Marek hołYŃski



Download 0.95 Mb.
Page10/17
Date conversion29.04.2016
Size0.95 Mb.
1   ...   6   7   8   9   10   11   12   13   ...   17

***

Poproszono nas, żebyśmy się wstrzymali z wyjazdami na urlopy (przez trzy lata zebrało się tego sporo) i przez tydzień tkwili pod telefonem, gotowi do konsultowania ewentualnych problemów, z którymi marketingowcy nie potrafiliby się sami uporać. Jako rekompensatę wręczono nam po czapeczce z rymowanym napisem „Moose is loose” - „Łoś jest wolny”.

Koszulki, kurtki, torby, czapeczki, latarki, korkociągi, breloczki do kluczy, zegarki, szorty, kubki do kawy, skarpetki - mam już tego pełne szafy, wystarczy do emerytury. Weszło w zwyczaj, że za każdą przysługę udzielaną innemu zespołowi dostajemy od nich w dowód wdzięczności „T-shirta” ze znakami ich projektu. I sami mamy stertę koszulek z O2, które rozdajemy w rewanżu. Jedyne, co z ubrań musimy dokupywać, to „underwear” (za przeproszeniem, slipki) - reszta jest oferowana w celach promocyjnych przy każdej okazji i opatrywana dyskretnym, acz wyraźnie widocznym napisem „Silicon Graphics Computer Systems” oraz logo firmy - zrzutowanym na dwuwymiarową płaszczyznę sześcianem.

Zyskuję wdzięczność znajomych, których obdarowuję tymi gadżetami, bo SGI staje się obiektem kultowym. Mieszkający w rolniczym Oregonie siostrzeniec Waltera przysłał mi za przekazane mu koszulki dziękczynny list na czerpanym papierze z podpisami nauczyciela szkoły średniej, rodziców i narzeczonej.

W otwartym przy kafeterii kiosku zawsze stoi kolejka ludzi z zewnątrz, kupujących silikonowe pamiątki. Obsługa kiosku jeździ z nami na targi i pokazy, uzyskując rewelacyjne obroty. Doczekaliśmy się sławy: Silicon Graphics, znany producent „T-shirtów”, który na boku robi komputery!
***

Pierwszego dnia naszego telefonicznego dyżuru zgłosił się jakiś potencjalny klient ze szczegółowymi pytaniami co do sposobu nakładania liternictwa na obraz wideo. Wymagania nie były zbyt wygórowane, wyjaśniliśmy je w kilkanaście minut. „Znakomicie - ucieszył się. - Gdzie mogę taką maszynę kupić?”

Zaprowadziliśmy go do działu handlowego i tam panienka zaczęła mu wypisywać fakturę. „Nie, nie jeden - przerwał jej. - Poproszę o trzy tysiące”. Ponieważ trochę seplenił, dziewczyna nie zrozumiała go dokładnie. „Aha - ucieszyła się - chce pan trzydzieści?” „Trzy tysiące” - powtórzył.

Okazało się, że był przedstawicielem Weather Channel, kanału telewizji kablowej nadającej non stop prognozy pogody. Amerykańska sieć Weather Channel korzysta z centralnego banku meteorologicznego do tworzenia ogólnokrajowych prognoz. Aby jednak aktualizować lokalne mapy, każda stacja telewizyjna potrzebowała właśnie naszego „Łba łosia”.

Po tygodniu konsultacji odleciałem znowu do Polski, aby uczestniczyć w europejskiej premierze O2, która, jak zwykle dla tego preferowanego kontynentu, odbyła się 15 października w warszawskim hotelu Bristol. Jakże łatwo prowadzić taką prezentację, mając na komputerze ściągnięte przez sieć materiały „Webcast Live”!

Dorota Stojda, szefowa marketingu w ATM-ie, dokonywała cudów. O2 pokazywano w telewizji, omawiano w radiu, pisano o nim nie tylko w prasie fachowej, lecz również w tygodniku „Wprost”. Zdjęcie maszyny zamieściła nawet polska edycja „Playboya”, zachwalając ją jako udany i elegancki gadżet.


***

Każda licząca się w Dolinie Krzemowej firma zatrudnia pracowników zajmujących się analizą rynku i przewidywaniem jego przyszłych tendencji. W Silicon Graphics były trzy takie wróżki (tak się złożyło, że w tym dziale pracowały same kobiety). Otrzymywaliśmy od nich comiesięczne sprawozdania zawierające ocenę aktualnej sytuacji i scenariusze jej rozwoju na najbliższe dwa lata.

Tylko na dwa, albowiem McCracken wprowadził oficjalny zakaz planowania czegokolwiek z dłuższym wyprzedzeniem. Dynamika naszej branży powoduje, że w ciągu dwóch lat wszystko może się gruntownie zmienić. Nie ma sensu przewidywać na dalszą metę, skoro lada dzień przyjdzie przewrócić te plany do góry nogami. Z obiecujących dzisiaj technologii sprawdzi się jedna trzecia, natomiast powstaną nowe rozwiązania, wymagające całkiem odmiennego podejścia. Gdybyśmy rozpoczęli ustalanie założeń projektowych Indy trzy miesiące wcześniej, nie dałoby się jej wyposażyć w podręczną kamerę, którą dopiero co wynaleziono.

W raportach analityków wiele miejsca poświęcano komputerom osobistym. Były one dla nas największym zagrożeniem, ponieważ po wzmocnieniu specjalizowanym hardware’em mogły rywalizować z O2. Śledziliśmy ich rozwój z uwagą. Pierwsza karta graficzna GLINT pojawiła się w 1992 roku. Na początku wydawało nam się, że akceleratory graficzne w pecetach będą rozwijały się znacznie szybciej i okażą się konkurentem już dla Indy. Tak się jednak nie stało, głównie ze względu na kłopoty z ceną i funkcjonalnością. Zbudowana z przypadkowych elementów maszyna, porównywalna funkcjonalnie z SGI, okazywała się znacznie droższa.

Około 1997 roku nastąpił gwałtowny przełom. Pojawiło się bardzo dużo firm robiących akceleratory graficzne, i to całkiem niezłe: 3Dlabs, Matrox, NVidia, AccelGraphics. Granica między stacjami roboczymi a pecetami, na początku dość wyraźna, uległa rozmyciu przez podniesienie poziomu funkcjonalnego pecetów. I wszystko wskazywało na to, że owo zjawisko będzie postępować, że zniknie granica między popularnymi komputerami a wyrafinowanymi stacjami roboczymi. Będziemy mieli „miękką” gamę komputerów. Podobnie jak z samochodami -jest tyle kombinacji, że trudno wyodrębnić zdecydowaną linię, określającą poszczególne klasy.

Dały o sobie znać prawa rynku. Stacje robocze zaczęły tanieć - w Stanach O2 był sprzedawany po 5000 dolarów, czyli w cenie dobrego peceta. To zaś zmuszało handlowców do obniżania marży. Byliśmy przyzwyczajeni do 30-40 procent zysku, reinwestowane-go w prace rozwojowo-badawcze. Gdy poziomy cen i możliwości pecetów oraz stacji graficznych zbliżyły się, nie było już o tym mowy. Nie mogliśmy konkurować z firmami Fujitsu i Compaą, które, produkując masowo i niewiele wydając na badania, zadowalają się zyskiem 5-10 procent. Nam by to nie sfinansowało dalszych prac badawczych.

Raporty „wróżek” sygnalizowały, co gorsza, że dzięki sile przebicia Microsoftu system operacyjny Windows NT (New Technology) rozwija się obecnie dużo bardziej dynamicznie niż Unix. Liczba użytkowników NT podwaja się co roku, a dobry stary Unix (opracowany jeszcze w 1969 roku przez Laboratoria Bella) właściwie stoi w miejscu. Nam w SGI, jako wyznawcom Uniksa, nie musi się to podobać, ale rynek ma swoje prawa - ignorowanie ich grozi utratą klientów.

Antymicrosoftowej krucjacie przewodzi prezes SUN-a, Scott McNealy. Popierają go nie tylko inni konkurenci Microsoftu oraz zdesperowani ciągłymi awariami Windowsów użytkownicy pecetów, ale nawet firmy współpracujące z Microsoftem. Boją się sojusznika, bo ten olbrzymi goryl może wejść na każdy teren. Przespacerować się i z wdziękiem ciężarowca usiąść, na czym mu przyjdzie ochota. Wtedy po wrogach i domniemanych przyjaciołach nie zostanie nawet śladu. Siłą milionów pecetów, rozpanoszonych po całej kuli ziemskiej i wyposażonych w Windows 95, 98, 2000 i NT, podyktuje nam swoje warunki. I trudno to zmienić. Aby nakłonić rzesze użytkowników Windowsów do czegoś innego, trzeba by im zaproponować rozwiązania zdecydowanie lepsze, bo marginalne usprawnienia nie zmobilizują nikogo do zmiany przyzwyczajeń.

Jedyna recepta na przetrwanie to siedzieć jak mysz pod miotłą, posuwać się po cichu i na palcach, aby nie dać się uchwycić w krzyżowy ogień szperaczy z Redmond, przeczesujących stale nasz więzienny dziedziniec. Microsoftowi zależy nie tylko na własnej wygranej; chce także, aby inni przegrywali.

Na szczęście zarząd tej firmy jest zazwyczaj święcie przekonany, że tematy, którymi Microsoft się nie zajmuje, nie są warte uwagi i pozwala innym zajmować się nimi bez przeszkód. Może więc zlekceważyć i przegapić coś ważnego. Jego arogancja jest niebezpieczna dla niego samego, skoro pozostałych określa pogardliwie jako „noise” (hałas). To akronim zbudowany z pierwszych liter: Netscape, Oracle, IBM, SUN oraz Everybody Else (wszyscy inni).

Informatycy nie lubią Microsoftu, nawet pracownicy tej firmy starają się od niej jakby dystansować. I nie wynika to z zawiści, jaką naturalnie musi budzić lider na rynku oprogramowania (a jeśli

nawet trochę z tego powodu, to główne przyczyny są inne). Firma Apple w latach swojej chwały również miała okresy dominacji, a mimo to ludzie odnosili się doń z sympatią. Wybaczono jej nawet kardynalny błąd nieudzielenia licencji na system operacyjny - kiedy okazało się, że z tego powodu bez walki oddała pole właśnie Microsoftowi, było już za późno. Ale do dziś wiele osób odmawia porzucenia lekkiego intuicjonalnego interfejsu Mąka na rzecz topornych i pozbawionych wdzięku Windowsów.

Mimo zmiennych kolei losu pracowników Apple nie opuszcza poczucie humoru, obce sztywniakom z Microsoftu. W jednej z wersji Macintosha można było odcyfrować umieszczoną przez jego twórców wiadomość: „Pomocy! Pomocy! Jesteśmy wbrew woli uwięzieni w fabryce oprogramowania systemowego”.

W powszechnym odczuciu Apple zasłużyła sobie na sukces nowymi rozwiązaniami i wniosła wkład w rozwój naszej dziedziny (choć też kiedyś bez skrupułów przechwytywała pomysły Xerox PARC). Microsoft natomiast niczego sam nie stworzył. Swój pierwszy produkt, DOS - system operacyjny do IBM-owskich pecetów - wykupił od firmy Seattle Computer Products za 75 tysięcy dolarów i zarobił na tym miliardy. Windowsy skopiował z Mąka, a w sprawie o plagiat wybronił się dzięki przebiegłym adwokatom; Internet Explorer jest oczywistym zapożyczeniem z Netscape Na-yigator.

Zdolności handlowe i bystrość marketingowa to oczywiście w działalności tego typu niewątpliwe zalety - należy je doceniać. Zwłaszcza jeśli pozwalają na podbój światowego rynku. Ale znacznie przyjemniej byłoby, gdyby udało się to komuś, kto na to naprawdę zasłużył. Irytujące są przy tym brutalne praktyki monopolistyczne Microsoftu, zmuszające do używania wyłącznie jego produktów. Kiedy pojawia się jakieś lepsze rozwiązanie, ekipa z Redmond tak modyfikuje Windowsy, żeby rozwiązanie to do nich nie pasowało. Utarło się nawet powiedzonko: „Gdyby produkowali samochody, postaraliby się, żeby jeździły tylko na benzynie dostarczanej przez Microsoft”. A kiedy już zwiążą z sobą klientów, szybko wypuszczają na rynek nowe wersje oprogramowania i trzeba wszystko wymieniać. To nie tylko kwestia pieniędzy. Trzeba czasu, żeby się ze zmianami zapoznać, przyzwyczaić się do nich, przeszkolić pracowników.

Bili Gates sam się zresztą „podkłada”, gdy, otwierając liczne konferencje, częstuje nas stekiem banałów. Rozgłośnia polska „Głosu Ameryki” zaprosiła mnie kiedyś do dyskusji (telefonicznej, jako że redakcja mieści się w Waszyngtonie) na temat świeżo wydanej książki Billa; redaktorzy sądzili, że będę ją wychwalał.

Nie umiałem się zdobyć na kurtuazję i skrytykowałem książkę, wywołując nieco konsternacji. Sekundował mi jednak Andrzej Targowski, obecnie profesor Uniwersytetu Michigan. Po telekonferen-cji przypomniałem mu o naszym wcześniejszym występie przed mikrofonem - było to ponad dwadzieścia lat temu w Programie Trzecim Polskiego Radia na Myśliwieckiej. Rozmawialiśmy wtedy o przyszłości komputerów, a Targowski, autor poczytnej książki Informatyka klucz do dobrobytu, wydanej w 1971 roku w PlW-owskiej serii „plus minus nieskończoność”, stał na czele Krajowego Biura Informatyki. To on zaproponował termin „infostrada” i usiłował wcielić go w życie. W ówczesnej Polsce! I długo miał nadzieję, że może mu się to udać. Jakąż satysfakcję musi odczuwać teraz, gdy dwadzieścia lat później jego pomysły realizuje wiceprezydent Stanów Zjednoczonych z zespołem.
***

Bill Gates jest wszędzie i trudno się z nim nie zetknąć. Magazyn komputerowy „Enter” przysłał mi e-mailem ankietę z pytaniami na temat przyszłości informatyki. Takie sondaże prowadzone są w branży często, więc odpowiadam chętnie. Po miesiącu dostaję numer pisma - na rozkładówce tytuł: „Dokąd zmierzasz, komputerze?”. Po jednej stronie zdjęcie Gatesa, po drugiej moje.

Zaskakujące, jak różnią się nasze wypowiedzi, nawet jeśli wziąć poprawkę na to, że obowiązkiem każdego szefa jest reklamowanie swojej firmy.

ENTER: Gdzie dostrzega Pan ograniczenia rozwoju komputerów?

Bill Gates: Komputery będą nadal dotrzymywały kroku prawu Moore’a, według którego prędkość procesorów podwaja się co 18 miesięcy. Pamięci będą nadal taniały. To wszystko są wspaniale wiadomości dla użytkowników komputerów, firm, które zdały sobie sprawę z wagi technologu informatycznych, i producentów oprogramowania, takich jak Microsoft...

Zbiegiem okoliczności powołuję się na tę samą zasadę (Gordon Moore był prezesem Intela), ale interpretuję ją inaczej:

JA: Prawo Moore a od wielu lat zaskakiwało trafnością. Ostatnio jednak coraz wyraźniej widać granice rozwoju technologii krzemowej. Układy scalone zbliżają się do nieprzekraczalnych granic miniaturyzacji i szybkości działania, wynikających po prostu z praw fizyki. Ukazuje się jednak coraz więcej doniesień na temat układów elektronicznych w skali molekularnej. Ich realizacja na poziomie cząsteczek chemicznych czy zespołów pojedynczych atomów spowodowałaby skokową zmianę...

Jako tako zgodni jesteśmy dopiero przy ostatniej odpowiedzi.

ENTER: Czego życzą Panowie czytelnikom „Entera”?

Bill Gates: Aby potęga komputerów stanowiła dla nich narzędzie wzmacniające ich więź z życiem codziennym, podnoszące ich efektywność w pracy oraz przyjemność w zabawie.

JA: Zęby rozwój i dostępność technologii przyczyniały się do rozwoju ich osobowości oraz zadowolenia z życia.

Amen, czyli w naszej gwarze „enter”.


***

Kopanie goryla po kostkach nic nie daje. „Jeśli nie możesz kogoś pokonać, to się do niego przyłącz” - mawiają niektórzy. Pokrętna to dewiza, trudna do zaakceptowania. A przecież, w gruncie rzeczy, jesteśmy pragmatykami; nie należy kierować się emocjami przy podejmowaniu czysto ekonomicznych decyzji. Tendencja do przechodzenia na NT jest wyraźna i byłoby głupio dać się zepchnąć na margines tylko z uwagi na pryncypia. Można płynąć pod prąd, ale wtedy nie dopłynie się daleko i człowiek szybko się zmęczy.

„No to co, robimy następną maszynę pod Windowsami? Kto jest za, przechodzi na prawą stronę, reszta może pozostać tam, gdzie stoi - zatrudnimy was przy kontynuacji nowej wersji O2, ciągle pod Uniksem”. Mimo że nowy temat wygląda ponętnie, 30 procent załogi nie rusza się z miejsca. Nie przypuszczałem, że względy ideowe odegrają aż taką rolę. Po prostu nie pozwalają na udział w tworzeniu pudełka, które będzie nosić ostrzegawczą nalepkę „Intel Inside .

A przecież, idąc za głosem serca, powinienem był sam pozostać na miejscu. Już nie mogę. I nie dlatego, że dostałem nominację na szefa zespołu. Projektowanie czwartej maszyny w tych samych warunkach oznacza ryzyko. Trzeba zaburzyć środowisko. Odświeżyć je, by nie popaść w rutynę. Na początek nauczyć się Windowsów, o których z premedytacją nie chciałem mieć zielonego pojęcia. Nawet taki drobiazg odmienia perspektywę.

To przykre, że z O2 nieznacznie się spóźniliśmy. Gdyby udało nam się skończyć go o rok wcześniej, stałby się królem całego szerokiego świata. Ale przecież nie mogliśmy tego wykonać w krótszym czasie, choć nie szczędziliśmy sił. Inni także się nie lenili. Już pół roku później zaczęły się pojawiać rozwiązania porównywalne jakościowo z O2 i jednocześnie tańsze - od dawna strasząca nas zmora: przyjazne pecety z kartami graficznymi.

Jim Clark wyjaśniał to zjawisko, używając metafory: „Wchodząc na motocyklu w zakręt, musisz jechać szybko. Gdy zwolnisz, stracisz równowagę i wylądujesz w lesie”. W przemyśle high-tech trzeba zatem na zakrętach wciskać gaz do dechy. Jeśli przegapisz jeden cykl rozwojowy, masz szansę przetrwać. Ale jeżeli opuścisz dwa - już po tobie. Clark wiedział, co mówi, bowiem na jesieni 1990 roku rozbił się na swoim lśniącym chromami BMW - jest na taką maszynę za wysoki, więc złamał nogę, przelatując przez kierownicę.


***

Zgłębianie systemu Windows poszerza horyzonty. W nadesłanym nam pakiecie oprogramowania systemowego odkrywam przypadkiem dysk kompaktowy „Operating System - Polish”. Ktoś musiał się nad tym nieźle napracować! Działa idealnie: polskie litery wyglądają zgrabnie i mamy do dyspozycji wiele krojów pisma. Tu globalny Microsoft-McDonald zasługuje na medal.

A sprawa nie jest łatwa; wiem to z własnego doświadczenia. Handlowcy z ATM-u twierdzili, że polonizacja rozkazów w menu Indy jest konieczna, aby ta maszyna mogła się w kraju sprzedawać. Straciłem kilka weekendów, żeby dokonać stosownych zmian. Potem okazało się, iż nikt poleceń w naszym języku nie używa; międzynarodowo-amerykański „lenguidż” informatyczny jest dostatecznie znany i powszechnie stosowany.

Na osobisty użytek napisałem też przed laty program skryptowy generujący polskie diakrytyki, składając je z innych liter i znaków. Bałem się, że lata przebywania w wyłącznie angielskojęzycznym środowisku mogą okaleczyć moją polszczyznę. Żeby do tego nie dopuścić, wysyłałem, po odzyskaniu przez kraj niepodległości (wcześniej nie było pewności, czy wydrukują), artykuły do starego „Życia Warszawy”, „Rzeczpospolitej”, komputerowego dodatku do „Gazety Wyborczej”, „Nowej Fantastyki”, „Wiedzy i Życia” (zasilałem ich też tekstami w latach siedemdziesiątych).

Znakomita okazja, żeby zaktualizować słownictwo. Niektóre terminy narodziły się przecież po moim wyjeździe, więc skąd, u licha, mam wiedzieć, jakie są ich polskie odpowiedniki. Co, na przykład jest ekwiwalentem „Windows”? „Okna” czy „okienka”? Odpowiedź redakcyjnego eksperta brzmi: „Używamy terminu »Windowsy«; podobnie z »interfejsem«:; natomiast »Internet« piszemy dużą literą”. Działalność publicystyczna okazuje się więc prostsza, niż można by się tego spodziewać.

Pociechą jest także dla nas, informatyków, fakt, że puryści językowi na chwilę przysnęli! Dzięki temu możemy używać tych samych fachowych terminów co reszta świata. Bo przecież nie kłócą się one z duchem języka i ich obsesyjne zastępowanie byłoby stratą czasu. Kto poważyłby się rezygnować ze słów „lampa”, „dach”, „radio” czy „telefon” tylko dlatego, że zostały zapożyczone od innych nacji?

A przed laty zaleceniem czynników partyjnych zabraniano nam używać w druku słowa „komputer”; obowiązywało określenie „elektroniczna maszyna cyfrowa”. Znakomicie - każdy artykuł o informatyce był dzięki temu dwa razy dłuższy po polsku niż po angielsku. Objętościowo wnieśliśmy zatem pewien wkład do rozwoju tej dyscypliny. Potem, na szczęście, ktoś oprzytomniał i obecnie mówimy „komputer”, tak samo jak ortodoksyjni Rosjanie i Chińczycy. Francuzi natomiast obstają przy innym terminie i, moim zdaniem, przez tę ksenofobię informatyka w ich kraju rozwija się znacznie wolniej, niżby mogła.
***
Grafika komputerowa staje się modnym tematem i amerykańscy reporterzy często nas o nią podpytują. Nawet tutaj są problemy. Tłumaczę szczegóły jak najprzejrzyściej, a potem muszę się wstydzić infantyłizmów, które czytam. Dowiaduję się na przykład z gazety, jakobym twierdził, iż „grafika komputerowa skupia się na używaniu terminali do wyświetlania obrazów na ekranie”. Artykuł opatrzony jest tytułem „Komputery zastępują kredki” oraz moim zajęciem z przypadkowego wykładu. Dokumentacja jest pełna i nie sposób się zaszłości wypierać.

Popularyzowanie wiedzy powinno dawać satysfakcję: dzielimy się dobrami intelektualnymi z tymi, którzy odczuwają ich niedosyt. Ale nawet w Ameryce wychodzi to nie najlepiej. A ze względu na dystans podjęcie próby takiej działalności w Polsce okazuje się dla autora wręcz niemożliwe.

Relacje do kraju nadawałem e-mailem - z uwagi na dziewięciogodzinne przesunięcie czasu docierały one do Polski następnego dnia. A nawet tego samego, jeśli zasiedziałem się nad robotą, a ktoś w kraju przyszedł do pracy wyjątkowo wcześniej. Jednak po przeciwnej stronie światłowodowego kabla wciąż obowiązywały odmienne zwyczaje.

Nawet jeśli artykuł doszedł bez przeszkód, nikt się przeważnie nie spieszył z potwierdzeniem odbioru. Cisza. Po pół roku otrzymywałem czasem wymięty i obszarpany egzemplarz pisma z moim tekstem, przesłany dla oszczędności zwykłą pocztą, czyli ekspediowaną przez Atlantyk statkiem wyładowanym węglem lub miedzią.

Odnosiłem wrażenie, że moje materiały nikną w czarnej dziurze (żeby nie powielać za rezydującym niedaleko, bo w Berkeley, Miłoszem standardu o dziuplach drzew). Zero prawdopodobieństwa, że ktoś spotka cię na porannym spacerze i skomentuje artykuł, który wczoraj przeczytał. Ale trafiały się wyjątki. Po opowiadanku wydrukowanym w „Nowej Fantastyce” jeden z czytelników, przedstawiający się jako administrator systemu komputerowego Uniwersytetu Warszawskiego, zadał sobie trud, by odszukać w Internecie mój aktualny adres e-mailowy.

Tekst calkiem w porządku. Denerwują mnie autorzy piszący historyjki o komputerach, którzy nie mają pojęcia o przedmiocie. Czytalem twój tekst uważnie i nie znalazłem żadnych przekłamań merytorycznych. Chyba masz cos’ wspólnego z informatyką.

Urodziny Buddy

Kanadyjczyk Pierre jest naszym nowym nabytkiem. Przepłacając, kupiliśmy go od Microsoftu. Pochodzi z Quebecu i czasami odmawia mówienia po angielsku, mimo że zna ten język lepiej niż nie-amerykańska połowa naszego zespołu. Windowsy zna jeszcze lepiej, bo je projektował, i w tym zakresie, na szczęście, jest gotów do współpracy.

Na drzwiach wiodących do jego pracowni suszy się piankowy kombinezon, którego używa, surfując codziennie między trzecią a piątą po południu w zatoce Santa Cruz. Odsuwam ręką wilgotnego czarnego wisielca i potykam się o wózek, który Pierre zwędził w supermarkecie, wyładował brudną bielizną i ustawił jako następną przeszkodę blokującą wejście.

- Salut, Pierre, jesteś tam? Przyszło ci już do głowy, jak przyspieszyć przesyłanie pakietów graficznych między poziomami kernela i użytkownika?

- Chyba tak. Siądź, to ci pokażę. Nie, nie tutaj... to mój fotel. Wiesz, Marc, nie jestem tak całkiem pewny, czy to załatwia sprawę, ale teraz mam ograniczony bandwidth (slang - bandwidth to po polsku przepustowość, a jeszcze bardziej po polsku: „miara ogólnej wydajności komputera, wyrażająca jego zdolność do przesyłania danych między wszystkimi składnikami systemu”). Możemy ładować pakiety do zewnętrznego bufora o skończonej pojemności i ustawić semafor, który sygnalizuje jego przepełnienie. Wtedy sterownik potrafi uruchomić transfer całego bufora danych do kernela.

Rozwiązanie trochę toporne, ale na początek ujdzie. Wymyślimy coś lepszego później. Kolejne pytanie mam do Neila, naszego czołowego code warrior (wojownika ds. kodowania), jednak ten akurat śpi z głową na klawiaturze. Przyciska też łokciem „shift i strumyki dużych „M” spływają równomiernie po ekranie. Nie budzę go; w ciągu ostatniej doby wymyślił tyle, że zasługuje na odpoczynek. Neil żegluje w Shoreline Park i to go też trochę męczy. Tuż obok naszego kampusu, na częściowo osuszonych rozlewiskach Zatoki

San Francisco, rozciąga się rezerwat przyrody. Zaskakujący kontrast. Zaraz za wymuskanymi budynkami zaczynają się hektary porośniętych trzcinami błot. Dyskretnie zaplanowane ścieżki dla zwiedzających i kilka punktów obserwacyjnych do podglądania bogatego życia lokalnej fauny.

Na środku tego terenu jest jezioro, przystań, gdzie można wypożyczyć łódkę, deskę do żeglowania lub rower wodny, oraz niezła restauracja. Neil wynajął tam szafkę na swoje akcesoria żeglarskie i cały zespół z niej korzysta. Mamy wspólny koc, na którym można poleżeć nad brzegiem, przyglądając się ociężałym kaczkom i stadom małych ptaszków na nieproporcjonalnie długich nogach, biegających jak szalone po mokrym piasku.

W następnym pokoju siedzi Wei, który chyba w ogóle nie potrzebuje snu. Podtrzymuje go przy życiu pepsi-cola; gdy przyjechał z Chin, była to dla niego nowość i, zanim się zorientował, uzależnił się. Piramida pustych puszek pepsi tworzy parawan szczelnie zasłaniający szklaną część ściany jego gabinetu. Mamy do obgadania dwa ostatnie pady windows managera. Wei nie ukrywa się za puszkami i możemy wymienić sekwencję face-mail, czyli porozmawiać twarzą w twarz.

Przerywa nam dzwonek alarmu - do drzwi frontowych budynku dostarczono zamówioną przez kogoś pizzę. Ludzie z ochrony uparli się i włączają zabezpieczenia już o północy. Dochodzi czwarta nad ranem. Dyżurna sekretarka (formalnie administrative assistant - ta sama polityczna poprawność kazała przemianować stewardesy na flight attendants) płaci motocykliście z funduszy reprezentacyjnych za pizzę, na którą, o dziwo, nie znajduje reflektanta.

Jak zwykle o tej porze pojawia się brodaty Bawarczyk, Ernest, obarczony zadaniem rozwiązywania wynikłych w ostatnim dniu problemów związanych z systemem operacyjnym. To główny bug buster, „tropiciel błędów”. Bug znaczy dosłownie robak, insekt, pluskwa, choć nie ma potrzeby tego tłumaczyć, skoro nawet polscy programiści mówią na to „bagi”. Ale ja jestem na tyle wiekowy, że pamiętam genezę tego używanego powszechnie w świecie wyrażenia. Do jednego z komputerów MIT wleciała kiedyś ćma i na długo zakłóciła pracę maszyny. Po angielsku ćma to także bugi stąd te bagi.

Ernest kiwa głową doręczycielowi pizzy, dzięki któremu dostał się do budynku. Znów zapomniał swojego identyfikatora z kartą magnetyczną. A bez karty nie można wejść. Komputer nie tylko wpuszcza i wypuszcza, ale też rejestruje czas pracy. Dostaję te wykazy co miesiąc i bez czytania wrzucam do kosza. Tego nie da się kontrolować tradycyjnymi metodami zarządzania; formalna dyscyplina wobec pracoholików nie miałaby żadnego sensu. Gdybym się starał na siłę przełamywać ich kuriozalne biorytmy i zmuszał do pracy między dziewiątą a siedemnastą, pewnie na złość zaczęliby pracować osiem godzin na dobę. A nie czternaście, jak mają w zwyczaju.

Ernest mija się w drzwiach z wychodzącym Manuelem, który czuje się w obowiązku przede mną usprawiedliwić: „Obiecałem mamie, że wpadnę do domu przed wschodem słońca. Niepokoi się o moje zdrowie. Pisała takie żałosne listy z Guadalajary, że musiałem ją sprowadzić do siebie. I jest szczęśliwa: opiekuje się mną z pełnym poświęceniem”.

Odprowadzam go do samochodu. Na dworze istotnie się rozjaśnia. Klinkier chodników wypucowany do połysku przez meksykańskie brygady czyścicieli; fontanny mechanicznie tłoczą wodę. Niebo bezchmurne; powietrze rześkie, ale łagodne. Chyba jest wiosna, bo wzdłuż głównej alei kampusu kwitną na biało wiśniowe drzewa. Jakby ktoś kupił na jarmarku i równomiernie porozstawiał cukrową watę na patykach. „Sakura, sakura” - śpiewa się o nich w Japonii.

Przejeżdżają dwa kabriolety pełne rozwrzeszczanych chłopaków z grupy internetowej. W ten sposób oznajmiają pustej alei o kolejnym przełomie: udało im się zestroić przeglądarkę z ikoną zapamiętującą wybierane najczęściej przez użytkownika adresy w sieci. Przyjęcie z tej okazji urządzą u kierownika działu, który mieszka niedaleko. Zwycięscy podwładni uroczyście wrzucą go w ubraniu do jego własnego basenu: obiecał im tę przyjemność w zamian za terminowe ukończenie projektu. „Jedź z nami, będzie piwo i świetna zabawa do południa”. Innym razem. Atrakcje tego typu przemawiały do mnie chyba tylko na basenie Legii, gdy byłem mniej więcej w ich wieku.

Kontury ceglanych budynków kampusu zaczynają się wyostrzać - za parę minut od strony Moffet Field pojawi się słońce. Bezgłośnie podjeżdża samochód ochrony. Musieli mnie wypatrzyć na motorach; sterczę w tym miejscu podejrzanie długo. „Dobrze się czujesz? Może w czymś pomóc?”. Nie, wszystko w porządku. Zastanawiałem się tylko, czy by nie warto zarejestrować tej chwili w pamięci. Jako archetypowej nocy spędzonej na pracy w Dolinie Krzemowej. Jestem OK. Dziękuję ochroniarzom za troskliwość i wracam do komputera.

1   ...   6   7   8   9   10   11   12   13   ...   17


The database is protected by copyright ©essaydocs.org 2016
send message

    Main page