Marek hołYŃski



Download 0.95 Mb.
Page1/17
Date conversion29.04.2016
Size0.95 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   17
MAREK HOŁYŃSKI


E-mailem z Doliny Krzemowej

Od autora

Do napisania tej książki skłoniło mnie zainteresowanie, jakim cieszyły się artykuły które publikowałem na przestrzeni ostatniej dekady na łamach „Gazety Wyborczej”, „Rzeczpospolitej”, „Polityki”, „Wprost” oraz „Wiedzy i Życia”, a także felietony drukowane w „Nowej Fantastyce” (1998-2000). Starałem się relacjonować w nich na bieżąco wydarzenia związane bezpośrednio z pracą zawodową i takie, które składają się na obraz codziennego życia w Dolinie Krzemowej.

Kilkunastoletni pobyt w „informatycznym raju” - choć zdominowany przez sprawy zawodowe - dał mi okazję do poczynienia różnorodnych obserwacji. Pracując w młodej, rozwijającej się dynamicznie dziedzinie, ponadto w elitarnej firmie, której produkty pod względem klasy należały do komputerowej arystokracji, mogłem - a potem, z racji służbowych obowiązków, musiałem - uczestniczyć w wielu przełomowych dla informatyki wydarzeniach.

Przygotowałem niniejszą książkę z nadzieją, że zaciekawi nie tylko tych, którzy nadal śnią o karierze w Dolinie Krzemowej lub starają się replikować na krajowej scenie giełdowe sukcesy kalifornijskich firm internetowych. Dla wielu Kalifornia to również słońce, plaża, palmy i kolibry...

Poszczególne zapiski nie są utrzymane w porządku chronologicznym. Ze względu na ich zbeletryzowany charakter i potrzebę częstego odwoływania się do wydarzeń wcześniejszych przydatne może się okazać krótkie kalendarium: w latach 1981-1989 byłem pracownikiem Massachusetts Institute of Technology i - równolegle - Uniwersytetu Bostońskiego, w latach 1989-1997 - Silicon Graphics, Inc. Komputery, o których mowa w książce, prezentowane były: Indigo - jesienią 1991 r., Indy - latem 1993 r., O2 -jesienią 1996 r. Do sprzedaży prototypu Talismana doszło w 1999 r.

Nie sposób byłoby zrelacjonować tego, w czym uczestniczyłem, inaczej niż przez pryzmat osobistych doznań, stąd mój emocjonalny niekiedy stosunek do pewnych wydarzeń, miejsc czy osób.



Na proscenium

Moja druga z kolei zima w Bostonie była wyjątkowo mroźna, wietrzna, z częstymi opadami śniegu. Wszystkim dawała się we znaki. Ale nikt nie narzekał na nią tak jak Kevin, który ponadto swoje żale i pretensje kierował do samego siebie. „I po co mi to było?” - zaczynał zwykłe lamenty.

W ten piątkowy wieczór celebrowaliśmy, jak co tydzień, tradycyjne spotkanie w klubie pracowniczym Massachusetts Institute of Technology (MIT) na ostatnim piętrze budynku przy Memoriał Drive. Za oknem szalała zawieja, przeciwległym brzegiem skutej lodem Charles River z wolna sunęły mgliste sylwetki pojedynczych samochodów.

- I po co mi to było?! - wzdychał Kevin. - Wylegiwałbym się teraz na patio, palmy by się kiwały, kolibry latały, drzewko pomarańczowe rzucałoby cień na hamak. Co za diabeł podkusił mnie, żeby zostawić ten raj w Dolinie Krzemowej. Tu nawet nie ma porządnego wina. Pijecie to świństwo, bo nigdy nie próbowaliście naszego z Santa Clara.

Kevin spędził w Silicon Valley całe swoje zawodowe życie. Najpierw pracował w dużej korporacji, potem zrobił kilka wynalazków, wreszcie założył własną firmę, która przyniosła mu sławę i pieniądze. Już miał zamiar iść na emeryturę, gdy otrzymał z MIT zapytanie, czy nie zechciałby przekazać swojej wiedzy studentom. Zwyciężyła ambicja: być profesorem na najlepszej technicznej uczelni świata - takiej propozycji się nie odrzuca.

Kevin zanudzał swoimi wspomnieniami wszystkich, ale chyba tylko ja wysłuchiwałem go z należytą uwagą. Nie tylko dlatego, że jako terminator powinienem był okazywać szacunek mistrzowi, który przybył tu niedawno, aby wprowadzić nas w kolejne etapy wtajemniczenia. Urzekała mnie też sama nazwa: Silicon Valley.

Dolina Krzemowa bowiem to zjawisko wyjątkowe, fenomen technologiczny, socjologiczny i cywilizacyjny. Tam rodzą się komputery, tam powstał Internet i pierwsze dokonania inżynierii genetycznej. Stamtąd promieniują na świat pomysły struktur organizacyjnych oświeconych korporacji, zasady etyki programowania i wzorce tworzenia międzynarodowych zespołów badawczych. Szczyt osiągany przez nielicznych, którym starczyło siły woli, wyobraźni i motywacji, aby zajść tak daleko.

Jak każdy człowiek z branży marzyłem, żeby przynajmniej raz w życiu odbyć pielgrzymkę do tej informatycznej mekki, skąd płynie do nas wiedza i pudła z komputerami. Pobyć tam tydzień lub choćby parę dni. Do Europy Amerykanie jeżdżą, żeby otrzeć się o historię; do Doliny Krzemowej przybywa się zewsząd, żeby stanąć oko w oko z przyszłością. Nigdy nie przypuszczałem, że spędzę tam lata i poznam Silicon Valley od podszewki. Jak każdy żarliwy wyznawca, któremu nie dane było jeszcze dotknąć obiektu swego kultu, miałem też o nim fałszywe wyobrażenia.


***

Pracowaliśmy na tym samym wydziale; Kevin wykładał bazy danych, ja grafikę komputerową. W snobistycznym Bostonie, zapatrzonym w tradycje Nowej Anglii, obaj byliśmy emigrantami - on mi opowiadał o Kalifornii, ja mu o Polsce. Mianownik na tyle wspólny, że pozwala utrzymywać koleżeńskie stosunki.

Poza tym różniliśmy się diametralnie. On był u schyłku kariery; miał nazwisko wymieniane w podręcznikach informatyki, zasobne konta bankowe i dworek w Cambridge, Massachusetts. Znał wszystkich i był wszędzie. A co najważniejsze, przeszedł przez Dolinę Krzemową i odniósł sukces. Stał się częścią legendy.

Ja natomiast szykowałem się dopiero do wejścia na scenę. Kilkadziesiąt publikacji naukowych, lecz prawie wszystkie w języku, którego nikt nie znał i nie miał powodu się uczyć. To prawda, że jedna z książek (Sztuka i komputery) wywołała trochę szumu i zaowocowała zaproszeniami na rozmaite uniwersytety. Ale przecież dotyczyła zagadnień o marginalnym znaczeniu. Grafika komputerowa była w latach siedemdziesiątych postrzegana jako naiwna próba skrzyżowania techniki ze sztuką. Odnosiłem wrażenie, iż udało mi się wyprzedzić innych tylko dlatego, że poważni badacze nie uznawali tego tematu za godny uwagi.

Dzięki tej książce (której, także ze względu na język, nikt wpływowy nie mógł przeczytać - oglądano tylko obrazki) trafiłem jednak do międzynarodowej społeczności grafików komputerowych, która wtedy właśnie się formowała. Mówiąc „społeczność”, oczywiście przesadzam, bo na pierwszych ogólnoświatowych konferencjach pojawiało się wtedy 60-80 osób (na ostatnią, w 1998 roku, przyjechało aż 50 tysięcy). Na początku znaliśmy się wszyscy po imieniu.

Dlatego wylądowałem w Bostonie. Dwóch programistów, z którymi kiedyś pracowałem na uniwersytecie w Indianie, wysłało telegram do Warszawy: Hej, jesteś tam? Pamiętasz nasz wspólny projekt nauczania z wykorzystaniem komputerów? MIT zachęca nas, żeby to dalej pociągnąć. Zaczynamy od września. Podłączasz się? Pozdrowienia.

Wyjechałem we wrześniu 1981 roku. Projekt planowano na semestr, więc bilet powrotny wykupiłem na 17 stycznia 1982 roku. Wiele jednak wydarzyło się w kraju podczas mojej krótkiej nieobecności. Zęby przeczekać stan wojenny, przyjąłem propozycję dziekana: „Ta grafika z komputera zaczyna interesować studentów. Czy nie podjąłby się pan, na próbę, wykładu w semestrze wiosennym?”.

W schemacie organizacyjnym wydziału jestem zatem teraz na tym samym poziomie co Kevin. Dlatego siedzimy razem w skórzanych fotelach faculty club, pijemy „kiepskie” wino (mnie smakuje) i patrzymy przez okno na fale gnanego wiatrem śniegu oraz na wieżowce po drugiej stronie rzeki. Jesteśmy kolegami - profesorami.

- Mam dosyć tego paskudztwa - mówi Kevin, pukając w kieliszek. - Dzwonię po samochód. Dokąd cię odwieźć?

Dziękuję, przejdę się, zaczerpnę świeżego powietrza. Reakcja Kevina zdradza, że wie, dlaczego odmawiam - mieszkam w domu, który rozpadłby się ze wstydu, gdyby podjechała w jego pobliże dziesięciometrowa limuzyna z kierowcą w liberii. Doceniam, że Kevin próbuje nie dać tego po sobie poznać.

Kupiony na warszawskich ciuchach kożuszek zaczyna w połowie drogi przemakać. Idę przez most, starając się utrzymać na chodniku, ale to trudne. Jest ślisko i wiatr spycha mnie na jezdnię. Liczę wymalowane czarną farbą znaki wzdłuż balustrady. To pomiar długości mostu w „smootach”. Olivier Smoot studiował w MIT trzydzieści parę lat temu. Wynajmował z kolegami dom za rzeką. Podobno upił się kiedyś tak, że był zupełnie sztywny. Przyjaciele inżynierowie postanowili zmierzyć nim długość mostu. Przekładali go niczym miarkę do tkanin i oznaczali każdą dziesiątkę. Rokrocznie członkowie korporacji studenckiej, która przejęła siedzibę i tradycję, odświeżają tę „podziałkę”, która kojarzy im się chyba ze wzorcem metra. Smoot musiał mierzyć sobie jakieś pięć stóp siedem cali, czyli grubo więcej niż mały Francuzik z Sevres. Po przejściu mostu (364,4 smoota plus jedno ucho) jestem już koło mojej kwatery.
***

Mieszkam u Leona, technika z naszego laboratorium. Leon po zatrudnieniu w MIT poczuł się na tyle pewnie pod względem finansowym, że kupił rozpadający się wiktoriański dom, w który władował wszystkie oszczędności. Teraz brakuje mu na gaz i elektryczność. Ogrzewa tylko salon, w którym zazwyczaj przesiaduje. Kiedy wróciłem, grał Brahmsa, siedząc przy pianinie w rękawiczkach. Próbował wciągnąć mnie w dyskusję o Kierkegaardzie, którego ostatnio namiętnie czytywał, ale się wykręciłem. Trzeba się wyspać, pomyślałem, bo przez weekend muszę przygotować wykład na poniedziałek.

Moi nowi znajomi nie przyjmują do wiadomości, że jestem Europejczykiem tylko w sensie geograficznym i nie mogę pretendować do roli ambasadora całego starego kontynentu. Na pierwszych stronach gazet codziennie oglądają relacje z mojego kraju. Ponure zdjęcia kordonów milicji otaczających szarą masę demonstrantów; zacięte twarze, brudny, rozdeptany śnieg. Dziwią się uprzejmie: „Czemu nie uregulujecie tej przykrej sytuacji?”.

Wprowadziłem się do Leona, nie mając innego wyjścia. Oficjalnie byłem bowiem na tzw. sabbatical, czyli urlopie naukowym. To taki zwyczaj amerykańskich uniwersytetów, przejęty niedawno także przez polskie uczelnie. Po czterech latach (u nas po siedmiu) pracownik naukowy może opuścić semestr i przenieść się gdzie indziej. Chodzi o zastrzyk świeżej energii, zmianę środowiska, nawiązanie nowych kontaktów. Macierzysta uczelnia nadal wypłaca mu pensję, a w nowym miejscu otrzymuje on symboliczną kwotę, która ma kompensować koszty czasowego pobytu poza domem.

W zasadzie wszystko się zgadza. Instytut Maszyn Matematycznych w Warszawie chyba ciągle wypłaca mi pobory, ale ich zamiana na dolary nie wchodzi w grę. Do dyspozycji mam zatem jedynie dodatek wyrównawczy z MIT - czterysta dolarów, z których połowę oddaję Leonowi za pokój na poddaszu. Reszta idzie na przejazdy i jedzenie. Dlatego nie mogę opuścić jedynego w tygodniu ciepłego posiłku, który zjadam za darmo. W zasadzie tylko te piątkowe przyjęcia w faculty dub utrzymują mnie w dobrej kondycji.

Ciepło z salonu nie dochodzi na poddasze. Sprzęty są oszronione, prześcieradło skrzypi. Pora spać. Nakrywam się wilgotnym kożuchem i staram się skupić na operetkowych wizjach Kevina. Palmy, kolibry, pomarańcze, Dolina Krzemowa. Jeśli śnieg będzie padał całą noc, to nie dotrę jutro do laboratorium i nie dam rady przygotować programów na poniedziałek.


***

Przyszła wiosna, życie nabrało smaku i nie musiałem już dodawać sobie otuchy snami o Dolinie Krzemowej. Wykład spotkał się z przychylną oceną studentów i, gdy kontynuowałem go w semestrze jesiennym, podwoiła się liczba słuchaczy. W kolejnych semestrach było ich coraz więcej i choć miałem do pomocy czterech asystentów, musiałem w końcu ustalić limit 300 osób na kursie, bo większej liczby studentów nie zdołałbym „obsłużyć”.

Studenci mają swobodę w wyborze zajęć, obowiązkowe zaliczenia można uzyskać z najróżniejszej kombinacji przedmiotów. Jeśli na wykład zapisuje się jedynie kilka osób, to kariera profesora w MIT jest skończona. Albo jego dziedzina straciła na atrakcyjności, albo też, po prostu, on nie potrafi uczyć. Studenci zapłacili za naukę i mają prawo domagać się towaru najwyższej jakości.

Spora grupa młodzieży chciała nadal zgłębiać moją dziedzinę, należało więc przygotować następny wykład z zaawansowanej grafiki komputerowej. Wielu zapaliło się do sprawy i po paru latach trzeba było opracować program studiów doktoranckich. Podjąłem się też równolegle, jako associate professor (w Stanach są trzy stopnie profesorskie: assistant, associate i full professor), mniej zaawansowanych technicznie wykładów na Uniwersytecie Bostońskim.

Massachusetts Institute of Technology - Instytut Techniczny Stanu Massachusetts - to, jak sama nazwa wskazuje, instytut badawczy. Studentów traktuje się jako zło konieczne, jest ich zresztą mniej niż pracowników naukowych. Ten znakomicie prosperujący biznes osiąga dochody głównie z projektów realizowanych na zlecenie przemysłu, wojska i rozmaitych agencji rządowych.

Z tytułu każdego takiego projektu instytut z miejsca zgarnia do kieszeni 72 procent na koszty własne (tzw. overhead). Świetny interes - z każdych 100 tysięcy dolarów za wykonanie pracy badawczej trzeba odprowadzać do kwestora 72 tysiące. Pozostałe 28 tysięcy mogę przeznaczyć na dokupienie niezbędnego sprzętu ł opłacenie czesnego moich doktorantów. Ale całkiem mnie to urządza, bo w zamian dostaję najlepiej w kraju wyposażone laboratoria i, co ważniejsze, zdobywam prestiż. Klienci, zwabieni renomą instytutu, ustawiają się w kolejce i portfel zamówień jest zawsze pełny.

MIT też świetnie na tym wychodzi - inwestując pieniądze w budynki, stał się właścicielem połowy Cambridge. Druga połowa należy do Uniwersytetu Harvarda, który prowadzi identyczną politykę. Żeby nikomu się nie pomyliło - Cambridge nie ma nic wspólnego z angielskim uniwersytetem o tejże nazwie. Faktycznie jest to część Bostonu po drugiej stronie Charles River, choć formalnie stanowi osobne miasto, z własnym samorządem i prawami.

Te zaś stanowiły typowy lewacki koktajl. Właścicielom budynków zabraniano podnosić czynsz, pracodawców zmuszano do zapewnienia opieki medycznej homoseksualnym partnerom zatrudnianego. Przeforsowano zakaz palenia, ale starano się zalegalizować marihuanę, którą przecież się pali. Cambridge to jedyne, oprócz Korei Północnej, miejsce na świecie, gdzie można spotkać komunistów z przekonania - śmieli się bostończycy.

Nasze prosolidarnościowe demonstracje ze świeczkami na Harvard Sąuare pikietowali trockiści i anarchiści. Dyskusja z nimi nie była możliwa. „Jaki tam spontaniczny zryw społeczeństwa! O tu, w książce, napisane jest - podsuwali nam pod nos odbitą na powielaczu broszurę - że Solidarność została zorganizowana i sfinansowana przez CIA”.

Często powtarzany żart głosił, że „Republika Cambridge” planuje wystawienie na granicy z Bostonem posterunków, by uniemożliwić przewożenie papierosów i prawicowej literatury. Istotnie było się przed czym bronić, jako że reszta katolicko-irlandzkiego miasta, choć w polityce oficjalnie popierała demokratyczny klan Kennedych, prywatnie reprezentowała reakcję.


***

Współgrało to idealnie z konserwatywnymi zapatrywaniami polskiej enklawy na bostońskim przedmieściu Dorchester. Kilkanaście tysięcy osób z nieważnymi od dawna wizami turystycznymi, sprolongowanymi jednak z powodu stanu wojennego, pracowało głównie „w azbeście”, czyli przy usuwaniu uznanych za szkodliwe azbestowych izolacji ścian. W Dorchester było kilka placówek zajmujących się przede wszystkim wysyłaniem paczek do kraju i dystrybucją laleczek w strojach regionalnych. Mieścił się tam polski kościół tudzież sklepy z wódką, kiełbasami własnego wyrobu i torcikami wedlowskimi dowożonymi przez marynarzy.

Dorchester, mające opinię „gorszej dzielnicy”, wspominam ciepło. Wkrótce przeniosłem się tam od Leona i sprowadziłem do Stasia, który zarządzał posesją przy Raven Street. Miał całe piętro dla siebie w zamian za pilnowanie, żeby się ta drewniana buda przedwcześnie nie rozsypała. Taką właśnie umowę zawarł z Karen, irlandzką emigrantką, która zainwestowała w ten dom po pięciu latach pracy w Delta Airlines.

Głównym celem działalności Stasia było sprowadzenie z Polski żony i córki; miały przyjechać przez Meksyk, ponieważ ta granica była wtedy słabo pilnowana (przy trzeciej próbie się udało). Ponadto, żeby dorobić, Staś reperował w okolicy komputery i telewizory. Był bardzo zajęty, dlatego chętnie scedował na mnie swoje obowiązki dozorcy.

Nie było ich dużo, od czasu do czasu malowanie łazienek czy naprawa dachu. Musiałem również doglądać babci z parteru, która modliła się za nas przez trzy godziny dziennie. Pierwsze piętro też nie sprawiało kłopotu: czteroletni Piotruś zaprzyjaźnił się z nami szybko i życzliwie usposobił do nas swoją mamę, którą co prawda widywaliśmy rzadko: pracowała na nocnej zmianie w klubie ulokowanym w Combat Żonę - pozostałości po dzielnicy zakazanych rozrywek w purytańskim Bostonie.

Moje kolejne przenosiny, z powrotem do śródmieścia, wyglądały niemal jak ludowy festyn. Kolumna półciężarówek jechała przez Dorchester na klaksonach, manifestując dumę, że komuś z nas udało się wyrwać z getta. Na zasiedlinach mama Piotrusia wygłosiła mowę: „Pamiętaj o nas, bo w wyższych sferach takich przyjaciół nie znajdziesz”.


***

Polskie „wyższe sfery” były w Bostonie nieliczne - paru lekarzy, naukowców, kilka mieszanych małżeństw. W dniu topienia Marzanny prawie wszyscy emigranci z najświeższego narybku gromadzili się w mojej skromnej kawalerce. Odświeżyłem ten zwyczaj, jako że mieszkałem tuż przy rzece. Kukłę robiliśmy ze słomy ozdobionej portretem Lenina. Ekspodchorążowie salutowali, krzepki kolega w slipkach wypijał na rozgrzewkę szklankę wódki i holował podpaloną Marzannę między krami na główny nurt.

Sam dom stanowił zabytek, ale, w odróżnieniu od moich poprzednich siedzib, był w znakomitym stanie. Urocza mała uliczka, rząd ceglanych kamieniczek z ganeczkami od frontu - trochę jak gdańska Starówka. Czerwony dywan i mahoniowe poręcze na klatce schodowej. Owalne okna, na dachu wspaniały taras z widokiem na MIT po drugiej stronie Charles River.

Przestałem, rzecz jasna, chodzić przez most na piechotę. Mój pojazd, ford pinto, cieszył się opinią najgorszego i najbardziej niebezpiecznego samochodu w historii amerykańskiego przemysłu motoryzacyjnego - podobno przy drobnych kolizjach sam z siebie wybuchał. Był czerwony, miał wgniecione boki i wyglądał obskurnie. Jedyną jego zaletę stanowiło to, że jeździł nim kiedyś nasz papież.

Kupiłem ten samochód od seniora polskiej społeczności w Bostonie, niegdyś prezesa komitetu podejmującego delegację krajowych biskupów. I tak oto moim pinto przemieszczał się po terenie bostońskiej metropolii krakowski biskup Karol Wojtyła.

Z biegiem lat właściciel pinta dorobił się forda fiesty, pinto zaś scedował na żonę. Kolejny szczebel w górę i kolejny samochód. Teraz fiesta przeszła na żonę, a stare pinto czekała droga na złomowisko. Znajomy prosił, bym mu pomógł przy holowaniu, ale gdy dojechaliśmy do celu, wystąpiłem z ofertą: odkupuję wóz za cenę, jaką dostalibyśmy na szrocie. Sto dolarów plus pięć dolarów podatku. Silnik przegrzał się po tygodniu. Pamiętałem jednak adres złomowiska i wymieniłem tam chłodnicę, zdumiony faktem, że, przyciśnięty do muru, potrafię się przekwalifikować na mechanika.

Pinto, zgodnie z przewidywaniami, po pół roku dokonał swego żywota. Sprzedałem go za trzydzieści dolarów i przesiadłem się do szykownej toyoty celiki GTS. Jak widać, nie miałem głowy do interesów: powinienem był pociąć pinto na kawałki i sprzedawać je jako relikwie.
***

MIT stale zabiegał o granty, musiałem więc i temu zadaniu sprostać. Angażowałem się wraz ze studentami w różne opracowania dla IBM, cyfrowy dysk wideo dla Digitala, dorobki programowe dla startującego Microsoftu. Niektóre z tych projektów były fascynujące, inne przeraźliwie nudne. Czasami zamawiający dokładnie wiedzieli, czego chcą, często jednak precyzowali tylko kierunek i dawali nam wolną rękę co do szczegółów. Ale też zdarzało się, że wymagania były bardzo konkretne, a mimo to nie potrafiliśmy dociec, do czego mogą sponsorowi służyć nasze prace.

Tak właśnie było z projektem o kryptonimie „Aspen”. Z naukowego punktu widzenia miała to być pierwsza próba połączenia grafiki komputerowej z zarejestrowanymi w pamięci komputera sekwencjami wideo. Wybraliśmy miasteczko Aspen w Kolorado, ponieważ było niewielkie, z regularną siatką ulic; występowały tam ponadto wszystkie cztery pory roku.

Ale naprawdę chcieliśmy sobie przy okazji pojeździć na nartach. Aspen, dzięki znakomitym warunkom śniegowym, stało się ulubionym ośrodkiem sportów zimowych dla całego Hollywood. Wieczorami w restauracjach panuje swobodna atmosfera, a na stoku czekają niespodzianki. Wsiadasz do dwuosobowej gondoli, zdejmujesz czapkę i gogle. Facet naprzeciwko robi to samo i okazuje się, że to Jack Nicholson, który aż się pali, żeby ci opowiedzieć o swoich wyczynach na ostatnim zjeździe.

Po sfilmowaniu uliczek Aspen z dżipa, dodaniu planów municypalnych i zdjęć lotniczych uzyskano pełną komputerową bazę danych umożliwiającą swobodną interakcję. Dotykając palcem ekranu, można było poruszać się po ulicach, rozglądać dookoła, zmieniać lato w zimę lub jesień w wiosnę. Wskazywane domy dostarczały więcej wiadomości o sobie. Jeśli mieściła się tam, na przykład, restauracja - oglądałeś menu i układ stolików, jeśli komenda policji -twarze szeryfa czy posterunkowych. Informacja mogła też być udzielana w postaci syntetyzowanego dźwięku, który komputer potrafił wyskrzeczeć w kilku językach: „Sierżant Jim Solari; siedem lat w miejskiej policji”.

Na główny deptak Aspen nie wpuszczano samochodów, stąd luka w materiale wideo. Oczywiście, można było załatwić zezwolenie na przejazd, ale nie o to chodziło. Tu zaczynała się bowiem nasza rola. Mieliśmy wygenerować komputerowe wizerunki budynków, które nie zostały sfilmowane, i zgrać je z istniejącym materiałem, aby jadący nie tracił ciągłości.

Ciekawe zadanie, przydatne w kinematografii i telewizji. Ale tu naszym sponsorem było wojsko. Po co Departament Obrony wydaje pieniądze na tego typu projekt? Podejrzewaliśmy parę zastosowań i jedno z podejrzeń potwierdziło się przy oddawaniu pracy. Oficer, który przewodniczył komisji odbiorczej, zapytał: „A czy będą problemy w adaptacji tego systemu do innych języków poza angielskim, francuskim i hiszpańskim? Czy istnieją jakieś ograniczenia na poziomie fonemicznym, które eliminują, powiedzmy, perski?”

No jasne, zagadka rozwiązana. Niedawna akcja odbicia zakładników w teherańskiej ambasadzie zakończyła się totalną kompromitacją (amerykańskie helikoptery powpadały na siebie, zanim zdążyły dolecieć do celu). Siły zbrojne dostały zatem ostro po uszach, ale też otrzymały fundusze, żeby się porządnie przygotować i następnym razem nie dopuścić do blamażu.

Projekt „Aspen” pasował do tego celu idealnie. Materiał filmowy można było uzupełniać zdjęciami satelitarnymi, a nie znane wywiadowi fragmenty Teheranu dawało się zastąpić grafiką komputerową. Płynna nawigacja przez teren operacyjny, dane o obiektach spotykanych po drodze, instrukcje w lokalnym języku. Na szczęście do ponownej próby odbicia nie doszło i nie musieliśmy się martwić o moralne implikacje naszych doświadczeń.
***

W MIT wystarczy mieć oczy i uszy otwarte, a otoczenie samo zapłodni cię intelektualnie. Wszyscy dookoła nad czymś pracują. Niektóre z tych działań kładą fundamenty pod dyscypliny, których nobilitacja i rozkwit następują po latach.

Tak właśnie stało się z modną później rzeczywistością wirtualną. Otarłem się o nią na początku, ale właściwie nie mam się specjalnie czym chwalić, bo mój udział w budowaniu podwalin pod tę dziedzinę ograniczał się do skromnej roli świnki morskiej.

Koledzy z zespołu pracującego nad hełmem do wyświetlania trójwymiarowych obrazów graficznych poprosili mnie o pomoc przy jego testowaniu. Skarżyli się na brak odporności u swoich znajomych „świnek” i podkreślali, że szukają kogoś z pewnym doświadczeniem żeglarskim. Brzmiało to podejrzanie, lecz nie wypadało odmówić, byliśmy przecież sąsiadami na tym samym piętrze instytutu.

Na czym polega wirtualna rzeczywistość? Chodzi o to, by przeprowadzić widza „na drugą stronę lustra” i zaoferować zanurzonemu w urojonej przestrzeni człowiekowi jak najpełniejsze wrażenie realizmu. Wymaga to spełnienia dwóch warunków: zapewnienia prawdziwie trójwymiarowego obrazu oraz pełnej interakcji, czyli możliwości wpływania na zmianę sytuacji na obrazie.

Szkopuł w tym, że scena oglądana na ekranie komputera jest tylko dwuwymiarowym obrazem, choć czasem potrafi stworzyć złudzenie przestrzeni trójwymiarowej. Można to złudzenie potęgować, aby widz zyskał odczucie głębi: podkreślać perspektywę, pomniejszając przedmioty dalsze i powiększając bliższe. Albo też obiekty na pierwszym planie wyświetlać jako nieco jaśniejsze, dalsze natomiast odpowiednio przyciemniać. Fakt jednak pozostaje faktem: obraz na monitorze jest płaski jak deska.

Prób dodania prawdziwego trzeciego wymiaru było wiele. Sporo daremnych, jak się okazało, nadziei pokładano w holografii. W połowie lat siedemdziesiątych eksperymentowano też z ekranem wibrującym lekko do przodu i do tyłu. Rzutowano nań bliższe elementy obrazu, gdy przesuwał się ku odbiorcy, a resztę w ułamku sekundy, kiedy się cofał. Sceny istotnie nabierały głębi, choć daleko im było do perfekcji.

I wtedy odgrzebano stary pomysł fotoplastykonu. Sam fotoplastykon dawno przestał frapować publiczność, odrodził się jednak w nowej, atrakcyjnej postaci. Jego zasada opierała się na odkrywczym spostrzeżeniu, że widzenie trójwymiarowe związane jest z posiadaniem przez nas dwojga oczu. Obrazy rejestrowane przez każde oko są bowiem dwuwymiarowe i dopiero ich zbitka daje informacje o przestrzennym rozmieszczeniu przedmiotów, które oglądamy.

Co prawda, jeśli zamkniemy jedno oko, to nadal postrzegamy świat trójwymiarowo. Dzieje się tak dlatego, że wówczas wspiera nas mózg, który - pamiętając poprzednie doświadczenia wzrokowe - uzupełnia brakującą informację.

To właśnie wykorzystali na przełomie ubiegłego wieku twórcy fotoplastykonu. Robili zdjęcie kurortu Baden-Baden (Baden, powtarzam, Baden - jak interpretował tę nazwę Salon Niezależnych), a potem przesuwali aparat fotograficzny o sześć stopni, czyli o średni kątowy dystans między oczami, i pstrykali następne zdjęcie. Potem wystarczało odseparować oczy tak, by każde z nich mogło dostrzegać tylko jedno ze zdjęć, to znaczy rejestrować dokładnie taki sam obraz, jaki widziałoby w naturze. Mózg dokonywał syntezy, a wypadkową było niezafałszowane wrażenie trójwymiarowości.

Pomysł odżył w latach sześćdziesiątych przy okazji kina 3D (D od dimensions - wymiary); oba obrazy leciały jednocześnie, do ich rozdzielenia służyły tekturowe okulary z czerwonym i niebieskim filtrem. Zdjęcia sal kinowych wypełnionych papierowymi okularnikami żenują nas do dzisiaj.

Moi koledzy z piętra wpadli na lepsze rozwiązanie. Zmiana kąta widzenia o sześć stopni i przeliczenie sceny to dla komputera błahostka. Oba obrazy miały się pojawiać tuż przed oczami na ciekłokrystalicznych ekranikach, wmontowanych w hełm zakrywający twarz aż po czubek nosa.

Taki właśnie hełm założono mi w laboratorium. Ciężki i niewygodny (poręcznych stereowizyjnych gogli jeszcze nie znano), przesyłał do maszyny interakcyjne dane o położeniu ciała i ruchach głowy. Obraz był marnej jakości, choć przy odrobinie dobrej woli można było zaakceptować sugerowany plener: łączka, dalej strumyk, za strumykiem las.

Czujniki ruchu działały poprawnie. Po paru krokach do przodu stanąłem nad strumykiem, który z bliska okazał się dość kanciasty. Przeszedłem go suchą nogą i tuż przed osiągnięciem lasu zderzyłem się ze ścianą laboratorium. Ze świata rzeczywistej rzeczywistości (bo jak go inaczej określić?) dobiegł mnie śmiech i polecenie: „Wróć do punktu wyjścia i poobracaj głową”. Popatrzyłem w lewo: komputer wyświetlił domek i kawałek płotu. Po prawej był pagórek i odległy silos zbożowy. Nic ciekawego.

Nagle zaskoczyło mnie dziwne zjawisko. Domek przesunął się na prawo. Nie, to moja głowa obróciła się w odwrotnym kierunku... Aleja zamierzałem spojrzeć w przeciwną stronę; chwileczkę, przecież właśnie patrzę w prawo... Z zewnątrz padły słowa zachęty: „Bomba! Zupełnie inaczej pracuje się z kimś, komu nie brak poczucia równowagi”. Podtrzymywało mnie to na duchu przez kilkadziesiąt sekund, po czym zacząłem posuwać się na czworakach ku drzwiom toalety.

Dostałem szklankę wody i niezbędne wyjaśnienia. Test, któremu zostałem poddany, był przygotowany przez uczestniczących w eksperymencie lekarzy i psychologów. W pewnym momencie zamieniano sygnały wejściowe - gdy hełm poruszał się w prawo, komputer wyświetlał na monitorach lewą część krajobrazu, i na odwrót. Mięśnie wysyłały do mózgu informację, iż głowa obraca się

w prawo, a oczy - że w lewo. Mózg reagował w jedyny rozsądny sposób, czyli się po prostu zawieszał, no i tracił zainteresowanie wirtualną rzeczywistością na ładnych parę lat.

  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   17


The database is protected by copyright ©essaydocs.org 2016
send message

    Main page