Marek hołYŃski



Download 0.95 Mb.
Page11/17
Date conversion29.04.2016
Size0.95 Mb.
1   ...   7   8   9   10   11   12   13   14   ...   17

***

Należy mi się kolejny sabbatical Ten akademicki zwyczaj (podobnie jak zwyczaj planowania kompleksów przemysłowych na wzór uniwersyteckich) przeszczepiła Silicon Graphics na swój grunt. Po czterech latach pracy każdy ma prawo do sześciu tygodni dodatkowego płatnego urlopu. Prawo to po upływie następnego roku staje się obowiązkiem. Ale ludzie boją się wakacji, bo miesiąc nieobecności może ich przyhamować w zawodowym wyścigu. Zatem jeśli ktoś się opiera, ostro interweniuje dział personalny, posuwając się nawet do odebrania karty identyfikacyjnej.

Chodzi o to, żeby nie dopuścić do przepracowania, wyrwać się z zawodowego kołowrotu, spotęgować inwencję. Zalecano więc, by urlopu tego nie spędzać na przekopywaniu ogródka czy reperacji dachu. Personalni radzili całkowitą zmianę środowiska. Safari w Kenii, pobyt w aborygeńskiej wiosce na Nowej Gwinei, zwiedzanie stacji badawczej na Antarktydzie. Propozycje były rzeczywiście interesujące, zwłaszcza że wspierano je biletem lotniczym i kieszonkowym.

Mój pierwszy sabbatical udało mi się spędzić w Polsce, jako że wówczas mogła ona uchodzić za mało znany i egzotyczny odprysk od sowieckiego imperium. Sytuacja w kraju zmieniła się jednak na tyle, że po raz drugi ten numer nie przeszedł. Miałem teraz jechać na rocznicowe obchody urodzin Buddy w ustronnym klasztorze w tak zwanym Złotym Trójkącie, zakamarku świata utworzonym przez granice Birmy, Laosu i Tajlandii.

Niezwykła oferta: ktoś chyba „zakapował” do kadr, że będąc w Japonii, medytowałem w jednej ze świątyń zeń. Postbitelsowskie miraże; wydawało nam się wówczas, że wiedza i spokój płyną ze Wschodu. Guzik prawda. Dopiero z perspektywy Japonii zafascynowanej Zachodem można to było zweryfikować.

Siedziałem wtedy nieruchomo na ławce, recytując przypisaną mantrę, i wpatrywałem się w konfigurację kamieni na starannie zagrabionym placyku. Kamienie miały wyobrażać lwicę i lwiątka przechodzące przez rzekę. Spełniłem wszystkie formalne wymagania i miałem prawo oczekiwać iluminacji. A ta nie nadeszła.

Deprymujące, gdyż innym się udało. Spotykałem ludzi w stanie wskazującym na przekroczenie progu. To się wyczuwa. Facet mówi tylko „dzień dobry” i wiesz, że patrząc ci w oczy, ogarnia wszystko, co jego i ciebie otacza. Sokolim spojrzeniem z lotu ptaka dostrzega każdy pyłek na kredensie w kuchni, gdzie rozmawiacie.

Pretensje można mieć jedynie do własnych ograniczeń. Niewykluczone, że dałyby się one pokonać, gdybyśmy zrozumieli mechanizm, który ma to oświecenie powodować. Powtarzanie mantry wprawia chyba mózg w coś na kształt rotacji. Tak jak elektron, który wiruje w akceleratorze, nabierając stopniowo prędkości. I nagle, puff, pole magnetyczne zostaje wyłączone i elektron przestaje się kręcić - leci po prostej, uderza i rozpoczyna potężną reakcję.

Jak jednak wywołać w sobie ów impuls odłączający magnetyczne pole mantry? Podobno ma to spowodować gapienie się na kamienny ogród. Ale na mnie to nie działa. Niewykluczone, że przyczyna leży w przesadnie inżynierskim podejściu do problemu albo zbyt dużej odmienności kulturowej.

Próbowaliśmy to przetestować. Japończycy, z ciekawości, zgodzili się na eksperyment. Poszliśmy do katolickiej kaplicy, żeby klepać różaniec jako substytut mantry. Dokładnie ten sam mechanizm. Pełna rotacja mózgu na biegu jałowym i ciągły brak inicjatywnego zapłonu. Mimo wszystko, jako były ministrant, czułem się bardziej komfortowo - przy moich proporcjach ciała klasyczna pozycja kwiatu lotosu jest zdecydowanie niewygodna. Ale Japończyków inspirowało to doświadczenie, poczuli się włączeni w ryty tajemniczego Zachodu.


***

Kadry są tak dumne z wykrycia mojej rzekomej pasji, ze głupio odmawiać. Nie będę im wyjaśniał, że to błąd młodości, który mi całkiem uleciał z pamięci. Posłusznie kwituję szczegółowe wskazówki, bilety i foldery biur podróży, przechodzę niezbędne szczepienia w klinice chorób tropikalnych i jestem gotów do odlotu.

Przeglądam na wszelki wypadek materiały udostępnione przez internetową grupę dyskusyjną alt.buddha.short.fat.guy (alternatywne.budda.niski.gruby.facet), ale wśród ciętych komentarzy me

znajduję nic, co by mi się w tej wyprawie przydało. Internetowi obcy jest respekt dla religii. Niedawno jakiś fanatyk ostro agitował w grupie alt.religion.universal-life, opatrując swoje kazania nagłówkiem „Jezus zbawia”. Po angielsku saves znaczy również „oszczędza”. I wkrótce ktoś mu odpowiedział: Jesus saves, butMoses invests - ”Jezus oszczędza, a Mojżesz inwestuje”.

Bangkok jest nie do wytrzymania. Wielogodzinne korki na ulicach, zaduch przyprawiający o mdłości. Podczas wycieczki łodzią po odnogach rzeki siedzę koło wiceprezesa IBM-u i jego żony. „Popatrz, mój drogi, po kanale płynie wzdęte, martwe prosię. A ten nagi człowiek obok zupełnie na to nie reaguje, wyławia mule na obiad. Czy to nie cudowne?”

Akurat przepływamy w pobliżu Wat Arun, głównego zespołu świątyń stolicy. Taki pozłacany rozdmuchany Gaudi - jakby ktoś maniacko studiował plażowe zamki, przepuszczając przez palce mokry piasek. Dama nie zwraca uwagi na architekturę, zafascynowana biednym prosiakiem, który obija się o naszą burtę.

Miałem ochotę przez komórkę zapytać Silicon Graphics, czy to zbieg okoliczności. Wiem, do czego są zdolni nasi marketingowcy -stać nas na zatrudnienie najlepszych. Prosiak jest, rzecz jasna, przypadkowy, natomiast kto wie, czy próba zaprzyjaźnienia mnie z IBM-owskim dygnitarzem nie była zamierzona.

Wyjaśnianie tego na odległość jednej trzeciej globu zajęłoby jednak zbyt wiele czasu, a w dodatku korporacyjne wiadomości są szyfrowane po obu stronach. Ciekawe, że Bangkok oraz moje dwa stałe punkty odniesienia - Mountain View i Warszawa - dzielą kulę ziemską na trzy mniej więcej równe części.

Na szczęście mogę niepożądane towarzystwo szybko opuścić, gdyż tego samego wieczoru, po pokazie kick boxingu, mam bilet na nocny autobus do Chiang Mai, głównego miasta na północy Tajlandii. Klimatyzacja, lotnicze fotele, telewizor, stewardesa roznosząca posiłki i napoje. Luksus. I dodatkowa atrakcja: nad kierowcą duży zegar w mosiężnej oprawie, w kształcie koła sterowego. Wskazówka sekundnika ciągnie pod górę obie pozostałe, które przy przekraczaniu dwunastej luźno opadają. Po pół minuty zabawa zaczyna się od nowa; to można obserwować godzinami...

Największym budynkiem Chiang Mai jest więzienie. Przed komendą policji usytuowano pomnik funkcjonariusza w podwójnej roli: osłania dziecko i jednocześnie niesie zabitego kolegę Strefa przyfrontowa. Trzy kontrole dokumentów i bagażu. „Czy ma pan przy sobie broń?” Nie, nie pomyślałem o tym, chyba powinienem był kupić. „Lepiej bez broni; jak wpadnie pan na naszych, to pomyślą, że pan szmugluje i mogą zrobić krzywdę. A jeśli złapią pana przemytnicy, wezmą pana za amerykańskiego agenta brygad do walki z narkotykami i też rozwalą. Na terenie jest pełno grup rebelianckich. Trzy dni temu zlikwidowaliśmy w potyczce 25 bandytów, więc teraz ich kolej - będą się mścić. Zdecydowanie lepiej bez broni”.


***

Zapowiada się interesująco. Z Chiang Mai mam zarezerwowanego dżipa, którym jadę do Chiang Rai, ostatniej rejestrowanej przez mapy osady przed granicą „Złotego Trójkąta” (jego nazwę zawdzięczamy ponoć handlarzom opium, którzy dokonują tu transakcji w złocie, jedynym środku płatniczym, jakiemu ufają). Tam przesiadam się do wąskiej łódki i płynę w górę rzeki, która pod wieczór robi się tak płytka, że trzeba się przenieść na tratwę.

Do dyspozycji jest jedna i muszę ją dzielić z czekającym od wczoraj dżentelmenem z Nebraski o wojskowych manierach. Mój przypadkowy towarzysz podróży to człowiek przyjazny, chociaż daje mętne odpowiedzi na pytania o kierunek i cel swojej podróży. Jego sprawa - i tak rozstaniemy się nazajutrz.

Nad ranem rzeka też się kończy. Jestem, jak dokładnie opisuje to komputerowy wydruk otrzymany z działu socjalnego, w osadzie złożonej z czterech domów. „Odszukaj mężczyznę, który wygląda na najstarszego, i wygłoś do niego następującą kwestię ftu następuje angielska transliteracja lokalnego języka J’. Polecenie niemal jak z Myst, najpopularniejszej wówczas gry komputerowej. Wykonuję posłusznie ten krok algorytmu i starszy wioski ładuje mnie na jednego ze słoni, taplających się w rozlewisku.

Tutejsze słonie są znacznie mniejsze od afrykańskich, przy mojej wadze żaden nie udźwignie drugiej osoby. Ja siedzę na słoniowej głowie, ale przewodnik idzie piechotą. Właściwie sam też wolałbym iść. Słoń bezceremonialnie obija mną o drzewa, muszę bez przerwy usuwać spadające z gałęzi kleszcze.

Piekielny skwar, posuwamy się po stromo wznoszącym się stoku. Słoń robi trzy kroki i staje. Przewodnik naciąga na palce gumkę; bierze kamień, krzyczy „haaa” i strzela słoniowi w zad. Słoń wykonuje następne trzy kroki i znowu staje. Mógłbym pomóc, takiej samej procy używałem kiedyś w szkole.

Gdy pojawia się żółta mulista kałuża, mój wierzchowiec przestaje reagować na pociski. Zatrzymuje się, wysysa całą wodę i polewa się nią spokojnie. Poczciwe zwierzę sądzi pewnie, że taka kąpiel i mnie też sprawia przyjemność.

„Słoniową miał głowę i nogi słoniowe. I kły z prawdziwej kości słoniowej. I trąbę, którą wspaniale kręcił. Wszystko słoniowe, oprócz pamięci” - mówię po polsku do przewodnika. „Haj, haj” -potakuje udając, że coś rozumie. Zapewne często oprowadza anglojęzycznych turystów, odpowiada bowiem formułą, która przypomina „Glad you like it” („Cieszę się, że ci się to podoba”).

Na nocleg zatrzymujemy się w wiosce na szczycie wzgórza. Kilka bambusowych chałup na palach, skrawki uprawnej ziemi, kamienne siekiery własnego wyrobu. Nie ma bieżącej wody. To przykre; oblepiony niczym mumia zaschłym błotem i wydzielinami słonia, poruszam się z trudem. Pod chatami harcują w błocie świnie, bawoły i nagie dzieci. Słychać je i czuć; w podłodze są szpary na palec. Spacerują po niej, nie śpiesząc się, trzycentymetrowe karaluchy.

Gospodarze są serdeczni, zapraszają i już nabijają fajki; towar pierwszorzędnej jakości z poletka na nasłonecznionym stoku. Lokalne „Extramocne”, dwadzieścia centów od sztosu. Leżąc na boku z przymrużonymi oczami palą fajkę za fajką, popijając w przerwach miejscową whisky mekong. Jest metoda w tym szaleństwie - po odpowiednim nasyceniu opium i alkoholem człowiek przestaje zwracać uwagę na łażące po nim karaluchy.


***

Słoń nie był taki zapominalski, bo przyszedł połasić się do mnie następnego ranka. Ale nie mieliśmy dość czasu, by się zaprzyjaźnić na serio - po dwu dniach podróży wylądowałem w klasztorze. Spartańskie warunki, zacisznie i przytulnie. Z okna widok na dolinę pokrytą dżunglą aż po horyzont.

Mnichów w pomarańczowych tunikach jest ze dwudziestu. Twarze niezbyt uduchowione, chyba nie trafili tu z powołania. Później dowiedziałem się, że w tym rejonie każdy chłopiec musi spędzić co najmniej pół roku w zakonie. Nikt, łącznie z przeorem, nie zna żadnego obcego języka.

Musieli zostać uprzedzeni o mojej wizycie, bo cela czekała. Jaki jest jednak mój status i co powinienem robić? W tekście przygotowanym przez dział socjalny brakuje informacji na ten temat. Myśleli pewnie, że jestem na tyle wprowadzony w obrządek, aby samemu wiedzieć. Urodziny Buddy wypadają pojutrze i wtedy może coś się wyklaruje.

Obchody różnią się od normalnego dnia jedynie ceremonią wyświęcenia nowego mnicha. Kongregacja siedzi w dwóch rzędach, przeor na specjalnym podeście. Przed nim rodzina i znajomi. Nastoletni kandydat waży chyba ze sto pięćdziesiąt kilo i ma świeżo ogoloną głowę (Budda nie lubi włosów dłuższych niż pół cala). Potwornie się poci i z tremą powtarza wersety, myląc się co trzecie słowo.

Towarzystwo wygląda na znudzone. Mnisi szybko przeszli do pozycji „spocznij” i, poziewując, rozparli się wygodnie. Ubrany na biało nowicjusz został przepasany szarfą i poszedł na zaplecze. Wrócił w stroju pomarańczowym i dostał od taty sakiewkę z bilonem do rozrzucania wśród zebranych. Na mamie impreza wywarła większe wrażenie: na samym początku podczołgała się do podium i przywarła do niego, oczekując końca uroczystości.

W zasadzie mógłbym wykorzystać sytuację i przełączyć się na własny program. Odprężyć się, pomedytować. Ale sytuacja jest niezręczna; czuję się jak piąte koło u wozu. Zaczynam nawet podejrzewać, że dział socjalny umyślnie tak to zaaranżował. Zaaplikował dawkę wystarczającą, abym skruszał i docenił zalety wygodnego gabinetu oraz bezpieczeństwo w kręgu komputerowej poświaty. Ci subtelni nowojorscy psycholodzy, których zatrudnia się za astronomiczne honoraria jako konsultantów, mogli im taki pomysł podsunąć.

Ejże, robię się przesadnie dociekliwy. Chyba przez te kursy z socjoinżynierii i technik zarządzania zespołami roboczymi, które musiałem odbębnić tuż przed wyjazdem. Dlaczego dział personalny miałby stosować wobec mnie aż tak wyrafinowane manipulacje? Po prostu przesadzili w dobrych intencjach. Nie ma sensu wnikać w ich prawdziwe czy domniemane pobudki: muszę wyłączyć automatycznego pilota, wyrzucić bezsensowny wydruk i przejść na ręczne sterowanie.

Następnego dnia pojawiam się z plecakiem u przełożonego klasztoru. Zapewne zrozumiał, że odchodzę, bo na pożegnanie wciska mi w rękę czarną, wypolerowaną przez palce wiernych figurkę Buddy (stoi do dziś na mojej półce). Bez słonia posuwam się nawet szybciej; ruszam piechotą w dół i po czterech dobach jestem z powrotem w Bangkoku.
***

Miejscowe biuro podróży doskonale wie, jak zaspokoić wakacyjne potrzeby amerykańskiego inżyniera. Z przedłożonych mi ofert wybieram Bali - byłem tam przed laty i wspominałem ten pobyt ciepło. Kolejne rozczarowanie przeżywam więc przynajmniej z własnej winy. Skomercjalizowało się tu wszystko do granic ludzkiej odporności. W Kucie, dawniej idealnym miejscu do surfowania na przybojowej fali, tłumy australijskich turystów. Wokół nich chmary przekupniów. Idą krok w krok, namawiając do nabycia tandetnych pamiątek; jeśli to nie skutkuje, łapią cię za rękę, zachodzą drogę.

Niedaleko Kuty zbudowano ośrodek Nusa Dua, monstrualną enklawę Sheratonów, Marriottów, wytwornych sklepów i restauracji w stylu rzadko nawiązującym do lokalnej architektury. Tabuny wczasowiczów z Kalifornii i Florydy przebywają co roku tysiące kilometrów, żeby poczuć się dokładnie jak u siebie w domu.

Zmienił się nawet Ubud, niegdyś górska oaza kultury, miejsce schronienia malarzy, tancerzy i dobrego teatru. Teraz na każdym płocie zaproszenia na publiczne pogrzeby. Ktoś tu chyba musiał zorganizować seminarium poświęcone możliwości zarabiania pieniędzy na ceremonii palenia zmarłych. Biznes kwitnie, choć, jak przed laty, jest to najbardziej „zakomarzone” miejsce świata.

Przenoszę się zatem na sąsiednią wyspę Lombok. Trochę lepiej, ale fala turystów już i tutaj dotarła. Jadę dalej. Tandetny prom przerzuca mnie na Trawangan, największą w archipelagu Gili Is-lands. Największą, to za dużo powiedziane - można ją obejść w dwie godziny.

Jest idealnie. Czysta plaża, rafa koralowa blisko brzegu, przejrzysta woda. Wchodzisz do morza na wschodnim cyplu i prąd niesie cię delikatnie wzdłuż brzegu na przeciwległy koniec wyspy. Wystarczy maska, fajka i krem z filtrem przeciwsłonecznym na plecy. Leżąc bez ruchu na powierzchni, fruwasz nad urwiskami korali, nad kołysanym przez fale gąszczem podmorskich traw i ławicami bajecznie kolorowych ryb.

Elektryczności dostarcza wyspie wojskowy generator z demobilu. Włącza się go w określonych godzinach, aby ugotować posiłki Czasami też uruchamiany jest dla zaspokojenia konkretnych potrzeb kulturalnych. Trwają właśnie mistrzostwa świata w piłce nożnej; wspólnie z krajowcami oglądam w telewizji o trzeciej nad ranem mecz Grecja-Argentyna.

Mieszkam przez miesiąc u kacyka, którego budka na palach odróżnia się od innych anteną satelitarną. Na odjezdnym prawię mu komplementy, mówiąc o urokach wyspy. „Miło mi, że dobrze wypocząłeś. Przyjedź za rok. Robisz w komputerach, to może ubijemy interes. Przywieź laptopa Toshiby, a masz zagwarantowany dwuosobowy pokój i wyżywienie na miesiąc”.

Najnowszy cud techniki miał mu posłużyć do prowadzenia rachunkowości wioski w Excelu. Rozsądna decyzja - chce inwestować w najlepszy na rynku sprzęt. Taki sam, jakiego używają maklerzy na Wall Street.

Po powrocie do cywilizacji wykorzystałem ten przypadek w dyskusji zorganizowanej przez amerykańską sieć telewizyjną PBS. Jej uczestnicy - przesadnie liberalni profesorowie znanych uniwersytetów - biadali nad niepokojącym elitaryzmem Internatu. Przecież na komputer nie mogą sobie pozwolić gorzej zarabiający obywatele, pozbawieni przez to dostępu do kluczowych wiadomości; ich dzieci przegrają w życiowym wyścigu z lepiej sytuowanymi. Trzeba uderzyć na alarm i nie dopuścić do pogłębiania różnic klasowych oraz informatycznej degradacji krajów Trzeciego Świata.

Przypomniałem zatem początkowe kontrowersje wokół telewizji. W latach sześćdziesiątych, kiedy telewizory kosztowały majątek, padały pod jej adresem identyczne zarzuty. A dziś telewizja jest dostępna niemal za bezcen i skutecznie unifikuje warstwy społeczne oraz obszary kulturowe. Przyznaję: ze względu na rozpanoszenie się seriali i reklam nie odbywa się to na zadowalającym poziomie. Natomiast fakt pozostaje faktem - telewizja stała się najskuteczniejszym „wyrównywaczem” międzyludzkich odrębności.

A jeśli chodzi o komputery, to pozwoliłem sobie przytoczyć historyjkę o kacyku z wysepki Trawangan, z zapadłych kresów Indonezji, prawie nie tkniętych przez cywilizację.

Duch firmy

„No i jak było? Udało ci się zdobyć kolejny pas w medytacji?” - żartuje Paul, wiceprezes firmy kierujący pionem socjalnym. Razem ćwiczymy karate. To też specyfika nowych korporacji. Inne firmy organizują zajęcia z aerobiku i bejsbolu. W SGI ćwiczy się karate, aikido i paint-ball - stawiamy na dyscyplinę, siłę woli i kontrolowaną agresję.

Paul jest jowialny i serdeczny - ma posturę boksera wagi ciężkiej i na macie sprowadzenie go do parteru wymaga dużego wysiłku. Jedyny wiceprezes o ciemnym kolorze skóry (tak mnie zindoktrynowano, że nie ośmielę się napisać „Murzyn”). Za „Negro” można dostać w zęby. Jeśli na przyjęciu w Berkeley, urządzanym przez zepchniętych wiatrem historii na margines hipisów, powiesz o kimś „Black”, to cię wyrzucą za drzwi.

Obowiązuje bowiem eufemizm „Afroamerykanin”. I za takiego podał się w ankiecie-podaniu pewien człowiek z Republiki Południowej Afryki, starający się u nas o pracę. „Ale przecież pan jest Biały?” - obruszyła się personalna. „A jaki mam być? Jestem Afry-kanerem od pięciu pokoleń, niedawno dostałem amerykańskie obywatelstwo. Pani twierdzi, że nie jestem Afroamerykaninem?”

Silicon Graphics ogłasza się w gazetach jako eąual opportunity employer- pracodawca zapewniający wszystkim równy start. Dotyczy to kolorowych mniejszości, kobiet (choć to przecież większość) i kombatantów.

Ciekawe, czy jako absolwent Studium Wojskowego mógłbym się załapać na preferencyjne punkty. Definicja kombatanta brzmi bowiem: „ten, kto w latach 1962-1971 został powołany do służby wojskowej”. Ze względu na wietnamskich sojuszników, ani słowa o tym, że ogranicza się to do sił zbrojnych Stanów Zjednoczonych. Formalnie mieszczę się w tej kategorii, mimo że byliśmy wtedy po różnych stronach barykady.


***

Wiceprezesów SGI jest czterech; wśród nich, zgodnie z zaleceniami, Murzyn, Azjata i kobieta. To bardzo dobrzy profesjonaliści i nikt nie ma do nich pretensji o awans z klucza „politycznej poprawności”. Pion Human Resources (czyli dosłownie „zasobów ludzkich”, a mówiąc po prostu działy, socjalny i personalny) jest jednak najbardziej widoczny w mikroskali firmy. Ma swojego przedstawiciela w każdym zespole liczącym powyżej dziesięciu członków.

Ich zadaniem jest dbałość o morale i dobrą atmosferę. Wynajdują najkorzystniejsze ubezpieczenia zdrowotne i pilnują, żeby nasze zarobki były wyższe niż u konkurencji. Służą pomocą w każdej sprawie - służbowej i prywatnej. Organizują wycieczki, pikniki, spotkania towarzyskie oraz tradycyjny beer bust - co piątek o czwartej piwo i wyszukane zakąski mają odciągnąć nas od komputerów i stworzyć okazję do rozmów bez pośrednictwa e-mailu. Nic z tego. Programiści ładują sushi na talerzyki, otwierają butelki i... zasiadają przed klawiaturami.

Odwiedziła mnie kiedyś nasza specjalistka od „zasobów ludzkich” - zastanawialiśmy się, jak pomóc koledze, którego żona trafiła do szpitala. Lampa na moim biurku nie dawała się ustawić tak, by światło nie raziło w oczy któregoś z rozmówców. W godzinę po tym spotkaniu sekretarka przyniosła kupioną w mieście lampę z właściwie wyprofilowanym kloszem i wręczyła mija bez zbędnego słowa.

Tacy opiekunowie naprawdę się przydają. Jak wszyscy weterani, przeszedłem przez etapy dolegliwego bólu nadgarstków, sztywnienie trzech pierwszych palców, kolan i karku. To już przeszłość, od kiedy pojawiły się podkładki przed klawiaturą i myszką. Każda firma w Dolinie Krzemowej, w obawie przed procesami o odszkodowanie za utratę zdrowia, ma komórkę informatycznego BHP.

Zatrudnieni w niej ludzie uwijają się cały dzień, mierząc dystanse oraz kąty między oczami programistów a ekranem. Dostarczają falistych i łamanych klawiatur, myszek dopasowanych do kształtu dłoni, ergonomicznych foteli i podnóżków. Działania te znacznie ograniczyły nowe urazy, a nawet pozwoliły podleczyć stare.

Tylko wzrok pogarsza mi się z roku na rok - cóż, może to kwestia wieku. W pracy noszę specjalne okulary korekcyjne, redukujące odblaski i neutralizujące promieniowanie. Wrzawa wokół szkodliwości promieniowania, notabene, ucichła z uwagi na brak konkretnych dowodów. Jedyne sensowne długoterminowe badania na ten temat, przeprowadzone w Finlandii, nie przyniosły jednoznacznych rozstrzygnięć.

Ludzie z Human Resources czuwają też nad naszym rozwojem. Gdy tylko wyczują, że mamy swobodniejszą chwilę, podsuwają karty zgłoszeniowe na rozliczne kursy dokształcające. Zwłaszcza kierownicy są zarzucani takimi propozycjami. Obowiązuje bowiem zasada, że nie można wysłać pracownika na trening, jeśli nie uczestniczył w nim jego szef. Chodzi o to, aby nie wypychać na takie imprezy drugiego garnituru, ograniczyć turystykę szkoleniową i doprowadzić do sytuacji, w której cała orkiestra czyta z tych samych nut.

Muszę zatem uczyć się wszystkiego, co z zawodowego punktu widzenia interesuje ludzi z mojego zespołu. Na dodatek mam obowiązek uczestniczyć w kursach podwyższających kwalifikacje menedżerskie: sztuka prezentacji, zarządzanie czasem, taktyki negocjacyjne, zasady tworzenia zespołu... Dzień, dwa kompletnej nudy - 90 procent dostarczanych wiadomości to truizmy lub prawdy, do których szybciej można dojść samemu.

Po przefiltrowaniu zostaje nieco przydatnych umiejętności. Teraz już wiem, jak odpowiadać na podchwytliwe pytania z sali, walczyć z tremą, ustalać warunki przy mediacjach, jak trzymać mikrofon, żeby głos brzmiał ciepło. Mam szczegółowe instrukcje na temat doboru ubrania zależnie od charakteru wystąpień i pamiętam, by przed prelekcją wyjąć klucze z kieszeni spodni.

SGI stawia kadrze menedżerskiej wysokie wymagania, co pół roku jesteśmy oceniani przez przełożonych i podwładnych w pięciu kategoriach:


  • Strategia: znajomość aktualnej sytuacji w branży oraz gospodarczych celów firmy zdolność przewidywania przyszłych trendów, trafność podejmowanych decyzji.

  • Taktyka: ustalanie ekspansywnych, ale wykonalnych celów dla swojej grupy oraz umiejętność motywowania zespołu.

  • Sprawność przywódcza: budzenie zaufania, dbałość o dobrą atmosferę w firmie, utrzymywanie pozytywnych relacji między działami.

  • Zarządzanie: sprawność organizacyjna, dbałość o rozwój zawodowy podległej kadry, werbowanie odpowiednich pracowników.

  • Kontakty z odbiorcami naszych produktów: rozumienie ich potrzeb, budowanie długotrwałych więzi partnerskich, tworzenie lojalnej bazy klientów.

By uzyskać pozytywną ocenę, należy wypełniać szereg przykazań. Dobry menedżer musi mieć pełną kontrolę nad bieżącymi sprawami, powinien więc codziennie rozmawiać z każdym ze swoich ludzi. Pamiętaj, że płacimy za jakość pracy, nie za odbębnianie godzin. Nie przekazuj podwładnym nudnej roboty, którą powinieneś wykonać sam. Bądź przywódcą, a nie nadzorcą. Staraj się, żeby robota stała się dla ciebie przyjemnością, i stwórz ludziom warunki, aby mogli myśleć podobnie. Porozumiewaj się z innymi, porozumiewaj się bez przerwy. Przestań udawać policjanta regulującego ruch. Błędem jest ciągłe wytykanie pomyłek, ale same pozytywne zachęty też są mało skuteczne. Nie przymykaj oczu na kiepskie wykonywanie obowiązków. Powstrzymuj się od podważania autorytetu innych kierowników. Nie odwlekaj decyzji. Pamiętaj, że ludzie to nasz największy skarb.

1   ...   7   8   9   10   11   12   13   14   ...   17


The database is protected by copyright ©essaydocs.org 2016
send message

    Main page