Marek hołYŃski



Download 0.95 Mb.
Page12/17
Date conversion29.04.2016
Size0.95 Mb.
1   ...   9   10   11   12   13   14   15   16   17

***

Ostatni truizm ma praktyczne uzasadnienie. Jeśli czołowi inżynierowie zechcą się wynieść, to koniec z firmą. Cała „nadbudowa” -marketing, finanse, kadry i reszta - idzie na dno. Dba się więc o programistów, bo bez tych elitarnych formacji Dolina Krzemowa nie byłaby tym, czym jest.

Ale inżynierowie nieraz odchodzą - przeważnie, aby założyć własne przedsiębiorstwa. Nie ma sprawy, uznaje się to za część etosu Doliny Krzemowej. Trudno mieć do nich pretensje, jeśli chcą robić rzeczy, którymi ich obecni pracodawcy nie są zainteresowani. Dla firmy może to jednak oznaczać katastrofę. Nawet jeśli pracownicy ukończyli zadanie, przekazali prawa patentowe i pozostawili po sobie finalny produkt. Za rok, dwa, pracując na swoim, mogą zrobić coś lepszego.

Dlatego w każdej korporacji istnieje dział, którego zadaniem jest rekrutowanie nowych sił. Siedzi on publikacje z branży, wysyła swoich ludzi na ważniejsze międzynarodowe konferencje i stale „namierza” potencjalne gwiazdy. Utrzymuje łączność z pośrednikami pracy, którym jest zręczniej werbować fachowców pracujących dla konkurencji. Pod uwagę bierze się dwa typy ludzi. Uzdolnieni fachowcy decydują o rozwoju technologicznym, błyskotliwi i uniwersalni są potrzebni na stanowiskach kierowników projektów i w marketingu.

Gdy zlokalizuje się odpowiedniego kandydata, pertraktacje nie trwają długo. Oferta finansowa jest na ogół nie do odrzucenia - przeciętne zarobki w Dolinie wynoszą 6000 dolarów miesięcznie i znacznie przewyższają średnią krajową - 2000 dolarów.

Do tego dochodzą jeszcze akcje przedsiębiorstwa, ubezpieczenie medyczne i dentystyczne oraz świadczenia rodzinne. Koszty ewentualnej przeprowadzki, łącznie z transportem mebli i samochodu, pokrywa pracodawca; czasem dokłada nawet trochę pieniędzy na zakup domu. W Kalifornii nie żyje się tanio, ale przynajmniej odpada kupowanie zimowej odzieży.

Chętnych do pracy jest pod dostatkiem; miesięcznie otrzymujemy dwa i pół tysiąca podań - angaż dostaje zaledwie kilka osób. Zespoły są tworzone zależnie od potrzeb. Zasadą jest zatrudnianie najlepszego, który potrafi pracować za czterech. Oferujemy mu podwójną pensję, a mimo to oszczędzamy połowę na dwóch zbędnych etatach. Ponadto spłaszczamy w ten sposób strukturę organizacyjną (co redukuje hierarchię służbową i ogranicza okazje do wzajemnego podgryzania się), usprawniamy zarządzanie, skracamy czas konieczny na odbywanie zebrań i przekazywanie informacji.

To zaskakuje naszych kooperantów. Przyjeżdżają kilkuosobową grupą i spotykają się z człowiekiem odpowiedzialnym u nas za daną działkę. „Rozumiemy, że pan tu kieruje, ale chcielibyśmy poznać innych pracowników działu” - oświadczają. „Nie ma innych, ja to robię sam”.

Każdej firmie najbardziej opłaca się bezpośrednia rekrutacja na uniwersytetach - pozwala to wyeliminować słone honorarium „łowcy głów”. Zapewnia też dopływ rwących się do pracy fachowców, naładowanych aktualną wiedzą i, po latach skromnej akademickiej egzystencji, nie stawiających nadmiernych żądań finansowych. Ograniczając się do czołowych uniwersytetów, wybiera się stamtąd najlepszych spośród najlepszych.
***

Pracowałem na uczelni wystarczająco długo, żeby mieć przydatne kontakty, proszono mnie więc, bym z ramienia SGI pomógł przy selekcji w MIT. Sprawa była poważna: otrzymałem 150-stronicową instrukcję. Żadnych klauzuli tajności - mogę ją zatem cytować dosłownie.

W ciągu pierwszych trzech minut przywitaj się i przedstaw, stwórz nieoficjalną, swobodną atmosferę, wyjaśnij cel przeprowadzanego wywiadu, uprzedź, że będziesz robił notatki i że masz ograniczony czas.

Co roku nasze kadry, kontaktujące się z biurem zatrudnienia MIT, dostawały listę absolwentów, z którymi przeprowadzana była wstępna rozmowa telefoniczna. Po zgrubnym przesiewie zostawało 15 nazwisk. Zawsze tyle samo, bo wysyłano mnie na jeden dzień, czyli osiem godzin pracy. Pół godziny rozmowy kwalifikacyjnej z każdym kandydatem plus przerwa na lunch.

Następne cztery minuty. Zaprezentuj naszą firmę: zaznacz, że przy gotowanie kandydata odpowiada profilowi korporacji, wspomnij o perspektywach kariery, o zaletach Doliny Krzemowej, światowej reputacji SGI.

Polecenia są aż nadto szczegółowe, nie sposób się pogubić. Realizując je, czuję się jak kapral prowadzący zajęcia z rozkładania kałasznikowa.

Kolejne dziesięć minut. Określ zawodowe przygotowanie kandydata: zapytaj o jego/jej program indywidualny, temat pracy magisterskiej, dodatkowe zainteresowania, najważniejsze osiągnięcia w czasie studiów.

Ankieta personalna - to łatwe. Następny blok wymaga jednak od werbownika więcej skupienia.

Oceń ogólny poziom kandydata (8 minut). Zadaj kilka pytań w celu rozpoznania mocnych stron studenta, czyli jego potencjału intelektualnego, motywacji, dojrzałości itp. Ośmiel kandydata na tyle, aby mógł przedyskutować swoje doświadczenia i osiągnięcia akademickie. JV swobodnej rozmowie, uważnie słuchając, sprawdź przydatność do pracy w zespole.

Przechodzimy do finału i za chwilę będę musiał zaliczyć rozmówcę do jednej z czterech kategorii:



  • Gwiazda - powinieneś go niezwłocznie zaprosić do odwiedzenia firmy.

  • Powyżej przeciętnej - powiedz, że będziesz go polecał jako potencjalnego kandydata na któreś z wakujących stanowisk; odpowiedni kierownik działu skontaktuje się z nim w ciągu dwóch tygodni.

  • Średniak - przekaż mu, że jeśli uda się dopasować jego kwalifikacje do potrzeb firmy, ktoś powiadomi go telefonicznie.

  • Zdecydowany odrzut - w ciągu 48 godzin dostaje pismo „Z przykrością..., ale...”.

Warto tu dodać, że specjalny rozdział poświęcony jest omówieniu, o co można, a o co nie należy pytać. Dopuszczalne są pytania o przedmioty, jakie wybierali na studiach, oraz o prace wakacyjne. Nie są natomiast dozwolone pytania o wiek, stan cywilny, dzieci, sytuację materialną lub mieszkaniową. Indagowanie, czy byli kiedyś aresztowani, jest zabronione. Nie pytaj o: religię (np. do jakiego kościoła uczęszczają, jakie święta obchodzą), kluby i stowarzyszenia, do których należą, a także, nawet pośrednio, o narodowość (np. jak się nauczyli obcego języka, o miejsce urodzenia kandydatów lub ich rodziców).

Wrota do Doliny Krzemowej są więc ciągle otwarte dla cudzoziemskich specjalistów. Na parkingach przed firmami status quo: wszystkie samochody mają kalifornijskie tablice rejestracyjne, ale rozmaite nalepki ze skrótami nazw krajów. Różnorodność etniczna jest w Stanach czymś naturalnym, każdy tu jest Amerykaninem w pierwszym, drugim czy piątym pokoleniu. Według oficjalnych statystyk, jedna trzecia inżynierów w Silicon Valley to obcokrajowcy. Na co dzień odnosi się jednak wrażenie, że na tym terenie zdecydowanie przeważają Amerykanie pokolenia zerowego.


***

Cały rok cieszymy się słońcem i ciepłem. Jedynie w okresie przedświątecznym przybyszom z naszej strefy klimatycznej robi się w Dolinie Krzemowej nieswojo. Nie poprawiają nastroju udekorowane wystawy, kolorowe lampki, obwieszone bombkami choinki na Stanford Mali i pętający się po ulicach Święci Mikołaje. Na widok facetów w szortach, taszczących do domu choinki, radość natychmiast pryska.

Sylwestra też obchodzą tu dziwacznie. Postanowiłem kiedyś spędzić pierwszy dzień Nowego Roku na Przylądku Nowego Roku. „Zabawny pomysł” - powiedziała moja mama, spędzająca po raz kolejny zimę w Kalifornii. (Grudzień w Warszawie ma swoje niezaprzeczalne uroki, ale mama raz jeszcze dała się przekonać, gdy posłużyłem się tekstem Kevina o kolibrach i palmach. Potem, z powodu braku prawa jazdy, polskojęzycznych przyjaciół i znajomości angielskiego, za każdym razem gorzko tego żałowała).

Pojechaliśmy do rezerwatu La Punta De Ano Nuevo (tak nazwali to miejsce Hiszpanie, dotarłszy tu l stycznia 1603 roku). Amerykanie odbili Kalifornię Meksykowi w wojnie 1846-1848 roku, tuż przed gorączką złota. Do dziś nie chcieli albo nie zdołali podporządkować sobie tego terenu pod względem językowym. Wszystkie okoliczne góry pozostały „sierrą”, główną ulicą miasteczek Doliny jest ciągle „El Camino Real” (droga królewska). Miejscowi Jankesi, o dziwo, pielęgnują tradycję, zachwycając się akcentem, z jakim wymawiam nazwy ulic, przy których mieszkają. „Embarcadero, Alviso, Dorales” - ależ nie, to nie jest hiszpański; liznąłem jedynie trochę łaciny w liceum.

Do Ano Nuevo zjechała, niestety, duża grupa członków lokalnego klubu ekologicznego. Piknikowali dyskretnie, żeby nie zakłócić spokoju środowiska, czyli wylegujących się leniwie na skałach lwów morskich. Pewnie pozostawali w zażyłych stosunkach z administracją parków narodowych, bo strażnik nie chciał nawet słyszeć o wpuszczeniu kogokolwiek bez klubowej legitymacji.

No więc jak w tym układzie przetrwać okres świąteczny? Na szczęście tam, w górach, niezbyt daleko, leży Squaw Valley (przy wjeździe do kotliny, wśród emblematów państw uczestniczących w zimowej olimpiadzie 1960 roku, jest polski orzeł). Sosnowe lasy, drogi przebite w śnieżnych tunelach, drewniane domki - ta niemal szwajcarska sceneria lepiej przystaje do świąt Bożego Narodzenia.

Korporacje z Silicon Valley konkurują ze sobą na wszystkich frontach, chętnie też sponsorują konfrontacyjne formy wypoczynku pracowników. W Sierrą Nevada stale rozgrywane są zawody narciarskie, wyścigi snowboardzistów, zawody lotniarzy. Do reprezentacji firmy łatwo się zaciągnąć i przy okazji spędzić święta jak Bóg przykazał.

Gdy po całym dniu ścigania się na stoku zmęczona drużyna grzeje się przy kominku, zwykle zbiera się wszystkim na zwierzenia. I wtedy okazuje się, jak podobne są nasze życiorysy. Gianpaolo studiował w Mediolanie, a doktorat robił w Chicago. Suresh zaczai naukę w Indiach, a kończył na Uniwersytecie Stanforda, bo po drugim roku zakwalifikował się na stypendium. Cheng, jako kierownik pracowni w chińskiej Akademii Nauk, przyjechał początkowo w ramach rządowej wymiany. Craig był konstruktorem pierwszego komputera osobistego w Anglii. Adrian wygrał olimpiadę matematyczną w Rumunii i w nagrodę został wysłany na Sorbonę.

Pochodzimy z różnych krajów, ale odrębności etnicznej zupełnie się nie czuje. Narodowe animozje wydają się z perspektywy Doliny Krzemowej przeżytkiem z innej epoki. Hindus z Pakistańczykiem zgodnie projektują nowy interfejs graficzny, Izraelczycy nie mogą się nachwalić swojego szefa, Araba, a Polak i Rosjanin kupują kiełbasę i razowy chleb w niemieckich delikatesach.

Polaków, rozproszonych po firmach i uczelniach, nie jest wielu, ale wystarcza ich do wypełnienia polskiego kościółka w San Jose podczas niedzielnej mszy. Aktywnie działa Polish Arts and Culture Fundation z San Francisco, organizując spotkania, koncerty oraz doroczny, wielce wytworny bal.

W SGI istnieje nawet stanowisko do spraw diversity - różnorodności etnicznej. Zakładamy, że rozmaitość jest z definicji twórcza. Wiadomo, że praca kształtuje świadomość, a siła zawodowych powiązań międzynarodówki informatycznej skutecznie niweluje drugorzędne podziały. Przyczyniają się też do tego wielkie korporacje, funkcjonujące na ponadpaństwowym poziomie i otwierające filie tam, gdzie im wygodnie. Swobodny przepływ funduszy inwestycyjnych zaciera granice i rozmywa prawa własności. Kapitał firmy może pochodzić od inwestorów w Stanach, Europie, Japonii, Arabii Saudyjskiej czy Tajwanie, a często napływa z każdego z tych miejsc po trochu. Globalizacja gospodarki ujednolica zaś nie tylko rynek konsumenta, tworząc wszędzie identyczne hotele i fabryki hamburgerów, ale też rynek pracy.

Świąteczne życzenia bywają zazwyczaj nieco naiwne i nieczęsto się spełniają. Może jednak warto sobie życzyć, aby model profesjonalnego internacjonalizmu Doliny Krzemowej rozpowszechnił się na tyle, by owo przemieszanie ludzi wyeliminowało międzynarodowe konflikty na szerszą skalę. By na Ziemi nastał pokój.

Dobrze to ilustruje zasłyszana gdzieś kiedyś anegdota. Ojciec wraca z pracy i sięga po gazetę; dzieci nie dają mu spokoju. Wyrywa więc stronę z dużą mapą świata i drze ją na kawałki. - Pobawię się z wami - mówi - kiedy ułożycie tę łamigłówkę. Dzieci uporały się z zadaniem w parę minut. - Jak wam się to tak szybko udało? -dziwi się ojciec. - To proste. Na odwrocie były fotografie różnych osób. Jeśli zestawić razem ludzi, to świat sam się poskłada w jedną całość.
***

Biedny, poczciwy Paul - musi taktownie lawirować wśród tej etnicznej i kulturowej mieszanki. A zadania nie zawsze są łatwe. „Mam problem - zwierza mi się na zajęciach karate. - Muszę wyprodukować memo o seksie. Wiesz, trzeba się zabezpieczyć przed absurdalnymi pozwami sądowymi w sprawach o molestowanie”.

Musiał się nieźle męczyć, gdyż dopiero po tygodniu każdy z nas dostał pismo okólne z jego pionu.

DO: Cały personel w Stanach Zjednoczonych. TEMAT: Środowisko pracy w SGI wolne od molestowania.

Duch naszej firmy pozostaje w pelnej zgodzie z wymaganiami, jakie stawia środowisko pracy oparte na wzajemnym szacunku, zaufaniu i akceptacji. W świetle tego celu (wcale nie tłumaczę tego dosłownie, żeby wyglądało gorzej - równie nieporadnie brzmi to po angielsku) dostarczamy wam nowych informacji o przepisach prawnych, które są lub będą zatwierdzane w różnych stanach. Musimy wszyscy zrozumieć, jak ważne jest środowisko pracy określane jako „wolne od napastowania”. Zachęcam was do zapoznania się z poniższym materiałem, abyśmy wszyscy mieli pewność, że wspóldzialamy z SGI przy tworzeniu bezpiecznego i godnego miejsca pracy dla naszych stalych pracowników, osób zatrudnianych na umowy czasowe, partnerów handlowych, gości i klientów.

Ów „poniższy” materiał został też wydrukowany w formie plakatu, który można było zawiesić na ścianie.

CEL. Silicon Graphics ma zamiar utrzymać środowisko pracy wolne od jakichkolwiek form napastowania. SGI nie będzie tolerować zachowań, które naruszają litery tych wskazówek.

DEFINICJA. Zachowanie naganne seksualnie - odnosi się do różnych typów zachowań, obejmujących, lecz nie ograniczających się do:



  • Działań werbalnych - np. dowcipy, dosadny język, świntuszenie, uwłaczające komentarze natury seksualnej.

  • Działań fizycznych - np. niechciane/niepożądane dotykanie, pożądliwe wpatrywanie się, nieprzyzwoite gesty oraz inne fizyczne zakłócenia normalnego toku pracy.

  • Działań wizualnych- np. obraźliwe plakaty, komiksy, rysunki, piosenki, grafiki komputerowe natury erotycznej.

  • Domaganie się czyichś względów w zamian za pewne korzyści w miejscu zatrudnienia.

- Świetna robota, Paul - mówię mu na następnym treningu karate. - Wygląda na to, że okiełznałeś wzbierającą falę sexual harassment w Silicon Graphics.

- Nie wygłupiaj się. Sam wiem, że to bzdura. Statystycznie wypada czternastu inżynierów na jedną sekretarkę. A te aż piszczą, żeby się pospotykać z facetami naładowanymi forsą. I nic z tego, bo po dyżurze są natychmiast zgarniane przez zazdrosnych narzeczonych - kelnerów, fryzjerów, mechaników samochodowych. Ale teraz jest czysty układ: mamy plakat i z punktu widzenia firmy jesteśmy kryci.


***

Co by tu jeszcze wykombinować, żeby zadowolić naszych inżynierów? - zastanawia się dniami i nocami dział „zasobów ludzkich”. Pomysłów mają bez liku. Choćby taki lipsynch. Wynajmują sąsiedni amfiteatr i cała kadra menedżerska musi w kostiumach „wykonywać” aktualne przeboje. Podkład muzyczny leci, oczywiście, z taśmy, ale trzeba stracić parę wieczorów na próby, żeby się właściwie poruszać i otwierać usta w odpowiednim momencie. Personel to uwielbia. Kilka tysięcy osób w amfiteatrze pęka ze śmiechu, oglądając sceniczne popisy swoich bezpośrednich przełożonych, a nawet samego McCrackena przebranego za Elvisa Presleya.

Niektóre pomysły są zdecydowanie niekonwencjonalne. Zatrzymuję się kiedyś obok kobiety krzątającej się wokół roślin przy recepcji. Chcę zasięgnąć jej opinii na temat środków przeciw insektom w moim ogródku. Pytanie wyraźnie ją oburza. Nie, nie jest ogrodniczką; wręcz przeciwnie.

Wynajęto ją, żeby zasilić SGI w insekty (jakbyśmy nie mieli dość pluskiew w naszych programach). Te dobre: biedronki, żuki, pszczoły bez żądeł.

- Wasi pracownicy podobno skarżą się, że te krzewy wyglądają zbyt sterylnie. A moje stworzonka lubią pozostawać wśród zieleni. Nie ma obawy, że zawędrują na oblaną kawą klawiaturę pańskiego komputera, i nie będą zainteresowane wegetariańską kanapką - wyjaśnia.

- Czy pani zajęcie to hobby, czy można się z niego utrzymać? - pytam.

- Można, i to znakomicie. Moja jednoosobowa firma miała w zeszłym roku prawie milion dolarów obrotu. Dostarczam owady w najlepszym gatunku, prosto z Utah. Jeszcze do niedawna ludzie żyli w plenerze, nasza dusza wciąż domaga się kontaktu z naturą, której częścią są te drobne żyjątka.

Ludzie z Human Resources chcą jak najlepiej, chociaż niektóre ich działania motywacyjne mogą jedynie budzić politowanie u cynicznych komputerowców. Akcja „Duch SGI” na przykład. Każdy zespół wybiera w tajnym głosowaniu pracownika, który najpełniej uosabia owego ducha. Potem następują eliminacje w działach i pio-

nach, a zwycięzcy ogłaszani są na tzw. all hands (te „wszystkie ręce” to po naszemu „masówka”) - cokwartalnych zebraniach całej załogi. Dostają tydzień wakacji na Hawajach, a ich zdjęcia wiszą przez rok w kafeterii.

Czym jest „Duch SGI”, wyjaśnia tekst zawarty na pierwszej stronie druczku dla głosujących:


My, którzy...

jesteśmy otwarci i chłonni,

słuchamy i rozumiemy.

Przemawiamy prosto i uczciwie,

jesteśmy słyszani i rozumiani.

My, którzy...

jesteśmy pełni entuzjazmu i radości,

emanują one z nas i zarażają innych.

Szacunek, zaufanie i wsparcie

dominują nad naszymi sprzeczkami...
I tak dalej, w tym samym - nomen omen - duchu.

Sądząc po stylistyce, Paul brał czynny udział w przygotowaniach animujących „Ducha”. Dobrze, że nie jesteśmy w Japonii. Tam wyprowadzono by całą załogę na ruchliwą ulicę i kazano głośno recytować tę litanię. A na czele pochodu niesiono by transparent z mottem SGI: „Serious fun” („zabawa na serio”).

Trzeba jednak przyznać, że Paul znakomicie wyczuwał charakter ofiar, jakie należało składać duchowi firmy. Po przeprowadzeniu dorocznej ankiety okazuje się, że „Human Resource Programs” są oceniane jako „doskonałe” przez 73 procent pracowników (średnia z innych czołowych przedsiębiorstw wynosi zaledwie 51 procent).

Ankieta to kolejny smaczek Silicon Valley. Niezależna agencja badająca opinie przeprowadza regularne sondaże w celu porównania nas z konkurencją. Wypadamy lepiej i może to powoduje, że fluktuacja kadr w SGI jest minimalna. Rocznie odchodzi zaledwie 3 procent załogi, a w innych przedsiębiorstwach rotacja dochodzi do 40 procent.

Ale mamy szczęście! Trafiliśmy w najlepsze miejsce Doliny Krzemowej. A to przecież wierzchołek komputerowej piramidy. Informatyka zaś jest najistotniejszym motorem globalnego postępu. Zatem, psim swędem, udało nam się znaleźć w centrum świata, w jego obecnej konfiguracji. Wniosek - potrzeba wypruwania z siebie żył dla utrzymania tej sytuacji - jest więc dobitnie uzasadniony.

Proszę łączyć!

Nasi opiekunowie podążają nie tylko z „Duchem SGI”, ale też z duchem czasu. Dawniej na moim biurku piętrzyły się stosy papierów, teraz cały obieg dokumentów w firmie dokonuje się elektronicznie przez wewnętrzną korporacyjną sieć zwaną „intranetem” (dłuższy czas w polskich artykułach korekta, podejrzewając czeski błąd, poprawiała mi „intranet” na „Internet”).

Aby dostać urlop, wypełniam na mojej maszynie odpowiedni formularz, który trafia na monitor szefa (lub jego zastępcy) i po akceptacji ląduje w komputerze działu finansowego. Ten odlicza właściwą liczbę godzin od wymiaru przysługującego mi urlopu i w porę przekazuje pobory do systemu bankowego. Z bankiem zaś mogę porozumieć się z domu i zaprogramować przez Internet płatności przypadające na okres moich wakacji.

Intranet stanowi część Internetu, ma zatem połączenie ze światem zewnętrznym. Gdy zamawia się z katalogu na ekranie ołówek lub nowy fotel, dział zaopatrzenia (wspierany przez Electronic Requintion System] wie, komu je przesłać. Po paru dniach (przedtem trwało to trzy tygodnie) fotel nadejdzie bezpośrednio od dostawcy, bez pośrednictwa magazynów.
***

W naszym obcowaniu z Internetem można wyróżnić parę etapów. Pierwszy to zachłystywanie się swobodą dostępu do ogromnej ilości danych. Jak po wejściu do zasobnej biblioteki. Łazi się między rzędami półek, wybierając lekturę na chybił trafił.

Po okresie szukania na oślep odkrywamy witryny prywatnych osób i postanawiamy założyć własną. Nawet jeśli jej opracowanie zlecamy specjalistom (po 100-150 dolarów za stronę), zajmuje to parę dni. Na zewnątrz wypada prezentować się jak najgodniej. Umieszczamy więc tam własną podobiznę, potem zdjęcie całej rodziny i psa, fotografię z ostatnich wakacji. Ciekawe też, ile osób odwiedza naszą witrynę, trzeba zatem zainstalować na niej licznik rejestrujący każdą wizytę.

Po nasyceniu ciekawości i zaspokojeniu ambicji przychodzi faza selekcji. Z zalewu informacji wybieramy tylko te, które nas rzeczywiście interesują (wytrawny internauta poświęca przeciętnie osiem sekund na stronę). Z pomocą przyszły tu firmy oferujące (już bezpłatnie) dostarczanie serwisu na określone tematy, na przykład: co nowego napisano w Internecie o lokalnych wyborach, funduszach emerytalnych czy premierach filmowych.

Mimo rosnącej sprawności przeglądarek, bogaty wybór jest często gorszy niż jego brak. Trafnie porównywano tę sytuację do próby ugaszenia pragnienia wodą z hydrantu - po odkręceniu kurka strumień danych zwala cię z nóg. Aby temu zaradzić, Netscape, a później inni dostarczyciele Internetu, zaczęli tworzyć tzw. portale - bramy do wszechświata informacji. Tematyczne katalogi segregujące witryny WWW, dające użytkownikowi możliwość ich modyfikacji pod kątem własnych preferencji, wprowadziły nieco porządku do wymykającej się dotychczas spod kontroli informacyjnej lawiny.

Bardzo też przydawały się wskazówki internetowych znajomych, polecających ciekawe miejsca. Powodowało to pojawianie się w sieci koczowniczych plemion czytaczy, rozbijających swoje namioty to w jednym, to w drugim zakątku Internetu.

Psycholodzy prawie natychmiast wszczęli alarm, twierdząc, że surfowanie po sieci może przerodzić się w nałóg. Badania wykazywały, że większość cyberholików szuka na stronach WWW kontaktów z ludźmi i, zadowalając się komputerową namiastką życia towarzyskiego, zwiększa własne poczucie faktycznej izolacji. Dlatego powodzeniem cieszyły się cyberkawiarnie, gdzie można spotkać podobnych sobie maniaków w ich fizycznej postaci. Moi koledzy z Netscape żartobliwie twierdzili, że chcą dodać do menu wyszukiwarki przycisk z poleceniem: „Kliknij tu, by porozmawiać z żywym człowiekiem”.
***

W Dolinie Krzemowej, miejscu chyba najbardziej na świecie nasyconym informatyką, Internet całkowicie wtopił się w życie codzienne i przestano go uważać za coś nadzwyczajnego. Używa się WWW, nie przywiązując do tego specjalnej uwagi - w podobny sposób korzystamy z telefonu, bankomatu, elektryczności i wody w kranie. A jak się konkretnie ta wszechobecność objawia?

Rankiem po śniadaniu włączam komputer i sprawdzam, jaka sytuacja panuje na autostradzie, którą zaraz pojadę - zainstalowane w jej newralgicznych punktach kamery transmitują obraz na żywo do Internetu. Korków nie ma, ruszam w drogę. Jadąc zauważam, że na wszystkich reklamach umieszczonych na billboardach adresy WWW są wybite większą czcionką niż numery telefonów.

W biurze włączam komputer, przeglądam „Donosy” i „Rzeczpospolitą”. Czytam e-maile i odpowiadam na nie, załatwiam kilka spraw organizacyjnych i zabieram się do pracy.

Optymalizuję sterownik dla akceleratora graficznego, co wymaga wprowadzania niewielkich poprawek do programu i rekompilowania całej biblioteki. Za każdym razem rekompilacja zajmuje dobre 15 minut, nie mam w tym czasie nic innego do roboty, wchodzę zatem na internetową stronę w Chicago, skąd ściągam sobie TV Polonię. Ze względu na różnicę czasu między Polską a Kalifornią trafiam na archiwalne powtórki wyświetlane w programie nocnym - akurat wtedy idzie Uszczelka z Henrykiem Bąkiem. Okienko jest małe, obraz chwilami zamiera, gdy w sieci wzrasta ruch, ale daje się oglądać.

Od czasu do czasu wchodzę na giełdę, sprawdzam kursy akcji, ale akurat tego dnia nie robię żadnych operacji giełdowych. Płacę natomiast rachunek od dentysty i składkę ubezpieczeniową za dom ze swojego internetowego konta w banku. Potem zamawiam wizytę u fryzjera i kupuję bilet na niedzielny koncert. Ponieważ witryna amfiteatru jest stroną trójwymiarową, mogę wybrać miejsce na widowni i sprawdzić, jaka jest z niego widzialność.

Po zakończeniu pracy nad sterownikiem podejmuję następne zadanie, które nie zostawia marginesu na uboczne czynności. Tu trzeba pełnej koncentracji. Nastawiam jedynie RealAudio na nadającą w Internecie stację muzyki poważnej i pracuję non stop do późnego wieczora.

Pora coś zjeść. Nasz kucharz już wyszedł, muszę zamówić posiłek w restauracji. Wchodzę na jej stronę, przeglądam potrawy i ceny. Wystarczy kliknąć na wybranym zestawie, a za pół godziny przywiozą mi ciepłe danie. W tym przypadku menu komputerowe całkowicie pokrywa się z rzeczywistym jadłospisem.

Koło pierwszej trzydzieści w nocy jestem już porządnie zmęczony. Dla odprężenia gram przez sieć w GO z jakimś Chińczykiem z Hongkongu; potem wracam do domu. Tak przeważnie wygląda mój powszedni dzień, a to, co opisałem powyżej, działo się naprawdę 10 listopada 1998 roku.

Jaki jest bilans tego losowo wybranego dnia? Przed komputerem spędziłem 13,5 godziny. Przez ten czas Internet bezustannie pompował do mojej maszyny różne dane z sieci, choć - powiedzmy w przypadku radia - nie zawsze zwracałem na nie uwagę. Aktywnie używałem WWW przez godzinę i parę minut.

1   ...   9   10   11   12   13   14   15   16   17


The database is protected by copyright ©essaydocs.org 2016
send message

    Main page