Marek hołYŃski



Download 0.95 Mb.
Page15/17
Date conversion29.04.2016
Size0.95 Mb.
1   ...   9   10   11   12   13   14   15   16   17

***

Firma Xerox zrobiła nieprawdopodobne pieniądze na kserokopiarkach (najlepszy dowód - nazwa firmy stała się potoczną nazwą produktu, jak traktor lub elektroluks) i postanowiła odwdzięczyć się ludzkości przez ufundowanie ośrodka badawczego. Zaproszono najlepszych naukowców, w tym grupę Engelbarta z sąsiedniego Stanford Research Institute, dano im pieniądze i pozwolono robić, co chcą.

Znam te dokonania. Prezentowałem je doktorantom w MIT Pało Alto Research Center - Xerox PARC! Wszystko, co stamtąd przychodziło, trafiało w dziesiątkę. Na seminarium „Graficzny interfejs użytkownika” PARC-owska metafora biurka z lat siedemdziesiątych uzyskała wśród moich studentów najwyższe notowania. Nic dziwnego, że przechwyciła ją Apple, a później w milionach egzemplarzy zreprodukował Microsoft.

Jedno seminarium z cyklu „Graficzne urządzenia wejścia/wyjścia” poświęciłem na omówienie innej innowacji PARC-u - kawałka drewna, a potem plastyku, który pozwalał na przesuwanie kursora na ekranie ruchami ręki. „Znakomite odwrócenie koncepcji track-ball- tłumaczyłem studentom. - Kulka reagująca na zmiany położenia znajduje się pod spodem przesuwalnego modułu, który pasuje do kształtu dłoni. Nazywa się to »indykator pozycji x-y dla systemów wyświetlających«, ale znany jest również jako »myszka«, ze względu na ogoniasty kabel łączący ją z komputerem”.

Doktorantów ujęła prostota nowego urządzenia. A po kilku latach myszką zaczęły posługiwać się nawet dzieci w szkołach podstawowych. Ale Xerox PARC nie był firmą nastawioną na zyski; z założenia miał stanowić doświadczalny poligon rozwoju informatycznej cywilizacji. Odległa o szerokość kontynentu, zbierająca się co pewien czas na Wschodnim Wybrzeżu rada nadzorcza Xeroxa nie potrafiła w pełni docenić użyteczności dokonywanych tutaj rozwiązań.

Zaprojektowany w 1980 roku komputer Alto - wyposażony w mysz, interfejs graficzny i stację dysków - był podłączony do sieci. Pracownicy zrobili go na własny użytek i nawet nie starali się sprzedawać. Gdyby Doug Engelbart i jego podwładni zdołali przewidzieć, jak ważne staną się ich eksperymenty, nie rozdawaliby wyników swej pracy na prawo i lewo. Korporacja PARC byłaby dziś wielokrotnie silniejsza od Microsoftu.

Na szczęście naukowcy z tej grupy potrafili w porę odejść i stanąć na własnych nogach. Tak, jak postąpili w 1982 roku założyciele Adobe Systems. Mieli w kieszeni oprogramowanie, za pomocą którego można było bez trudu drukować na papierze najbardziej skomplikowane strony z ekranu. PostScript stał się powszechnym standardem, a późniejszy przebój, PhotoShop, zapewnił firmie dostatnią egzystencję.

Engelbart nie został milionerem jak wielu z tych, którzy przez ostatnie trzydzieści lat realizowali jego koncepcje. On pierwszy widział w komputerach narzędzie komunikacji, a nie tylko gigantyczny kalkulator. Zaproponował telekonferencje i hipertekst. W każdych czasach wśród zabieganych tłumów trafiają się prorocy zapatrzeni w dalekie horyzonty.

Engelbart pracuje obecnie dla Logitechu we Fremont, w pokoju z mało inspirującym widokiem na sektory zatoki osuszane w celu pozyskania soli. Nie jest wcale rozgoryczony. Ponadto prowadzi swój Bootstrap Institute. Zatrudnione są tam cztery osoby, a dwie z nich - on sam i jego córka Christina - nie pobierają pensji. Gdyby Engelbart zastrzegł sobie prawa autorskie i brał po cencie od każdej sprzedanej myszki, byłby już miliarderem.

No cóż, i tak bywa. Kuzyn Aleksander w swoich reportażach użalał się nad odkrywcami żył złota, którzy nie potrafili lub nie chcieli przetworzyć swoich dokonań w konta bankowe z wieloma zerami oprócz niezerowej pierwszej cyfry. Nie byli nawet rozczarowani faktem, że główną nagrodę zgarniali podążający ich śladem cwaniacy.


***

Dopóki inwestorzy nie podejmą decyzji, nie mamy nic do roboty. Jest czas na refleksje. Spędziłem w Silicon Graphics osiem lat. Gdy zaczynałem, znałem wszystkie twarze i pamiętałem większość imion. Ostatnio, kiedy chodziłem po kampusie SGI, zdarzało mi się nie spotkać nikogo ze znajomych. Teraz to potężna firma - 11 tysięcy pracowników.

Co gorsza, w tłumie krzątającym się między budynkami byłem najstarszy nie tylko stażem, ale także wiekiem. Mają słuszność ci, którym taki stan rzeczy kojarzy się ze średniowieczem, kiedy ludzi powyżej czterdziestki po prostu nie było. Doznałem podobnego wrażenia, gdy w czasie wiosennej przerwy moi studenci z Uniwersytetu Bostońskiego zabrali mnie na Florydę. Kilometry plaży w Daytona Beach i nikogo powyżej 23 lat. Wszyscy przyglądali mi się z ciekawością: co ten wapniak tu robi?

A przecież było to piętnaście lat temu. I wtedy mogłem natychmiast poprawić sobie humor. Na niedalekiej plaży w Miami - wśród samych emerytów - byłem zdecydowanie najmłodszy. W Dolinie nie ma takiej opcji; starszeństwo nie nobilituje, znaczy jedynie, że ci się nie powiodło. Nasza polityka zatrudniania młodzieży po studiach daje wyraźne efekty. A te pistolety nie mają szacunku dla autorytetów i historycznego dorobku.

Podobnie jak wielu moich rówieśników, występuję w klasycznej roli Clinta Eastwooda, rewolwerowca zmęczonego potyczkami, któremu nie dają spokojnie wysączyć drinka przy barze. Żółtodzioby wciąż prowokują do walki, wyzywają nas na pojedynek na każdym zebraniu, starając się forsować swoje koncepcje. Chcą za wszelką cenę wykazać, że wiedzą lepiej i myślą szybciej.

Doświadczenie wyniesione z poprzednich projektów pomaga mi wychodzić z tych zmagań zwycięsko. Jak długo jednak można stać na palcach? Pora przejść na pozycje bardziej odpowiadające mojemu wiekowi. Lata na uczelni i w wychodzącym dopiero z powijaków przemyśle spowodowały, że nie zauważyłem upływu czasu. Robiłem to samo, zachowywałem się i ubierałem tak samo jak wszyscy wokół mnie. A oni byli ciągle w tym samym przedziale wiekowym. Starszych zastępowały niepostrzeżenie młodsze generacje.

Dosyć podszywania się pod Doriana Graya, pora zerknąć do lustra. A w nim WYSIWYG (what you see is what you get - „otrzymujesz to, co widzisz” - w slangu informatycznym oznacza identyczny obraz na monitorze i drukarce). Bez wątpienia próba założenia własnej firmy jest właściwym posunięciem na obecnym etapie.

W tym trudnym okresie wahań i namysłów miałem kilka telefonów od Susan z prośbą o radę. Była niemal zdecydowana wracać do Hamtramck. „Walter całkiem się wyłączył. Po prostu nie jestem mu potrzebna. A ja go potrzebuję, żeby żyć”. Oto jedna z małych tragedii naszej przepracowanej doliny.


***

Daniel zwołuje zebranie. Jest wyraźnie podekscytowany. Mamy dwie oferty, obie znakomite. Inwestorzy gotowi są wyłożyć pieniądze wystarczające na doprowadzenie projektu do stadium prototypu. Trzeba z nimi pogadać i zdecydować, kogo preferujemy.

Spotkania odbywamy w II Fornaio. Ta włoska restauracja w Pało Alto słynie z najlepszego prosciutto i jest ulubioną meliną inwestorów. Szkło i marmury nastrajają poważnie, ale pozostawiają dość luzu, żeby swobodnie porozmawiać. Obie grupy kapitałowe proponują podobne warunki płatnicze i prawne, wyglądają równie solidnie. Trudny wybór.

Zdają sobie sprawę z naszego wahania i sięgają po argumenty pozamerytoryczne. Zapraszają nas do siebie na weekendy, „żeby się lepiej poznać”. Bankowcy venture capital nie pożyczają pieniędzy na procent, tylko w zamian za udziały w finansowanych przedsięwzięciach. Założyciele i pierwsi pracownicy przedsiębiorstwa mają możność kupować akcje po, na przykład, 10 centów za sztukę (pakiety opcji prezesa i recepcjonistki różnią się oczywiście o parę rzędów wielkości, ale w sprzyjających układach i ona może dołączyć do klubu milionerów). Venture capital dostaje akcje już za dolara i też nie narzeka. Fenture znaczy „ryzyko”, „los szczęścia”, blisko do adventure („przygoda”) - wszystko w dawnym duchu kopaczy opisywanych przez kuzyna Aleksandra.

Jeśli firmie dopisze szczęście, wejdzie ona na giełdę z ceną mniej więcej 10 dolarów za akcję. I może być różnie - w 70 procentach przypadków ta wartość pierwszego dnia spada, choć prawie nigdy do poziomu owego zainwestowanego dolara. Nie ma się czym martwić, skoro z 5 milionów dla Netscape w krótkim czasie zrobiło się 765 milionów, siedemdziesiąt trzy razy pomnożony został kapitał włożony w Excite, a fundusze, którymi wspomogliśmy amazon.com, przyniosły czterdziestoczterokrotny zysk. W 1995 roku finansiści z Sequoia Capital za milion dolarów wykupili 25 procent niepozornego przedsięwzięcia założonego przez dwóch studentów z Uniwersytetu Stanforda. Na początku 1999 roku Yahoo była znaną firmą i ta jedna czwarta osiągnęła na rynku wartość 8 miliardów.

W tej subtelnej sytuacji obustronne zaufanie jest absolutnie niezbędne, musimy zatem przejść przez serię standardowych przyjęć. Odwiedzamy ostentacyjne pseudo śródziemnomorskie rezydencje w Los Altos Hills - w każdej porsche na podjeździe i taras z panoramą Doliny. Panie czyniące honory z wdziękiem nabytym w Hollywood, gdzie startowały jako kandydatki na gwiazdy, serwują łososia i stek z grilla. Wszystko kupowane w Draeger’s, najwytworniejszym supermarkecie Los Altos, który oferuje wspaniały wybór pasztetów, tortów, cygar, win i koniaków (niektóre butelki w zamykanej na klucz szafce przy kasie kosztują po kilka tysięcy dolarów).

Północ i południe Kalifornii to dwa odmienne światy. Dla przypomnienia: Kalifornia jest o jedną trzecią większa od Polski, a przy tym wąska; pokrywa niezły kawałek globusa. Na południowcach z Los Angeles nie robią wrażenia rzesze filmowych gwiazd ani częste wycie syren radiowozów policyjnych pędzących na miejsce przestępstwa. Statystycznie 40 procent Kalifornijczyków ma broń, ale w okolicy Mountain View nie trzeba zamykać samochodu ani domu. Różnice między hollywoodzkimi ludźmi show-biznesu a mózgowcami znad Zatoki San Francisco są większe niż odrębności w zespole programistów pochodzących z rozmaitych kontynentów.

Moi obecni partnerzy są zagubieni. To nie jest środowisko, do którego przywykli w prowincjonalnym, deszczowym Seattle. Microsoftowcy krążą wokół basenu, obserwując robota czyszczącego dno. To przemyślne urządzenie zyskało nieprawdopodobną popularność - bez niego basen nie jest basenem. Odkurzacz na trzech kółkach wspina się po ścianach, wywija przy powierzchni fikołka i znów ląduje na dnie. Mimo że te ruchy wydają się przypadkowe, po półgodzinie basen jest idealnie czysty.

Podejmowane w pośpiechu decyzje mogą okazać się katastrofalne, ale ich odwlekanie przez zbytnią ostrożność też nie jest dobre. Ponieważ wciąż trudno nam się zdecydować, microsoftowcy proponują rozwiązanie: na kolejnym bankiecie będziemy, jak zwykle, obserwować robota. Jeśli w ciągu dziesięciu minut zrobi nieparzystą liczbę fikołków, wybieramy Seagate Investment Trust. Jeśli parzystą, to bierzemy forsę od Capital, Inc.

Propozycja w stylu SGI. Ci pedantyczni hakerzy z Redmond nieźle do nas pasują. Czują sprawę. Wiedzą, że komputer nie tylko porządkuje rzeczywistość standardowymi algorytmami. Jest też najdoskonalszym na świecie sprawcą bałaganu.

To trudniejsze niż zaprowadzenie porządku. Jeśli ktoś ci każe doprowadzić pokój do lądu, wiadomo, że masz pozamiatać, odkurzyć książki, ustawić krzesła wokół stołu itp. Ale jeśli polecenie brzmi: wprowadź nieporządek, to nie bardzo wiadomo, od czego zacząć. Czy wystarczy zrzucić kartkę papieru na podłogę, czy też należy porąbać meble na kawałki?

Każdy z nas dokonał podobnego eksperymentu na studiach. Wypisujesz sto cyfr przychodzących ci ad hoc do głowy. Potem sprawdzasz zapis. Okazuje się, że pewne cyfry lub ich kombinacje powtarzają się częściej niż inne. Lubisz siódemkę i trójkę bardziej niż piątkę i dziewiątkę. Zdumiewające.

Generator liczb losowych komputera tłucze natomiast kompletnie przypadkowe ciągi cyfr o dowolnej długości. Dzięki nim można na przykład wyselekcjonować reprezentatywną próbkę do statystycznych badań opinii publicznej. Nie musimy jednak odwoływać się do komputera, skoro mamy pod ręką życzliwego robota. Zdajemy się na przypadek.
***

Mamy zatem pieniądze. Kołujemy na pasie startowym ze zbiornikami po brzegi wypełnionymi paliwem. Wiemy również, dokąd chcemy lecieć. Ale czy ktoś z nas ma doświadczenie w pilotażu? Jeśli nie, to podzielmy się rolami i każdy szybko nauczy się swojej pokładowej funkcji.

Wiadomo, że prezes musi wyglądać nobliwie, więc nasza szóstka staje przed lustrem i robimy poważne miny, a potem tajne głosowanie. Chief Executive Officer zostaje wybrany przez aklamację. Potrzebujemy szefa od finansów - kto z was przeszedł kursy rachunkowości na studiach? Zgłasza się dwóch: jeden nasz, drugi microsoftowiec. Chłopaki, siądźcie sobie w kącie i ustalcie, który wie więcej; ten będzie naszym Chief Financial Officer.

Ambicje i tytuły są w tym momencie kwestią drugorzędną, nie chodzi o przydzielanie synekur. Każdy musi robić to, na czym zna się najlepiej. Fachowy nawigator powinien zostać nawigatorem, a nie mechanikiem pokładowym. Inaczej nasz sześcioosobowy samolocik daleko nie pofrunie.

Ja dostaję nominację na Principal Engineer - głównego inżyniera, moim obowiązkiem będzie nadzorowanie całości od strony technicznej. Muszę również dobrać zespół, który zrealizuje prototyp. Z tym nie powinno być trudności - po tylu latach w zawodzie wszyscy mamy pokaźną bazę danych z nazwiskami kolegów. Wiemy, kto jest dobry i kwalifikuje się do naszej grupy, a każdy z nich chętnie przyłączy się do obiecującego przedsięwzięcia. Oni też wyczuwają społeczną Hierarchię Ameryki. Zdają sobie sprawę, że przemysł jest prawdziwym sprawdzianem talentu, energii, dynamiki i pracowitości.

- Tylko nie zatrudniaj zbyt wielu geniuszy - przestrzega Daniel. - Wy macie tendencję do zaburzania proporcji, uważacie, że natchnieni wariaci nakręcają biznes. Ale to nieprawda. Zespół musi być zrównoważony i stabilny. Góra jeden świr na czterech normalnych. Możesz im płacić wedle kwalifikacji, ale powiedz, że nie mają prawa zdradzać swoich zarobków i wysokości pakietu stock options. Tego typu przecieki psują krew. Wszystkim musi się wydawać, że wygrali los na loterii.

Codziennie przeprowadzam kilkanaście rozmów z kandydatami; przydaje się tu doświadczenie nabyte ongiś w MIT. Załoga zostaje skompletowana: nasza inicjatywna szóstka plus siedmiu programistów, pięciu inżynierów od hardware’u, administrator sieci komputerowej, księgowy, personalna, kucharz i sekretarka. W sumie 23 osoby, z których tylko dwie to rodowici Amerykanie. Startujemy.
***

Teraz trzeba znaleźć lokal, co nie jest łatwe - w Dolinie ciągle brakuje powierzchni biurowej. Na wynajęcie osobnego budynku nas nie stać, więc kontaktujemy się ze znajomymi w przedsiębiorstwach, które mają dość wolnego miejsca, by nas przygarnąć. W tej właśnie sprawie pojechałem do Pało Alto, aby rozpoznać sytuację w firmie 3DO.

Recepcjonista oderwał oczy od ekranu i popatrzył na mnie półprzytomnie:

- Morris? Już tu nie pracuje.

Jak to? Rozmawiałem z nim parę dni temu... Jim Morris, dyrektor działu oprogramowania.

- A, ten. Tak, oczywiście... Momencik... - obrócił się do komputera, zaczął nerwowo poruszać myszką, gdyż potwory w czarnych pelerynach rozpoczęły natarcie z lewej. Odparł je z niewielkimi stratami i zadzwonił do sekretarki.

- Dyrektor zaraz po pana wyjdzie - powiedział i przestał się mną interesować. Sytuacja na monitorze zrobiła się bowiem krytyczna. Peleryniarze przypuścili silne uderzenie z prawej, wsparte z powietrza nalotami nietoperzy.

Walka była ciężka, ale pozycje udało się utrzymać do nadejścia Morrisa, który błysnął swoim menedżerskim talentem:

- Przerzuć parę aniołów na wyspę i żądaj posiłków od admirała stacji orbitalnej. Ilu zabiłeś do tej pory?

- Ponad siedemnaście tysięcy - pochwalił się recepcjonista.

- Fachowa siła - powiedziałem już w gabinecie do Morrisa.

- Tak, to zdolny facet. Muszę ci się przyznać - zwierzył się Morris, najwyraźniej nie wyczuwając ironii - że mnie nigdy me udało się natłuc więcej niż piętnaście tysięcy. Gdyby miał studia, mianowałbym go kierownikiem działu. Ale i tak czeka go u nas kariera.

Wszędzie indziej chłopak wyleciałby na bruk, ale tu ma istotnie przyszłość, bo firma 3DO zajmuje się właśnie projektowaniem gier wideo. Znam Jima Morrisa z czasów, gdy Silicon Graphics podjęła się opracowania 64-bitowego procesora dla Nintendo. Walka o rynek gier jest zażarta - tegoroczna stawka szacowana jest na mniej więcej 10 miliardów dolarów ze sprzedaży i wypożyczania gier wideo. Ważne, aby zdążyć z towarem przed Bożym Narodzeniem, kiedy większość gier kupuje się jako prezent świąteczny. Dlatego muszą szybko zatrudnić nowych ludzi i, niestety, nie znajdą dla nas miejsca.
***

W II Fornaio natknąłem się na byłego silikonowca, który jakiś czas temu zniknął z horyzontu.

- Cześć, co u ciebie?

- Półtora roku temu założyłem start-up z paroma chłopakami z grupy serwerowej. Próbujemy wypuścić własną maszynę. Firma nazywa się Netpower. Masz tu wizytówkę, jestem wiceprezesem; przekręć przy okazji.

Dzwonię, żeby zapoznać się z jego doświadczeniami przy zakładaniu firmy. Nie ma czasu na spotkanie, chyba że do niego wpadnę. Czemu nie? Wynajmują budynek w centrum Sunnyvale. Sporo miejsca - jedna trzecia pokoi stoi pusta, taśma produkcyjna na zapleczu.

- Może dałoby się do was przykleić?

- Jasne. To będzie niezłe dla obu stron. Nam zdecydowanie ulży, jeśli pokryjecie część czynszu. Pozwolimy wam bez opłat korzystać z sieci, serwerów, mebli, telefonów, recepcji i całej reszty infrastruktury.

Wprost idealnie; wprowadzamy się w czasie weekendu. W Netpower ani śladu silikonowego sznytu; są na dorobku. Brudnawo, śmietniki opróżniane dla oszczędności dwa razy na tydzień, a nie co dzień, jak w SGI. Wszędzie walają się stosy styropianu i kartonowych pudeł, w które pakuje się gotowe maszyny dla głównego odbiorcy - amerykańskiej armii w Europie. Technicy w zniszczonych tenisówkach, zapyziałe panie z logistyki. Wszystko to bardziej przypomina prowincjonalną fabrykę niż przedsiębiorstwo high-tech z Doliny Krzemowej.

Zajmujemy wolne terytorium i ustanawiamy na tym obszarze własne prawa. Mój zastępca, Chris, rozwiesza nad każdym biurkiem rozpisany na tygodnie harmonogram prac. To imperatyw. Mamy ograniczone fundusze i musimy zmieścić się w czasie. Trzeba się zmobilizować, ale to oczywiste, bo każdy chce dać z siebie co najmniej tyle co inni i spirala sama się nakręca.

W dodatku doskonale wiemy, że punktualność w przemyśle komputerowym jest czystą abstrakcją. Realizacja projektu trwa tyle, ile musi, i jeśli się nie zmieścimy w terminie, to albo projekt zostanie skasowany, albo dostaniemy następny zastrzyk gotówki. Niedokończonej pracy nikt nie odbierze; tu nie ma miejsca na połowiczne rozwiązania.

Co wcale nie znaczy, że wszystko od początku musi funkcjonować idealnie. Oprogramowanie zawsze będzie zawierało błędy, tego się nie da uniknąć. Wersję 1.0 trzeba napisać jak najlepiej, a potem po odzewie klientów okaże się, co należy poprawić. Don’t worry, be crappy („Nie przejmuj się, bądź niedoskonały”) - mówiono w Apple, trawestując tekst znanego szlagieru.

Zmienimy co trzeba w wersji 1.1; dla krytycznych problemów wypuścimy jakieś łaty; kolejne uwagi uwzględnimy w wersji 1.2 i tak dalej. Stabilność systemu uzyskamy zapewne dopiero przy wersji 2.0, oferowanej klientom jako upgrade (udoskonalenie, poprawka, uaktualnienie), często za dodatkową opłatą. Żonom naszych inwestorów microsoftowcy nadali (nie bez kozery) kryptonim „upgrade 4.0 lub 5.0”.

Niektórych błędów nie da się, mimo najlepszych chęci, usunąć z 2.0 i kolejnych wersji, czym też nie należy się zbytnio przejmować. Niech sobie będą. Po miesiącach pracy przesuwamy je dla żartu do nie istniejącej klasy undocumentedfeature, nie udokumentowanej cechy systemu.

Nie wszyscy prawidłowo odebrali ten eufemizm. W wydanym po latach w Polsce „Słowniku terminów komputerowych czytam poważną definicję: Undocumentedfeature - nie udokumentowana funkcja. Funkcja programu istniejąca w oprogramowaniu, ale nie opisana w dokumentacji użytkowej i niedostępna w menu programu, ponieważ testy wykazały, że działanie tej funkcji jest nieodpowiednie lub błędne z jakiegoś powodu. Ścisłe definicje tworzą prawdziwą naukę.

Odbiorcy będą jak zwykle klęli na błędy, ale instynktownie wybaczą raczkującemu dziecku, bo to też programiści i me oczekują perfekcji od nowatorskich koncepcji. Nikt by się nie odważył na obsługiwanie tras międzykontynentalnych pierwszymi samolotami; za sukces uznawano wtedy kilkusetmetrowy przelot bez konieczności odwożenia pilota do szpitala. Z komputerami eksperymentować łatwiej, awarie są mniej groźne - przycisk „restart” zwykle przywraca stan sprzed katastrofy.

Tolerancja nie może jednak trwać wiecznie. Microsoft przetrwał wystarczająco długo z produktami dalekimi od doskonałości, ale cierpliwość użytkowników już się wyczerpała. Po kilkunastu latach usprawiedliwiania Windowsów formułą: „całkiem niezłe i stale się poprawiają” zaczęto stawiać twarde wymagania.


***

Chris kupuje dla nas sprzęt w Fry’s na El Camino Real po cenach hurtowych. Sklepów tej sieci jest w Dolinie kilka. Ogromne hale hipermarketu wypełnione wszystkim, czego rasowy haker potrzebuje, więc do jednej półciężarówki można załadować całe niezbędne zaopatrzenie. Komputery, monitory, kable, książki, aspiryna, pizza do odgrzewania w kuchence mikrofalowej i czekoladowe batoniki.

Chris pochodzi z Manchesteru; jest dwukrotnie większy od każdego z nas. Ze względu na niskie wnętrza musi pochylać głowę, chodząc po korytarzach. Zna NT na wylot, ale jako Anglik ma problemy z językiem. Machinalnie pisze colour zamiast colori wszyscy mają do niego pretensje, ponieważ ich edytory tego nie wyłapują, przeszukując jego pliki ze specyfikacją opisującą przyszłe standardy kolorów w naszej maszynie.

„Moja mama była z Polski - powiedział mi kiedyś Chris. - Jej panieńskie nazwisko oznacza w waszym języku jakieś małe futerkowe zwierzątko. Tak mi powiedziała. Słowo jest bardzo trudne i dlatego używam go jako hasła dostępowego w Internecie. Zero prawdopodobieństwa, że ktoś przypadkowo wpadnie na taką kombinację. Literuje się następująco: s-z-c-z-u-r-e-k. Co to jest? Borsuk, świstak, łasica?” Daj spokój, Chris, ja zupełnie nie znam się na zoologii i zbyt dawno straciłem kontakt z polszczyzną, żeby to wiernie przetłumaczyć.


***

Językoznawcze zainteresowania Chrisa znajdują odzwierciedlenie w jego nietuzinkowym hobby. Zbiera przykłady kreatywnego użycia angielskiego przez non-native speakers around the world. Zaczął od zmobilizowania podróżujących po świecie znajomych marketingowców. Teraz prowadzi popularną witrynę WWW, na której prezentuje swoją kolekcję i przyjmuje zgłoszenia ciekawych sformułowań.

Spływa ich tak dużo, że do wysyłanych przez siebie e-maili załącza sentence of a day - najlepszą frazę otrzymaną tego dnia od korespondentów. Angielski, za sprawą komputerów, stał się nowożytną łaciną, ale, ze względu na swoją zwięzłość, daje wspaniałe pole do dwuznacznych interpretacji. O wpadkę łatwo, zwłaszcza gdy tłumaczy się ze słownikiem.

Chris ma to podzielone na działy. W sekcji „ogłoszenia w windzie” znajdują się instrukcje:



  • W Lipsku: „Prosimy nie wchodzić tyłem. Wchodząc należy uzyskać pewność bycia oświetlonym”.

  • W Belgradzie: „Dla poruszenia kabiny, przyciśnij guzik domagający się tego piętra. Jeśli w kabinę wejdzie więcej osób, każda powinna nacisnąć guzik wymagającego piętra. Jazda nastąpi w porządku alfabetycznym”.

W hotelach o takie cymelia najłatwiej. Królują Japończycy:

  • Tokio: „Prosimy kąpać się wewnątrz wanny”.

  • Inny japoński hotel: „Zapraszamy do częstego wykorzystywania pokojówki”.

Kolekcja kart restauracyjnych jest chyba najpokaźniejsza. Szwajcarzy, przekonani, że nie ma lepszego napitku od ich wina, napisali: „Po naszym winie nie oczekuj niczego”. Jest i coś z Polski: „Klarowne buraki w zupie z serowymi palcami; pieczona kaczka puszczona na wolność; plasterki wołowiny zatłuczone przez wieśniaków”.

- Chwila, moment, Chris, nie wypuszczaj tego w świat, to akurat potrafię dotłumaczyć - mówię. - Przecież chodzi o czysty barszcz czerwony, serowe paluszki, luzowaną kaczkę i bitki wołowe po wiejsku.

- No dobrze, zrobię dla ciebie wyjątek - godzi się Chris. - Tylko ze względu na mamę. Wszyscy inni zmagają się z identyczną barierą językową, więc nie licz na dalsze ustępstwa.

Przyjmuję to do wiadomości. Chris jest webmasterem swojej strony i niezależnie od formalnych podległości muszę mu pozostawić prawo decyzji na jego hobbistycznym terenie. W witrynie zamieścił również menu z podziałem na kraje. Najbardziej zabawna, choć przywołująca zapomniane fobie, jest podgrupa rosyjska. Oto propozycja z hotelu umiejscowionego naprzeciw greckokatolickiego klasztoru:



  • „Zachęcamy do odwiedzin cmentarza, gdzie znani rosyjscy i radzieccy kompozytorzy, artyści i pisarze są chowani codziennie z wyjątkiem czwartków”.

  • „Nadchodzi moskiewska wystawa sztuki prezentująca 15 000 malarzy i rzeźbiarzy z byłych radzieckich republik. Oni zostali straceni w ciągu ostatnich dwóch lat” (Those were executed over the past two years).

Wywieszka na drzwiach innego hotelu: „Jeśli przybywacie z pierwszą wizytą do Związku Radzieckiego, to witamy was gorąco”.

- Patrz, co mi dzisiaj nadesłali (w czasie lunchu Chris ma zwyczaj pokazywać mi wydruk z najnowszymi zdobyczami):



  • Supermarket w Hongkongu: „Dla państwa wygody, polecamy uprzejmą i efektywną samoobsługę”.

  • Reklama z Maroka: „Nasz nowy basen szybko nabiera kształtu, bo wykonawcy wrzucili weń większość swoich pracowników”.

  • Ostrzeżenie ze Schwarzwaldu: „Na naszym kempingu bezwarunkowo zabrania się, aby osoby różnej płci, na przykład mężczyzna i kobieta, spędzali czas pod jednym namiotem. To nie dotyczy osób pozostających w związku małżeńskim zawartym dla tego celu”.

  • Konserwatywny pensjonat w Zurychu: „Ze względu na niewłaściwość zaspokajania gości odmiennej płci w sypialniach, sugerujemy, aby do tego rodzaju działań wykorzystywać obszary wokół recepcji”.

  • Zoo w Budapeszcie: „Prosimy nie karmić zwierząt. Jeśli posiadacie państwo odpowiednie jedzenie, należy nim zasilić strażnika”.

  • Lekarz w Rzymie: „Specjalista od kobiet i innych dolegliwości”.

  • Bar ośrodka sportów wodnych w Acapulco: „Kierownik osobiście dostarczył wszystkich serwowanych tutaj płynów”. (Wczasowicze mogą pić bez obawy - tam bowiem po wypiciu wody z kranu dostaje się biegunki).

  • Biuro podróży na lotnisku w Kopenhadze: „Zabieramy wasze bagaże i rozsyłamy je we wszystkich możliwych kierunkach”.

1   ...   9   10   11   12   13   14   15   16   17


The database is protected by copyright ©essaydocs.org 2016
send message

    Main page