. Potem uśmiecha się przepraszająco: „No cóż, koledzy, do widzenia”. Cała sala wstaje i bije mu brawo.


***

- Czemu jesteś taki smutny - pyta mnie Chris po powrocie. – Ja też byłem przedtem w firmie, która wykorkowała. To normalne. Nie wpadaj w sentymentalizm, życie płynie dalej. My działamy i mamy więcej pomysłów niż pieniędzy i czasu na ich realizację. „Usza do góra” -jak mawiała moja mama.

- Wcale się nie podłamuję, Chris. Ale myślę, co stanie się z Doliną, gdy komputery utracą swoją rangę? Te wszystkie biurowce, kolonie domków opustoszeją. Teren naszej pracy, ambicji i aspiracji pokryją chwasty i zdziczałe drzewka pomarańczowe.

- Komputery będą trwać wiecznie - mówi Chris. - Po nas przyjdzie nowe pokolenie hakerów, które będzie je dalej cyzelować. Kiedy się buduje linię kolejową, nowe szyny są dostarczane po dotychczas zbudowanych torach. Posuwając się do przodu, dojdziemy w końcu do czegoś, co będzie mieć własną inteligencję. „Każda dostatecznie zaawansowana technologia jest magią”, powiedział Arthur C. Clarke, autor 2001: Odysei kosmicznej. A o Dolinę się nie martw, ona nie opiera się jedynie na komputerach. Jest tu przemysł kosmiczny, mikrofalowy, biogenetyka, farmakologia. Pamiętaj, ze rolnictwo w Silicon Valley wciąż plasuje się w pierwszej eksportowej dwudziestce.

- Sorry, Chris. Już się na taki idealizm nie nabiorę. Napisałem kiedyś w Polsce książkę o sztucznej inteligencji i wiem, jakie to trudne. Odwzorowanie naszych procesów myślowych w maszynie jeszcze długo, długo będzie nierealne. Z zapaleńców, którzy tego próbowali, prawie nikt nie został na boisku, wszyscy musieli przyznać się do porażki.

- No i co z tego - oponuje Chris. - Jedne rzeczy się udają, inne nie. Ale należy mieć wizję, która wyrasta ponad banalne troski o własny byt. Trzeba do czegoś dążyć, a jeśli nic nie ma pod ręką, to musimy sami sobie wymyślić cel. To materialistyczne postpurytańskie społeczeństwo, w którym przyszło nam działać, łudzi się bezpodstawnie, że dotrze do Boga i fortuny za jednym zamachem. Nie mając nadrzędnej idei, stworzylibyśmy jedno z wielu nieciekawych przedsięwzięć tylko po to, by nabić sobie kabzę. Fabrykowalibyśmy tanio guziki, maszynki do mięsa lub popularne urządzenia do wyświetlania obrazków. A łudzę się, szefie, że tacy nie jesteśmy. Mam rację?

Śniadanie w Cafe Nerona

Pracujemy nad nowym Talismanem od roku i, o dziwo, precyzyjnie trzymamy się harmonogramu. Inwestorzy nie kryją zadowolenia. Jeszcze parę miesięcy i będziemy mieli gotowy prototyp. „No, a co z dalszymi planami? Jak ustalicie przyszłą strategię firmy?”

W zasadzie są dwa scenariusze. Pierwszy zakłada znalezienie przedsiębiorstwa zainteresowanego wykupieniem naszego start-upu. Sprzedajemy wówczas prototyp wraz z pełną dokumentacją, przelewamy pieniądze na własne konta bankowe, inwestorzy zgarniają swój zysk i na tym sprawa się kończy. Nabywcy pociągną to dalej.

Alternatywą jest druga runda finansowania, czyli kolejne przejście przez wyżymaczkę na Sand Hill Road. Tym razem startowalibyśmy z uprzywilejowanej pozycji, jak twierdzi Daniel. Mamy w ręku przyszłościowy produkt i zabiegamy tylko o kapitał, żeby go samodzielnie wprowadzić na rynek.

A jeśli nie damy rady? Musimy przecież stracić co najmniej rok na wdrożenie Talismana do realizacji przemysłowej. Trzeba będzie przygotować taśmę produkcyjną, zbudować sieć marketingu i sprzedaży. A jeśli w tym czasie pojawi się coś lepszego albo rynek przeorientuje swoje preferencje?

- Cóż, chłopaki, to wasz wybór. Moim obowiązkiem jest uzmysłowienie wam możliwości. Decyzja, oczywiście, należy do was. Układ jest klasyczny. Zerowe ryzyko, średnie pieniądze. Umiarkowane ryzyko, duża kasa. Zrobicie, co wam rozum dyktuje.

Do ryzyka jesteśmy przyzwyczajeni, bo to rzecz naturalna w Dolinie. Wpisali je w system poszukiwacze złota i ich następcy. Tu nic nie jest stabilne, nawet pałace w Woodside, które się posypią po następnym trzęsieniu ziemi na San Andreas Fault. Trzeba działać i się nie przejmować, a jak się coś rozleci - zaczynać od nowa.

Zostawmy to na razie. Poczekamy, zobaczymy. Trzeba się skupić na uruchomieniu prototypu. Najpierw zróbmy coś w metalu, potem będziemy kombinować. Niedźwiedzia jeszcze nie widać i dzielenie na nim skóry jest zdecydowanie przedwczesne.

Na wszelki wypadek rozpoczynam jednak serię rozmów z Bobem Millerem, który prezesuje naszym gospodarzom w Netpower. Ma duże doświadczenie w tych sprawach. Stanowi archetyp przedsiębiorcy z Silicon Valley - pisała o nim co druga gazeta w Stanach. Założył MIPS-a, doprowadził do wykupienia go przez Silicon Graphics i zanim wystartował z Netpower, był wiceprezesem SGI.

- Jaki jest wasz ostateczny cel, jeśli zdecydujecie się ciągnąć to dalej? Załóżmy, że wam się uda - spekuluje Bob. - Dostajecie kapitał, uruchamiacie linię produkcyjną i Talisman sprzedaje się w tysiącach egzemplarzy. Czy chcecie dojść aż do IPO?

IPO znaczy Initial Public Offering - oferta firmy wchodzącej na giełdę w celu pozyskania kapitału prywatnych inwestorów. To niedoścignione marzenie wszystkich początkujących przedsiębiorców. Firma przestaje być prywatna - goes public - anonsuje, że jest gotowa przyjąć finansowanie z zewnątrz. Wypuszcza zatem akcje, ustalając ich cenę zgodnie z szacunkową wartością firmy podzieloną przez liczbę akcji. Przysłowiowe 10 dolarów za sztukę. Zdarza się, że po pierwszym dniu stawiający na zyski z high-tech na giełdzie nakręcą cenę do poziomu 25-30 dolarów. Po jakimś czasie (od razu nie wolno) sprzedajemy swoje udziały. I sprawa załatwiona - takich pieniędzy nie da się wygrać nawet na loterii.

„San Jose Mercury News” publikuje listy firm, które zdecydowały się na IPO. W tym tygodniu na giełdę weszły trzy przedsiębiorstwa komputerowe, dwa telekomunikacyjne, jedno stosujące metody inżynierii genetycznej w farmacji i inne, oferujące nowy typ szkieł kontaktowych. Jeżdżąc po Dolinie widzi się, kto dostąpił tego zaszczytu - wkrótce po IPO toyoty na parkingach są zastępowane porsche’ami.

- Niech ci się nie wydaje, że to takie proste - przestrzega Bob. - Żeby się ubiegać o IPO, musicie przeprowadzić firmę przez trzy kwartały solidnego wzrostu. Konieczna jest akceptacja różnych branżowych i federalnych komisji. W okresie przed IPO obowiązuje zakaz reklamy. MIPS-a o mały włos nie odrzucono, gdy ktoś udzielił wywiadu do prasy. Materiał przeleżał się w redakcji pół roku i wszyscyśmy o nim zapomnieli, a ukazał się dopiero w zabronionym okresie - była straszna afera. Moja rada: lepiej uniknąć tej szarpaniny i dać się wykupić na etapie prototypu.

Bob chyba nie jest obiektywny, bo Netpower cienko przędzie Związek Radziecki się rozpadł, więc ich główny klient - amerykańskie siły zbrojne w Europie - zamawiają coraz mniej. Montowanie aliansów strategicznych z IBM i Mitsubishi idzie opornie, kończy się kredyt w banku. Po paru tygodniach bomba wreszcie wybucha - z racji sąsiedztwa też jesteśmy zaproszeni na ich pożegnalne zebranie.

Przemawia Bob. „Ostatni kwartał był tragiczny; sprzedaż spadła do 7 milionów dolarów. Finansiści, którzy mieli nam pomóc, przestraszyli się i pozostawili nas na lodzie. Przepuściliśmy 60 milionów venture capitol i mamy 25 milionów dolarów długu. Niespełnione oczekiwania to rzecz częsta w naszym zawodzie. Każdy, kto zakłada firmę, ma jednak nadzieję, że jemu coś takiego nigdy się nie zdarzy. Przykro mi, ale to koniec”.

Słuchacze nadrabiają minami, próbują nawet dowcipkować. Atmosfera jest jednak ciężka. Założyciele muszą się pożegnać ze snami o fortunie. Dla wietnamskiej brygady ładującej komputery na ciężarówki oznacza to osobistą katastrofę. Mieli nadzieję, że gromadzone przez trzy lata stock options wystarczą na łapówki konieczne, by sprowadzić do Ameryki rodziny.

- Daję wam wolne na resztę dnia. Idźcie do domu i się zrelaksujcie - radzi po ojcowsku Bob. To nie sugestia, to polecenie. Kierownicy pilnują, żeby wszyscy natychmiast się wynieśli. Sieć komputerowa jest wyłączona, telefony też. Czemu tak brutalnie?

- Nie można wykluczyć aktów zemsty ze strony rozgoryczonych ludzi - tłumaczy się Bob. - I tak postępujemy w cywilizowany sposób. Wiesz, co mi się zdarzyło dawno, dawno temu? Firma, w której pracowałem, ogłosiła, że urządza Halloween Party. I tak 31 października nie da się nikogo powstrzymać od przebieranek. Sam rozumiesz.

No pewnie. Pamiętam miny japońskiej delegacji, gdy na zebranie w SGI wparował menedżer przebrany za goryla. Moich znajomych pochodzących z krajów katolickich drażni pajacowanie w przeddzień Święta Zmarłych. A niech im będzie, skoro komuś pomaga to zagłuszyć lęk przed śmiercią. A jest się czego bać w społeczeństwie nastawionym na bezustanne powiększanie kont bankowych, z których po śmierci trudno korzystać.

- Urządzono dla nas przyjęcie w sąsiednim parku - mówi dalej Bob. - Wszystko było za darmo: hot dogi, coca-cola, piwo. Każdy się ucharakteryzował, ja miałem kostium wampira. Po zabawie wracamy do biura, a przed wejściem stoi dwóch facetów w mundurach policyjnych. Świetny numer; zdobyli nawet mosiężne identyfikatory, całkiem jak prawdziwe. Droczymy się z nimi, ale oni nas uparcie nie wpuszczają. I nagle zdajemy sobie sprawę, że to są prawdziwi policjanci. Możemy wchodzić tylko pojedynczo i pod eskortą strażnika zabrać z biurek osobiste przedmioty. Nasza ukochana firma była uprzejma splajtować.

1   ...   9   10   11   12   13   14   15   16   17


The database is protected by copyright ©essaydocs.org 2016
send message

    Main page